lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
SIERPIEŃ

nr 8/2010

Mistrz. Wspomnienie o dr. Zbigniewie Troczewskim

Kiedy wspominam lata nauki w szkole średniej, najczęściej wracam myślą do nauczycieli starej daty – przedwojennych profesorów, cudem ocalałych w czasie wojny. W swojej pracy pedagogicznej dawali oni z siebie wszystko, żeby przekazać uczniom jak najwięcej wiedzy, żeby wykształcić wartościowe pokolenie. Jestem wdzięczna losowi, że będąc w Liceum Handlowym miałam szczęście i przyjemność, na początku swojego dorosłego życia, spotkać Mistrza, kształcącego dusze swoich uczniów, w tym moją – podatną i wrażliwą. Był nim Pan Profesor dr filozofii i filologii polskiej oraz nauczyciel empatii – Zbigniew Troczewski.

Od pierwszych lekcji olśnił mnie swoimi zasadami i znalazł w jednej chwili w mojej osobie najwierniejszą wyznawczynię jego wartości. On mi wskazał, co jest w życiu najważniejsze. Otwierał okno mojej duszy, żebym w życiu umiała podążać za światłem. Profesor kształtował charaktery uczniów i rozwijał ich uczucia. Wskazywał na wyjątkową wartość domu rodzinnego i rodziny oraz na miejsce swoich korzeni. Wskazywał szczególnie na osobę matki, która jest sercem domu, opoką i najwierniejszą miłością swojego dziecka. Ostrzegał przed występowaniem przeciwko sobie i przed zerwaniem więzi z najbliższymi krewnymi, także przed haniebnymi postawami takimi jak zdrady w rodzinie i kalanie rodzinnego gniazda. Mówił o wierności i lojalności w przyjaźni, w koleżeństwie i o uczciwości w postępowaniu. Nauczał tego wszystkiego, co się godzi i co przystoi. Zapewniał, że „choćbyś był na końcu świata, myślami zaglądać będziesz do domu rodzinnego”. W każdym normalnym człowieku zawsze odezwie się zew krwi i powróci on w stare progi domu lub na miejsce, gdzie się kiedyś wychowywał. Profesor przypominał, że pamięć o zmarłych jest świadectwem człowieczeństwa i kultury. Wpajał wiedzę o patriotyzmie i „świętej miłości do kochanej Ojczyzny”, także o honorze, który jest siłą ducha („a jeśli komuś droga otwarta do nieba, to tym co służą Ojczyźnie” – Jan Kochanowski). Ukazywał najszlachetniejsze ideały i uczył właściwych postaw w każdej sytuacji. Profesor chciał wyposażyć ucznia na jego drogę życiową w piękno, dobro, wrażliwość serca, szlachetność itp.

Na lekcji języka polskiego analizowaliśmy głęboko każdy problem – poruszony w omawianym dziele literatury polskiej. Po skończonej lekcji w dalszym ciągu snułam refleksję na ten temat. Zostałam przekonana, że naturalne uczucia, jak: miłość, lojalność, wierność, wdzięczność, są i drzemią w każdym człowieku. Na lekcjach pogłębialiśmy nie tylko swoją wiedzę filologiczną, ale też np. wiedzę o architekturze danego okresu. Pan Profesor pięknie recytował utwory polskich poetów. Przeogromny wpływ wywarła na mnie nauka tego Człowieka, pięknego duchem i o szlachetnym sercu. Profesor posiadał wielką charyzmę. Na klasówce podawał temat wypracowania i sam wychodził. Nikt nie odważył się sięgnąć po pomoc, choćby miał dostać dwóję.

Profesor Troczewski był romantykiem. Musieliśmy pisać piękne wypracowania np. na takie tematy: „Odbicie słońca w kałuży błota”, „Olbrzymi, którzy spadli ze szczudeł to karły”, albo „Im więcej dali ci nieba, tym więcej oddać im trzeba”. Obowiązywała zasada, że każdy uczeń, sam przy całej klasie, głośno czytał swoje wypracowanie domowe, czasem klasowe. Robił to siedząc przy stole, obok Pana Profesora, żeby mógł on „usłyszeć wpływ serca i duszy ucznia na wypracowanie”. Profesor był osobą o bardzo szerokim horyzoncie myślowym, przykładem umiłowania swojego zawodu i ucznia. Szanowali Go nauczyciele i kochali Go uczniowie. Jego małe mieszkanie przy ul. Krakowskiej 11, ze sporą biblioteką, otwarte było stale dla uczniów. Mówiono, że co najmniej kilku uczniom Profesor dofinansował studia. Swoje buty potrafił oddać potrzebującemu uczniowi. Biednym finansował też wycieczki. Ciągle był zajęty i ciągle się śpieszył. Często nie chodził chodnikiem, lecz – pędził ulicą przy krawężniku – w białym lnianym garniturku z rozwichrzoną czupryną i szeroko otwartymi oczami. Czasem jechał damką (rower damski), pożyczoną od żony – jak mawiał, i wymijał szybko innych rowerzystów. Codziennie w dni powszednie o godz. 6.00, a w niedzielę o godz. 9.00 uczestniczył we Mszy Świętej w kościele św. Rocha.

Na początku nauczania Pana Profesora w mojej klasie, z pierwszej klasówki dostałam dwójkę. Bardzo chciałam jak najszybciej poprawić tę ocenę. W tym celu skorzystałam z wypracowania koleżanki z poprzedniego roku, które Profesor ocenił na 4+. Wypracowanie to było napisane na osiem stron zeszytowych. Zmieniłam w nim co uważałam za stosowne i zmieściłam się na pięciu stronach. Pragnęłam dostać choćby trójkę. Podczas mojego głośnego czytania przy stole, Profesor trzy razy przepraszał i przerywał moje czytanie, pytając, czy sama to napisałam. Za każdym razem odpowiadałam – tak, nie podnosząc nawet oczu znad zeszytu. Postawił mi piątkę i dodał, że „ładnie napisałaś”. W tym momencie myślałam, że spalę się ze wstydu. To był dla mnie straszny cios, który zadałam sama sobie. Czułam się jak potępieniec, że tak się potrafiłam zachować. Natychmiast postanowiłam zmienić szkołę, bo w tej nie chciałam być czarną owcą. Jednocześnie poczułam bezwzględną i nieodpartą potrzebę przyznania się Profesorowi do swojego kłamstwa. Czułam wstyd i potępienie dla samej siebie.

Następnego dnia poszłam do mieszkania Pana Profesora. W pokoju bibliotecznym przy stole siedziało kilka starszych uczennic z książkami w rękach. Zapytałam jedną z nich, czy była tu może wcześniej moja koleżanka. Przejrzałam tytuły niektórych książek i zmierzając ku wyjściu dyskretnie położyłam na stoliku list, w którym napisałam:

„Szanowny Panie Profesorze,

Z ogromnym wstydem przyznaję się, że skłamałam Panu mówiąc, że sama napisałam wypracowanie, które Pan Profesor ocenił na piątkę. Wiem, że uczyniłam to przy całej klasie i powinnam przyznać się przy całej klasie, ale zabrakło mi odwagi. Bardzo proszę skreślić piątkę i ukarać mnie. Proszę też powiedzieć, w jakiej formie tę karę otrzymam. Pana Profesora jeszcze raz bardzo przepraszam. Zamierzam wkrótce przenieść się do innej szkoły.

Uczennica

Agnieszka-Krystyna Kopczewska”

Nie napisałam, że wybieram się do szkoły pedagogicznej. Załatwianie formalności trochę się przedłużało, więc chodziłam do swojej szkoły, gdy nie było w rozkładzie lekcji języka polskiego. Chyba po pięciu dniach, na długiej przerwie, kolega z innej klasy przyszedł do mnie i powiedział, że Pan Profesor Troczewski prosi, żebym przyszła na boisko szkolne. Zdruzgotana psychicznie, zaskoczona, przerażona i zawstydzona, ale posłuszna, poszłam na to spotkanie ze spuszczona głową. Pan Profesor trzymał w ręku moją kartkę i zaproponował, żebyśmy szli spacerkiem, żeby nikt nam nie przeszkadzał, bo ma mi coś do powiedzenia.

Zaczął tak:

„Chcę ci powiedzieć, że w mojej 20-letniej pracy pedagogicznej nikt nie sprawił mi takiej radości, jak ty i za to ci dziękuję”. – Zadziwił mnie.

On zaś ciągnął dalej:

„Zdarzyło się, że ktoś dostał dwóję i przyznał się, że ściągnął, ale gdy ktoś dostał piątkę, choć wiedziałem, że ściągnął, nigdy się do tego nie przyznał. Dziś byłem na Mszy Świętej i modliłem się, żebyś zawsze w życiu tak postępowała.” – Oniemiałam z wrażenia.

„Piszesz o karze i skreśleniu piątki, na przyszłość, gdy korzystasz z cudzych słów, na początku i na końcu postaw cudzysłów. Pozostań w swojej klasie i w tej szkole. Teraz ja mam do ciebie prośbę – czy pozwolisz, żebym to radosne dla mnie wydarzenie opowiedział w klasach, w których uczę?”

„Tak” – odpowiedziałam bardzo nieśmiało – „ale proszę nie opowiadać tego w mojej klasie i nie wymieniać mojego nazwiska”.

Powiedział: „Dobrze, idź już na lekcję, bo jest dawno po dzwonku”.

„Dziękuję” – ledwo wypowiedziałam.

Już na drugi dzień po tym zdarzeniu, uczennice wracające ze szkoły do internatu, w pokojach mówiły, że dziś Pan Troczewski był bardzo szczęśliwy, wręcz wniebowzięty, bo jakaś uczennica sprawiła mu największą radość w całej jego pracy pedagogicznej, i opowiadały moją historię z listem. Cieszyły się, że nie było normalnej lekcji, tylko całą godzinę trwała dyskusja nad tym niezwykłym wydarzeniem i Profesor Troczewski zapomniał zadać pracę domową. Taka atmosfera trwała kilka dni.

Po dwóch latach, przed egzaminem maturalnym, Pan Profesor wchodząc do klasy na ostatnią lekcję języka polskiego, już od drzwi z serdecznym uśmiechem powiedział:

„Zawsze z przyjemnością szedłem do waszej klasy i najbardziej ją lubiłem, bo tu ktoś sprawił mi największą radość w mojej pracy pedagogicznej” i opowiedział całą historię. A ja siedziałam i słuchałam. Po lekcji koleżanka zapytała mnie, czy to nie ja sprawiłam tą radość Profesorowi, bo kiedyś przecież dostałaś za pracę piątkę? Zaprzeczyłam, choć nie wiedziałam dlaczego.

Na tej lekcji Profesor interesował się, kto i na jakie studia się wybiera, a kto do pracy. Całej klasie życzył powodzenia w życiu, żałował, że musimy się rozstać i wyrażał nadzieję, że będziemy odwiedzać szkołę. Cała klasa zapewniła Go o tym. Na koniec powiedział, że po lekcji chce osobiście porozmawiać z trzema uczennicami, w tym ze mną. Wtedy ukochany Pan Profesor zaproponował mi (jako jedynej uczennicy) dofinansowanie dowolnego kierunku studiów. Tak dużego daru nie mogłam przyjąć, nie chciałam zawieść Profesora, gdybym studiom nie podołała. Na co on odpowiedział: „Porozmawiaj ze swoim Tatą i odpowiesz mi za 3 dni”.

Właśnie ten splot wydarzeń sprawił, że na koniec nauki w szkole średniej doczekałam się największego zaszczytu i wyróżnienia w życiu i tym się mogę dziś poszczycić. Wewnętrznie poczułam się dowartościowana i wyróżniona.

W nowych realiach ustrojowych, zdaje się, że w roku 1952 lub 1953 Profesor został odsunięty od pracy z młodzieżą. Władze uznały, że był „obcym elementem” w rzeczywistości ludowej. Wyobrażam sobie, co czuł ten wielki miłośnik młodzieży, wspaniały pedagog i patriota. To był Człowiek Wielkiego Formatu. Jako zapalony krajoznawca i turysta, został przewodnikiem wycieczek. Organizował pracownicze wycieczki do Krakowa i Zakopanego, nad morze do Gdańska, a przede wszystkim do Warszawy. Zwykle prowadził też wycieczki do teatru. W pociągu wygłaszał prolog przed spektaklem, podobnie jak kiedyś w teatrze białostockim na scenie. Byłam kiedyś z Nim na takiej wycieczce, zostawił mi wtedy pod opieką teczkę z pieniędzmi i dokumentami.

W 1951 roku był piękny słoneczny majowy dzień. Jak zwykle przed maturą zakwitły kasztany. Nauka zupełnie nie wchodziła mi do głowy. Obawiałam się, że mogę nie zdać matury. W sali egzaminacyjnej bardzo się zdenerwowałam, bo czułam pustkę w głowie. Na początku pisałyśmy pracę z języka polskiego. Moją pracę Pan Profesor Troczewski ocenił na 4, ale później ze smutkiem wyjaśnił mi, że na świadectwie będzie ocena 3. Stało się to na skutek interwencji członka komisji maturalnej, oddelegowanego przez partię, który obniżył stopień ze względu na niewygodną jego zdaniem treść.

Uczniowie ze świadectwem dojrzałości w ręku, wśród nich ja, żegnając swoją szkołę, przyrzekaliśmy naszym Drogim i Kochanym Nauczycielom uczciwie i mądrze żyć. Nie łatwo było rozstać się z koleżankami i ze szkołą. Każdy ruszył w swoją dorosłą drogę życia. Ja uczyniłam to z wiarą w przyjęte ideały. We wspomnieniach moją Szkołę Handlową zachowałam jak prawdziwą Alma Mater. Wyniosłam z niej cenny „posag” – bogactwo wartości duchowych i z tego źródła często w dorosłym życiu czerpałam. Dawały mi one siłę życiową. Zawdzięczam to Panu Profesorowi Troczewskiemu, wspaniałemu Człowiekowi, Nauczycielowi i Wychowawcy. Teraz, po latach, gdy stawałam przed gmachem szkoły, której byłam uczennicą – zawsze moje serce biło szybciej, a wzruszenie ściskało krtań.

Agnieszka Krystyna Małachowska