lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2005
nr 5/2005

Powtórka z patrologii (II)

Szymon Słupnik, rocznik 390, spędziłby pewnie całe swoje życie przy pasieniu trzód, lecz usłyszawszy pewnego razu w kościele osiem Chrystusowych błogosławieństw, postanowił oddać się całkowicie ich wypełnianiu. Miał zaledwie 13 lat kiedy przyjęto go do klasztoru w miejscowości Teleda. Wszystko układało się pomyślnie aż do chwili, gdy swoją gorliwością zaczął wyraźnie przewyższać 80 współbraci. Przełożony dostrzegł w tym zagrożenie dla życia wspólnotowego. Nie chodziło tylko o zazdrość ze strony starszych i bardziej doświadczonych w ascezie mnichów; wielu najzwyczajniej w świecie nie mogło wytrzymać tempa narzuconego przez Szymona.

Przypomina mi to pewną sytuację z okresu służby wojskowej. Jak wiadomo, w kolumnie marszowej najwyżsi idą z przodu, a najniżsi z tyłu. Ja zazwyczaj chodziłem w przedostatnim szeregu. Podczas gdy nasi koledzy z przodu wyciągali swoje długie nogi w rytm skandowanego przez kaprala "lewa, lewa", my z tyłu musieliśmy biec. Błagaliśmy ich więc nieraz o stawianie drobniejszych kroków.

W przypadku Szymona było podobnie: jego współbracia spożywali posiłki co trzeci dzień, on raz na tydzień. Ponieważ różne umartwienia praktykowane w klasztorze wydawały mu się zbyt łagodne, przepasał sobie biodra sznurem splecionym z ostrych liści palmowych. Bardzo szybko zrobiły się rozległe rany, ale on zdjął to narzędzie tortur dopiero na wyraźne polecenie przełożonego. Nadal jednak kontynuował swe ascetyczne eksperymenty, tymczasem współbracia czuli się coraz bardziej zakłopotani, nie będąc w stanie dorównać młodemu mnichowi. W rezultacie musiał opuścić wspólnotę. Kilka dni później przełożony sprowadził go ponownie do klasztoru, jednak Szymon postanowił, że będzie dążył do świętości jako eremita. Trzeba sobie od razu wyjaśnić, że życie pustelnicze nie oznaczało bynajmniej samowoli. Wyznaczony przez miejscowego biskupa kapłan, najczęściej archimandryta jednego z klasztorów, odwiedzał regularnie świętobliwych mężów i jeśli stwierdził ekscesy (również w gorliwości), interweniował. Gdy więc Szymon oświadczył takiemu właśnie wizytatorowi o imieniu Basso, że przez cały Wielki Post nie weźmie niczego do ust, ten sprzeciwił się zdecydowanie, widząc w tym niemalże próbę samobójstwa. Ostatecznie uzgodnili, że eremita zostanie zamurowany w swoim domku razem z odpowiednim zapasem chleba i wody. Układ był uczciwy, chociaż oznaczało to przysłowiowe "podniesienie poprzeczki". Jeśli ktoś próbował przynajmniej raz w życiu czegoś sobie odmówić, wie doskonale, że pokusy zwalcza się najskuteczniej przez unikanie okazji.

Kiedy po czterdziestu dniach drzwi domku zostały wyważone, oczom wizytatora ukazał się leżący na ziemi półprzytomny eremita, a obok niego nietknięty prowiant. Wystarczało jednak parę listków sałaty i odrobina wody, żeby szybko wrócił do siebie. Odtąd będzie przeżywał w ten sposób każdy Wielki Post.

Pożądając niczym powietrza większego zjednoczenia z Bogiem, Szymon pozostawił skromny domek w wiosce Telanissos i osiadł na wznoszącej się opodal górze, nazwanej od jego imienia Qalaat Saman. Widocznie nie był do końca pewien siły swej woli, bo przykuł się łańcuchem do wielkiego kamienia, co jak zauważa Teodoret nie przeszkadzało bynajmniej jego myślom wzlatywać ku niebu i kontemplować rzeczywistość nadprzyrodzoną.

Ludzie z reguły szybko rozpoznają, czy ktoś jest rzeczywiście święty, czy tylko takiego udaje. Słyszy się nieraz: "to jest Boży człowiek" albo "to ksiądz (zakonnica) z powołania". Do eremity zaczęli więc przybywać coraz liczniejsi pielgrzymi, również z bardzo odległych regionów jak Brytania czy Galia. Każdy chciał go dotknąć, zamienić kilka słów, podczas gdy Szymon miał z tego powodu skrupuły, nie mówiąc już o tym, że stawało się to coraz bardziej uciążliwe. W końcu postanowił zamieszkać na kolumnie. Pozostanie na niej aż do swojej śmierci w dniu 27 września 459 r., dokładnie 37 lat. Na ziemię zejdzie tylko czterokrotnie, aby przejść na wyższą kolumnę.

Obok względów praktycznych - odseparowanie się na bezpieczną odległość od natrętnego tłumu, życie na kolumnie miało wymiar symboliczny: był w ten sposób coraz bliżej nieba, bliżej Boga.

Miejsce to, zamienione dzisiaj w jedno wielkie muzeum na otwartym powietrzu, zwiedzałem po raz pierwszy w okresie lipcowych upałów. Słońce paliło tak niemiłosiernie, że instynktownie chowałem się w skąpym cieniu zachowanych murów, nie zważając wcale na mojego przewodnika, emerytowanego profesora francuskiego, który usiłował mi wszystko dokładnie pokazać. Jak przystało na doświadczonego pedagoga, ten bynajmniej się nie zniechęcał, a ponieważ wykorzystując okazję zabrał ze sobą córkę, jego wysiłek nie był daremny. Dziewczyna słuchała ojca z prawdziwym nabożeństwem. Z kolei podczas drugiej wizyty, gdzieś na przełomie stycznia i lutego wiał tak lodowaty wiatr, że przypomniał mi się od razu nasz polski "biegun zimna" w Suwałkach. Szymon, zawieszony pomiędzy niebem i ziemią musiał odczuwać jeszcze dotkliwiej kaprysy pogody. Ostre syryjskie słońce wypaliło mu z czasem oczy, tak że na koniec życia był całkowicie niewidomy.

Przybywający do eremity ludzie zatrzymywali się zwykle w hotelikach u podnóża góry. Część budowli z solidnych kamiennych bloków zachowała się w zupełnie niezłym stanie, więc chłopi wykorzystują je jako zagrody dla trzody. Pozostały także resztki łuku triumfalnego przez który przechodzili pielgrzymi, podążając dalej do kolumny szeroką aleją, nazywaną "drogą świętą". Dzisiaj pozarastała ona chaszczami, bo większość wybiera asfaltową szosę wybudowaną specjalnie przez władze. Można nią podjechać praktycznie pod samo sanktuarium. Wiadomo, turystyka rządzi się swoimi prawami, często kosztem "sacrum".

Pielgrzymi współcześni Szymonowi znali doskonale jego program dnia. Od zachodu słońca aż do wczesnego popołudnia eremita oddawał się modlitwie. Zawsze na stojąco, z wyciągniętymi ku niebu rękoma, zamierał w bezruchu na kilka godzin niczym posąg. Kiedy czuł, że nogi odmawiają posłuszeństwa, przywiązywał się do kołka. Następnie, jako wyraz uniżenia wobec majestatu Boskiego, wykonywał wielokrotnie głębokie skłony. Ktoś chciał je policzyć ale gdy doszedł do 1244 zrezygnował z dalszych rachunków.

Około godziny 15-tej święty eremita wygłaszał kazanie do zgromadzonych wokół kolumny pielgrzymów. Mówił o potrzebie miłości Boga i bliźniego, wzywał do nawrócenia, przy okazji udzielał różnych praktycznych zaleceń. Wzywając do solidarności międzyludzkiej lansował na przykład ideę niskoprocentowych pożyczek (nie więcej niż 6%), krytykował także zbyt duże podatki, które zresztą stały się z czasem przyczyną upadku całego regionu. Może dlatego obok zwolenników miał opozycję, głównie wśród elity wielkich miast. Jednak wystarczyło, że ktoś znalazł się w tarapatach, szybko zapominał o swoim wykształceniu, piastowanej godności, czy wyrafinowanych manierach i śpieszył pod kolumnę. Po kazaniu, Szymon czynił bowiem cuda: uzdrawiał chorych, wypędzał złe duchy, wypowiadał proroctwa.

Na koniec dnia rozstrzygał kontrowersje przedkładane mu przez ludność z okolicznych wsi - spory w rodzaju Kargula i Pawlaka z "Samych swoich". Jednak zdarzały się sprawy znacznie poważniejsze. Na przykład cesarz Teodozjusz II prosił go o pomoc w przywróceniu pokoju pomiędzy Kościołami podzielonymi doktryną Nestoriusza. Szymon zainterweniował poprzez swoich emisariuszy, usiłując między innymi przekonać patriarchę antiocheńskiego Jana do przyjęcia uchwał Soboru Efeskiego (431).

Z opisu Teodoreta trudno dowiedzieć się, ile czasu poświęcał na sen. Może w ogóle nie spał jak pewna kategoria eremitów walczących statutowo ze snem. Odrzucali oni zdecydowanie zasadę "kto śpi nie grzeszy", bo przecież Chrystus mógł w każdej chwili powrócić, a poza tym pokus nigdy nie brakuje więc trzeba stale czuwać.

Sława Szymona zwiększała się z dnia na dzień, wierni umacniali swą wiarę, zaś poganie masowo się nawracali, przyjmując pod kolumną chrzest. Wokół wyrastały niczym grzyby po deszczu kościoły, klasztory, hoteliki, a także inne kolumny, gdyż wielu chciało naśladować naszego eremitę. W Syrii będzie można spotkać słupników jeszcze w X wieku, pojawią się oni nawet w Gruzji, Niemczech oraz w carskiej Rosji.

Niektórzy badacze utrzymują, że na kolumnie eremity wzorowane są minarety meczetów, co wydaje się być prawdopodobne. Czyż muezin, który pięć razy dziennie nawołuje z minaretu do modlitwy nie jest podobny do Szymona Słupnika? A przecież plemiona arabskie gościły często pod kolumną świętego. Nawiasem mówiąc, współcześni duchowni muzułmańscy odtwarzają zwykle wezwania do modlitwy z magnetofonu, lecz trudno wyobrazić sobie meczet bez minaretu.

Koło historii toczy się nieubłaganie. Chrześcijanie w Syrii są ponownie "małą trzódką", natomiast relikty świetności starożytnego Kościoła interesowały przez długie lata głównie archeologów. Dopiero od niedawna władze państwowe zaczęły dostrzegać w tym źródło dochodu oraz okazję do poprawienia swojego wizerunku na arenie międzynarodowej. Promują więc turystykę, troszczą się o historyczne obiekty, a nawet udostępniają je lokalnym Kościołom chrześcijańskim. Może ktoś czytający ten artykuł będzie miał kiedyś okazję odwiedzić tamte strony, naprawdę warto !

Jednocześnie w Seminariach Duchownych oraz na Wydziałach Teologicznych można nadal usłyszeć o świętych eremitach, którzy dążąc do świętości, stosowali prawdziwą terapię wstrząsową wobec zlaicyzowanych współbraci w wierze. Wiedzy nigdy nie jest za wiele, a inspiracja może okazać się zbawienna.

K. N.