lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
CZERWIEC 2005
nr 6/2005

Nova et vetera czyli słów kilka o młodzieży z Aleppo

Na Bliskim Wschodzie mrok zapada niespodziewanie, jak gdyby nagle ktoś zgasił światło. To znak, że ustał żar słoneczny, można więc bez obawy wyjść na zewnątrz, zrobić zakupy, posiedzieć ze znajomymi w restauracji. W Aleppo jest podobnie. Pomimo późnej pory wszystko otwarte, a na ulicach tłok większy niż za dnia.

W powolnym tempie posuwamy się w kierunku cytadeli, największej atrakcji turystycznej miasta. Przypomina trochę średniowieczne twierdze lecz w rzeczywistości liczy sobie ponad trzy tysiące lat i pamięta jeszcze Abrahama. Miał się on tutaj zatrzymać ze swoimi trzodami, które niespodziewanie obdarowały go mlekiem. Dlatego Aleppo, po arabsku Halab, znaczy po prostu mleko.

Miasto wpisało się także w historię chrześcijaństwa. Jego początki związane są tutaj z przepowiadaniem św. Szymona Gorliwego, jednego z 12 Apostołów. Lokalna wspólnota podlegała początkowo biskupowi odległej o 80 kilometrów Antiochii, usamodzielniając się w początkach IV wieku. Przez prawie dwieście lat przeżywa okres swojej świetności, o której świadczą zachowane do dzisiaj mury ponad 300 świątyń, kolumny i wieże eremitów, a także dzieła literatury starochrześcijańskiej. Potem jest już coraz gorzej. Wraz z rozprzestrzenianiem się herezji arianizmu i monofizytyzmu Kościół alepiński doznaje głębokich podziałów, samo miasto zostaje kilkakrotnie zniszczone przez Persów będących w stanie wojny z Bizancjum, w końcu zajmują je muzułmańscy Arabowie. Liczba wyznawców Chrystusa stopniowo topnieje na skutek islamizacji. Miejscowe chrześcijaństwo przeżywa moment odrodzenia w okresie wypraw krzyżowych, które owocują również zbliżeniem pomiędzy Kościołami monofizyckimi i Rzymem. Kiedy pod panowaniem Ottomanów Aleppo zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę w handlu pomiędzy Wschodem i Zachodem, europejskie potęgi otwierają tu swoje konsulaty. Za dyplomatami i kupcami przychodzą do miasta jezuici, kapucyni i karmelici. Ich działalność sprzyja powrotowi do jedności z Następcą św. Piotra w Rzymie wielu ormian apostolskich i jakobickich syryjczyków, a także powstaniu wspólnoty obrządku łacińskiego. Chrześcijanie znajdują się pod szczególną kuratelą Francji, która broni ich praw wobec władz tureckich. Paryż kontynuuje tę politykę także w okresie międzywojennym, zarządzając krajem z mandatu wspólnoty międzynarodowej aż do uzyskania przez Syrię niepodległości w 1946 r.

Aleppińska cytadela jest świadkiem tych wszystkich wydarzeń lecz jej zwiedzanie będę musiał odłożyć na później. Obecnie interesuje mnie odbywający się tutaj zjazd młodzieży katolickiej. Władze nie tylko wydały nań zezwolenie, ale udostępniły niektóre obiekty związane z historią chrześcijaństwa, zadbały o bezpieczeństwo, bo granica z Irakiem jest nadal niespokojna, wreszcie zatroszczyły się o bezpośrednie transmisje w telewizji. Aż trudno uwierzyć, że muzułmanie stanowią w kraju bezwzględną większość, zaś jego ustrój można zdefiniować jako dyktatura socjalistyczna. Syria to jednak cały szereg kompromisów pomiędzy koncepcją państwa laickiego i wyznaniowego. Na przykład Islam nie posiada statusu religii państwowej (rzecz wyjątkowa na Bliskim Wschodzie) lecz zgodnie z konstytucją jest religią głowy państwa. Przykłady można by mnożyć.

U wejścia do cytadeli pierwsza niespodzianka. Skauci przebrani w stroje z epoki Imperium Osmańskiego wykonują powitalny taniec z szablami. Jest tak żywiołowy, że w pewnym momencie przechodzi mnie dreszcz, bo jeśli szabla wyśliźnie się komuś z dłoni nieszczęście gwarantowane. Biała broń stanowi tutaj nieodłączny element każdej ceremonii. Dzień później, podczas przyjęcia z okazji pierwszej Komunii Świętej ośmioletniego Alfreda (chrześcijanie noszą zazwyczaj zachodnie imiona), jestem świadkiem jak zmaga się on z niewiele mniejszą od niego szablą, aby rozpocząć krojenie tortu. Tego samego zwyczaju przestrzega się na zaręczynach, weselach, imieninach itd.

Docieramy wreszcie do wewnętrznego amfiteatru. Trybuny wypełnione są młodymi ludźmi, sądząc po wyglądzie w wieku od 10 do 30 lat. Nie różnią się niczym od uczestników Światowych Dni Młodzieży w Rzymie, czy Toronto. Koszulki z logo zjazdu, blue jeans, w ręku telefon komórkowy, można nawet dostrzec zwolenników piercingu. W przypadku dziewcząt uderza kontrast z ich muzułmańskimi rówieśniczkami, jakie widziałem przed chwilą w mieście. Okryte szczelnie od stóp po czubek głowy, z ledwie widoczną twarzą, a i ta bywa nieraz całkowicie zasłonięta, poruszają się pod czujnym okiem kogoś z rodziny. Bo kobieta ma podobać się tylko mężowi. Paradoksalnie domagał się tego samego autor starochrześcijańskiego dzieła Didaskalia (Nauka Dwunastu Apostołów), które powstało właśnie w Syrii około III wieku. Czasy się jednak zmieniają.

W pierwszym rzędzie, na honorowych miejscach zasiadają kościelni dostojnicy: patriarchowie melchicki i syro-katolicki, nuncjusz oraz biskupi różnych obrządków. W samym tylko Aleppo rezyduje sześciu ordynariuszy katolickich, trzech prawosławnych i dwóch protestanckich. Ich katedry znajdują się promieniu najwyżej 300 metrów, nic więc dziwnego, że śpiew imana nawołującego pięć razy dziennie do modlitwy przeplata się tu z odgłosami dzwonów.

Dostaję miejsce obok biskupa maronickiego Abi-Aada, który życzliwie tłumaczy mi wszystko co dzieje się na scenie. Najpierw patriarcha melchicki Grzegorz III wzywa młodzież, żeby odważnie angażowała się w życie publiczne kraju i odrzucała pokusę emigracji. Kiedyś było to nieco łatwiejsze. Wystarczy powiedzieć, że w parlamencie przysługiwała chrześcijanom liczba miejsc proporcjonalna do wielkości poszczególnych Kościołów. Na przykład w Aleppo mieli oni prawo do 7 mandatów na 16. Dzisiaj o wszystkim decydują wybory, co faworyzuje wyznawców Islamu. Mają oni ponadto większe szanse w administracji publicznej, w wojsku oraz w rządzącej partii Baas, założonej zresztą przez chrześcijanina podobnie jak druga pod względem wielkości Syryjska Partia Ludowa. Ludzie emigrują więc w poszukiwaniu pracy na Zachód, a ostatnio coraz częściej do Arabii Saudyjskiej, tymczasem liczba muzułmanów gwałtownie rośnie na skutek dużego przyrostu naturalnego.

Po przemówieniu patriarchy przez scenę przewijają się tancerze, śpiewacy, aktorzy, sportowcy. Każdy jak umie daje świadectwo swojego przywiązania do Chrystusa oraz tradycji. Wszystko zgodnie ze scenariuszem sprawdzonym na innych spotkaniach młodzieży, ale pewnie tak trzeba. Może tylko atmosfera jest bardziej rodzinna, bo tutaj wszyscy się znają. Mieszkają obok siebie, chodzą do tych samych klubów chrześcijańskich, gdzie można odpocząć i dobrze zjeść, wreszcie spotykają się z okazji uroczystości religijnych. Nie wiem co na to mówią proboszczowie, ale wszystkie małżeństwa błogosławi osobiście biskup. Zgodnie z tradycją odziedziczoną po Imperium Osmańskim, jego decyzje dotyczące na przykład stwierdzenia nieważności związku, czy zasądzenia alimentów, mają skutki cywilne. To czyni z biskupa prawdziwego ojca rodziny i jeszcze bardziej zacieśnia wzajemne więzy.

Kiedy na scenie rozpoczynają się tańce asyryjskie, chaldejski biskup Audo jest w "siódmym niebie" . Razem ze swoimi wiernymi wstaje co chwilę z miejsca, woła po imieniu w stronę artystów i obserwuje moją reakcję. Potem występują tancerze ormiańscy w zielonych uniformach ze srebrnymi haftami i wysokich butach. Zwarty szereg mężczyzn, niczym wahadło przesuwa się raz w lewo raz w prawo, a wokół nich wiruje rząd dziewcząt, wymachujących rytmicznie chusteczkami. I znowu owacje. "To jest dopiera klasa" mówi dumnie ormiański arcybiskup Marayati.

Prawdziwą furorę robi jednak greko-prawosławna piosenkarka Mayada Bselis. "Jej mąż, jest moim wiernym, pisze teksty i muzykę", uświadamia mnie natychmiast maronicki biskup Abi-Aad. Korpulentna kobieta, ubrana w długą czarną suknię, śpiewa w stylu naszej Eleni. Już przy pierwszej piosence wszyscy unoszą się z miejsc i wtórują artystce, natomiast patriarcha melchicki wysyła na scenę dwa kosze białych kwiatów, rozkładając szeroko ramiona w geście uznania. Powiewają flagi syryjska, libańska i palestyńska, jednocześnie wielu młodych trzyma ponad głowami zdjęcia prezydenta Baszara el Assada. "Oni tak muszą ?", pytam się jednego z księży, który sądząc po ozdobnym krzyżu i długiej aż do pasa brodzie musi być przynajmniej archimandrytą. "Co to znaczy muszą ?", odpowiada ze zdziwieniem i tłumaczy mi. "Nasza młodzież utożsamia się z prezydentem. Jest niewiele starszy od nich, przystojny, studiował na Zachodzie, ma nowoczesne poglądy. Jednocześnie troszczy się o prawa mniejszości, to znaczy o nas. Sam zresztą należy do muzułmańskiej sekty alawitów, podczas gdy większość mieszkańców wyznaje Islam w odmianie sunnickiej. Czy wiesz, że jako parafia jesteśmy zwolnieni z podatków, a do tego mamy jeszcze darmowy prąd i wodę. Owszem, władze określiły ostatnio limity maksymalnego zużycia ale i tak nie sposób ich przekroczyć". Słucham z zaciekawieniem, bo w naszych mediach sprawa przedstawiana jest nieco inaczej.

Tego dnia młodzież ma jeszcze jeden powód, żeby okazać wdzięczność prezydentowi. Rano zainaugurował on w Aleppo nowy kanał, łączący je z Eufratem, więc teraz, nawet w okresie największej posuchy nie powinno nikomu zabraknąć wody. A to przecież sprawa pierwszorzędnej wagi w prawie 2 milionowym mieście.

Po bez mała godzinnym śpiewaniu Mayada Bselis jest zmęczona i żegna się z publicznością. Również młodzi nieco ostygli w swojej żywiołowości. Teraz interesuje ich już tylko losowanie darmowych biletów na Światowy Dzień Młodzieży w Kolonii. Ponad trzy tysiące kart uczestnictwa wiruje w przeźroczystym bębnie, wielokrotnie pokręcanym przez patriarchę. Wylosowane nazwiska szczęśliwców przyjmowane są oklaskami. Do nich dołączą na swój koszt inni. Niemal spontanicznie budzi się pytanie: czy wrócą później do ojczyzny? "Wiele zależy od sytuacji międzynarodowej", tłumaczy mi jeden z duszpasterzy, "sądząc jednak po doświadczeniach ubiegłych lat większość powinna wrócić".

Kiedy opuszczam cytadelę razem z arcybiskupem Marayatim, ten opowiada mi dykteryjkę o miejscowej gościnności. Pewnego człowieka pytano po powrocie z Aleppo o samopoczucie. "Właściwie dobre", odpowiedział, "tylko boli mnie ramię od ciągłego poklepywania oraz żołądek od niekończących się przyjęć". Żeby tradycji stało się zadość idziemy na kolację. Lokal mieści się w dawnej kamienicy ormian przybyłych do Aleppo z miasta Sis. "Kiedyś wszystko tętniło tu życiem", opowiada arcybiskup. "Klasztory, szkoły, sklepy, zakłady rzemieślnicze, siedziby różnych bractw. Ormianie do dzisiaj są największą grupą chrześcijańską w mieście. Wielu jednak wyjechało za granicę, a w najlepszym wypadku przeniosło się do nowych dzielnic. Ich miejsce zajmują powoli muzułmanie, co wpływa na zmianę miejscowych zwyczajów. Choćby taki zakaz otwierania sklepów w niedzielę. Chrześcijanie wywalczyli go sobie przed laty z niemałym trudem, ale dzisiaj nikt na to nie zważa". Pomimo wszystko arcybiskup jest optymistą i można dostrzec, że dzisiejsze spotkanie młodzieży wyraźnie go podbudowało. "Nasza praca nie idzie na marne i mamy na kogo liczyć", podkreśla z dumą.

Dzwony na wieży maronickiej katedry wygrywają kolejny raz "Po górach dolinach". Czas wracać do domu, bo jutro uroczyste zakończenie zjazdu młodzieży w Bazylice św. Szymona Słupnika. Duszpasterze dobrze wiedzą, że "nowe" trzeba budować na solidnych fundamentach, a te przed wiekami położyli pod syryjskie chrześcijaństwo wielcy święci. Nie ma oczywiście mowy o zachęcaniu kogokolwiek do uprawiania ascezy na kolumnie, jak miało to miejsce w przypadku Szymona. Nawiasem mówiąc są podobno takie próby w Kościele syro-jakobickim. Jednak determinacja starożytnych mnichów syryjskich w naśladowaniu Chrystusa, może okazać się złotym środkiem także w naszych czasach. Młodym zresztą podobają się radykalne rozwiązania.

K. N.