lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
SIERPIEŃ

nr 8/2010

Utkane z Bożego Miłosierdzia – rzecz o Siostrach Jezusa Miłosiernego

Zakonnice nie cieszą się specjalnie dobrą prasą. Szare, jednakowo ubrane, z twarzą bez makijażu, kojarzą się z monotonią i nudą. Kiedy o nich mowa rodzą się pytania, których zwykle ludzie nie mają odwagi zadać, np.: co ma siostra pod habitem? Czy siostry mają włosy? Czy siostry mogą się malować? Czy mają swoje pieniądze? Czy mówią do siebie zwyczajnie, po imieniu? Czy mogą pić alkohol? Czy siostry mogą jeść lody? Dlaczego mówiąc o powołaniu, mówimy o ubraniach i włosach sióstr – może dlatego, że wokół życia zakonnego narosło wiele mitów i otacza je aura tajemnicy sprawiająca, że życie takie wydaje się nie z tej ziemi. Tymczasem życie zakonne kryje tak samo wiele tajemnic jak życie kapłańskie czy małżeńskie, jak życie ojca i matki. Właściwie jest tylko jedna wspólna tajemnica – tajemnica miłości, a cała reszta to powszednie, trudne i piękne życie. Żeby o życiu zakonnym mówić normalnie najpierw trzeba uspokoić zwykłą ciekawość, pozbyć się aury groźnej tajemniczości, nie szukać w nim sensacji i nie patrzeć na siostry jak na stworzenia z innej planety, stojące przynajmniej jedną nogą w średniowieczu.

Ojciec Leon Knabit, powiedział kiedyś, że z rodziną zakonną jest dokładnie tak samo, jak z rodziną naturalną, można w innej rodzinie widzieć same zalety, a we własnej same wady, ale to nie zmienia faktu, że to jest twoja rodzina, a tamta nie. Można mówić o marzeniu Boga, na które powołani odpowiadają trzema ślubami i całym swoim życiem. W końcu Bóg marzy o zakonnicach, które żyją posłuszeństwem; o takich, które żyją ubóstwem, które żyją czystością. Bóg marzy, o takich, które właśnie w ten sposób będą chciały być szczęśliwe. Ich prawdziwym domem staje się klasztor, rodziną wspólnota sióstr, dziećmi uczniowie i podopieczni. Wśród nich są siostry, które przeżywają prawdziwą radość zaślubin z Oblubieńcem, prawdziwą żałobę po śmierci jednej z nich, które chodzą po korytarzach klasztoru i cicho sobie podśpiewują, bo są zwyczajnie i po prostu szczęśliwe. Dla sióstr nie jest najważniejsze to co robią, ale kim są, jakiego mają ducha i jakim żyją charyzmatem. Brygidki szerzą ekumenizm, franciszkanki służebnice Krzyża służą niewidomym na duszy i na ciele, jadwiżanki wawelskie zajmują się katechumenatem dorosłych, loretanki apostołują słowem drukowanym, prowadząc wydawnictwo i drukarnię, a siostry Jezusa Miłosiernego, założone przez spowiednika s. Faustyny Kowalskiej, ks. Michała Sopoćko, istnieją po to, by wypraszać innym miłosierdzie. I nie jest to działalność zarobkowa nawet, a jeśli nawet przynosi straty, to trzeba i tak robić to dalej, bo jak nie siostry, kto się tym zajmie?

Szczególną cechą zgromadzenia jest miłość. „Zgromadzenie to będzie w Kościele Bożym jako ul we wspaniałym ogrodzie, ukryte, ciche, siostry jako pszczółki pracować będą, aby miodem karmić dusze bliźnich, a wosk ma płynąć na cześć Boga” (Dzienniczek s. Faustyny). „Bóg obdarzył go (ks. Sopoćkę) darem rozeznania słów prostej zakonnicy, dzięki czemu mógł stać się pomostem między wybraną przez Boga sekretarką Miłosierdzia Bożego i wspólnotą całego Kościoła” (ks. kard. St. Dziwisz). Nawet na łożu śmierci s. Faustyna podaje ks. Sopoćce wskazówki dotyczące nowego Zgromadzenia, opisując jego początki i miejsce powstania: „Gdy byłem u niej w ostatnich dniach życia w szpitalu na Prądniku (…) powiedziała mi wówczas (…) że miała widzenie, że ja przyjmuję śluby od pierwszych sześciu członkiń nowego zgromadzenia. W małej kapliczce drewnianej. Rzeczywiście, w 1944 roku w Wilnie, w dniu 16 listopada przyjąłem pierwsze śluby prywatne od sześciu niewiast, które zdecydowały się służyć Bogu w nowym Zgromadzeniu, które oprócz trzech normalnych ślubów złożyły czwarty – szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Śluby te odbyły się w kaplicy drewnianej ss. karmelitanek. Mówiła mi również, że widzi dom pierwszego Zgromadzenia, dom obszerny, ubogi, ale panuje w nim wielki duch – obok znajduje się kościół (…) Gdy w roku 1947 odwiedziłem dom nowego Zgromadzenia w Myśliborzu koło Gorzowa, stwierdziłem, że wszystko zgadza się dokładnie”.

Pierwsze siostry „nowego Zgromadzenia” znalazły wymarzone dla siebie miejsce na ziemiach odzyskanych – w Myśliborzu koło Gorzowa, gdzie zamieszkały 25 sierpnia 1947 roku (w dniu urodzin s. Faustyny), tuż przy niewielkim kościele zbudowanym w 1905 roku (w roku urodzin s. Faustyny). Początkowo nie nosiły habitów, pracowały w niezwykle skromnych warunkach, katechizowały, pomagały w prowadzeniu biura parafialnego i dbały o kościół. Z „pierwszej szóstki” pozostały tylko dwie – Jadwiga Osińska i Izabela Naborowska; inne zaś szerzyły cześć miłosierdzia bądź w tworzącym się Instytucie Miłosierdzia Bożego, bądź jako świeckie czcicielki tego kultu. W 1955 roku Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła nowe zgromadzenie pod nazwą Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego, które początkowo nosiło nazwę Zgromadzenie Sióstr Służebnic Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał odwiedzał siostry co roku i głosił im konferencje, w których wiele mówił o duchowości św. Teresy z Lisieux, o dziecięctwie duchowym, zawierzeniu i miłowaniu grzeszników; o s. Faustynie mówił niewiele, prawie nic. Siostry musiały zawierzyć słowom Założyciela, że po czasie próby wszystko się odmieni. I tak było. Początkowo Zgromadzeniem interesowało się niewiele osób, księża odradzali wstępowania do niego. Przełomem był rok 1978, kiedy na skutek interwencji, kard. Karola Wojtyły, Stolica Apostolska zniosła zakaz kultu Miłosierdzia Bożego zaproponowanego przez s. Faustynę. Ksiądz Michał nie doczekał się odwołania notyfikacji z roku 1959, bezowocne także okazały się jego starania o ustanowienie święta Miłosierdzia. Kiedy s. Faustyna zapytała Pana Jezusa, dlaczego utrudnia, jej spowiednikowi, to, co mu jednocześnie nakazuje, usłyszała w odpowiedzi: „Tak postępuję z nim na świadectwo, że dzieło to moim jest. Powiedz mu niech się nie lęka niczego, wzrok mój jest zwrócony dzień i noc na niego (…) Nie za pomyślność w pracy, ale za cierpienie nagradzam”.

Codzienne życie sióstr jest życiem intensywnej pracy i modlitwy: wczesna pobudka, modlitwa, Msza Święta, śniadanie i praca. W jak wielu miejscach można spotkać siostry: w szkołach, przedszkolach, parafiach, szpitalach, hospicjach, kuchni, pralni,… Kiedy wracają do domu, czeka na nie obiad przygotowany przez inne siostry. Potem znów modlitwy, praca duszpasterska w kościele, przygotowanie do następnego dnia pracy, modlitwa wieczorna, sen. A przecież pozostają jeszcze inne, domowe obowiązki: same sprzątają i myją okna, same piorą i prasują, opiekują się starszymi w domu, pielęgnują ogród i rosnącą w nim marchewkę, gotują, a nawet malują ściany w swoich celach. To wszystko w biegu między kłopotami uczniów i księdza, który też oczekuje ich pomocy. Nasze siostry pracują w wielu zakątkach Polski i świata – wszędzie tam, gdzie je posyła Pan Jezus z orędziem miłosierdzia, które jest jak „koło ratunkowe” dla współczesnego świata. Z ich bazy, którą jest Dom Generalny w Gorzowie Wlkp., idą na cały świat, by siać ziarno Bożego Miłosierdzia w Rosji, Litwie, Białorusi, Ukrainie, Niemczech, Francji, Bułgarii, w Jerozolimie, Brazylii, Stanach Zjednoczonych, wśród uchodźców w Chorwacji, wśród Indian kanadyjskich,…

„Każda dusza to inny świat”, pisał Jan Grzegorczyk, Jan Paweł II mówił: „Każdy człowiek jest osobnym rozdziałem, który przysyła do nas Chrystus”. Żywiołem świętych są ludzie, a miłość do nich jest wypisana na ich twarzach. I może właśnie w tym leży sekret owocności misji, do której Jezus Miłosierny wysyła swoje siostry. Często wspominamy ludzi, którzy zostawili w naszym życiu jakiś ślad, wpłynęli na nasze życiowe wybory, skłonili do jakiegoś pozytywnego zaangażowania, wydobyli z nas dobro. Pamiętamy, że ktoś miał w sobie coś wyjątkowego: ciepło, szacunek, troskę, mądrość… autentyczność jego słów i postawy którą do nas przemawiał.

Z powołaniem do życia zakonnego wiąże się powołanie do życia we wspólnocie – większej, niż tylko rodzina. I one rzeczywiście są wspólnotą! Czy jest im łatwiej, czy trudniej, niż w rodzinie? To pytanie, na które nie można dobrze odpowiedzieć, bo pracy tyle samo, albo i więcej, bo rodzina większa. Radości podwójne ale i większe zmęczenie czasem. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zobaczyć, co może się dziać w domu, w którym mieszka 10 różnych kobiet i które nieopatrznie dopuszczą, żeby ogarnęły je wzajemne urazy. To już tylko uciekać gdzieś szybko trzeba. A one jednak nie uciekają. One są. Więcej one chcą tam być. One za sobą tęsknią, gdy któraś na dłużej wyjeżdża, czekają niecierpliwie na powrót, biegną na spotkanie, opiekują się sobą w chorobie. Kiedy patrzyłam na starszą siostrę, na wózku czy z chorobą Alzhaimera myślałam, że jej wielkim szczęściem jest to, że kiedyś została zakonnicą. Bo tak cierpliwej i serdecznej opieki nie mogłaby doznać nawet w rodzinnym domu, w którym na jednego męża czy dziecko to byłby ciężar zbyt duży, żeby mieć siły wciąż się uśmiechać. A tu, zamiast jednej córki, kilka młodszych sióstr, które się zmieniają, gdy jedna opada z sił i przy chorej staruszce bezustannie jest ktoś, komu jeszcze wystarcza cierpliwości, miłości. Błogosławione dziewczyny, które, rezygnując z założenia rodziny mają o wiele więcej miłości we wspólnocie, niż niektórzy w rodzinach.

Bóg nie powołuje do zakonu za karę. Powołuje tam z miłości powołuje tam te, o których wie, że tam i tylko tam będą szczęśliwe, żyjąc we wspólnocie i samotności jednocześnie. Żyjąc dla innych i spalając się w pracy, którą inni często gardzą, a bez której zawaliłby się świat niejednego człowieka. Żyjąc wbrew modom i bez codziennego zmartwienia, w co się ubrać, żyjąc określonym charyzmatem zgromadzenia i ze świadomością, że nic, czego się podejmują, nie jest tylko moje, ale jest nasze; że są wokół mnie siostry, którym tak samo zależy na tej naszej wspólnej pracy, i które nigdy mnie samą nie zostawią. Reszta to już jest sprawa między człowiekiem, a Bogiem. Sprawa miłości, której nie da się opowiedzieć i wytłumaczyć. Sprawa, którą trzeba przemodlić, żeby odkryć i zrozumieć. Ale jeżeli z miłości to nie muszę się bać odpowiedzieć Mu: tak, a „Duch mój ( Jezusa) spocznie w klasztorze tym, błogosławić będę szczególnie okolicy tej, gdzie klasztor ten będzie” (s. Faustyna).

„Winszuje Wam, Drogie w Chrystusie Siostry, szczególniejszej łaski Miłosierdzia Bożego, która się ujawniła w powołaniu Waszym. Wybranki Serca Jezusowego, (…) powierniczki tajemnic Bożych, upragnione i wymodlone od lat pięciu codziennie w każdej Mszy Świętej, do Was przede wszystkim stosuje słowa Mistrza: „Wy jesteście światłością świata i solą ziemi”, ale jeżeli sól zwietrzeje, czymże ziemia soloną będzie? Ufam, że nie zwietrzeje…” – ks. Michał Sopoćko.

s. Maksymiliana Kroczak, ZSJM