lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2005
nr 4/2005

Powtórka z patrologii (I)

Patrologia to mówiąc krótko "nauka o Ojcach Kościoła". Za moich studenckich czasów wykładał ją w białostockim Seminarium Prałat Mieczysław Paszkiewicz, kapłan jeszcze wileński, kapelan Powstania Warszawskiego lecz przede wszystkim wielki asceta. Żył tak ubogo, że gdy pewnego razu włamały się do jego mieszkania Cyganki, nie znalazły niczego co można byłoby ukraść. Zawiedzione poszły więc do biskupa z pretensjami !

Ksiądz prałat przybliżał nam postacie i dzieła wybitnych teologów pierwszych wieków, zachwycał się heroicznością męczenników oraz wyznawców. Prawdę mówiąc nie przykładaliśmy się za mocno do nauki, bo przy jego dobroci zdanie egzaminu stanowiło niemal aksjomat. Kiedy mówił o żyjących na pustyni mnichach, wyobrażałem ich sobie właśnie jak naszego Profesora: sama skóra i kości, niekończące się posty, modlitwa, dobre uczynki (wieczorami wysyłał kleryków do najuboższych z paczkami żywnościowymi).

Po latach znalazłem się w Syrii, gdzie życie monastyczne rozwinęło się co prawda nieco później niż w Egipcie, czy Mezopotamii, lecz charakteryzowało je niezwykłe bogactwo form. Postanowiłem więc dotrzeć do miejsc, o których opowiadał nam Prałat Paszkiewicz.

Przemierzając dzisiaj północno-zachodnią część kraju, można odnieść wrażenie, iż region ten nadaje się tylko do odbywania pokuty. Kamienista pustynia już z samej swojej natury jest wroga człowiekowi. Do tego należy jeszcze dodać letnie upały, srogie zimy, gwałtowne burze, wreszcie wiatry unoszące w powietrze tumany piachu. Tylko w niewielu miejscach widać pola uprawne oraz zasadzone w ramach akcji zalesiania pinie; ostatnimi czasy mnożą się natomiast kamieniołomy, które dostarczają budulca dla całego kraju.

Obszar ten leżący w widłach Orontu i Afrin, musiał wyglądać w starożytności nieco inaczej. Obok miejscowej ludności i arabskich Nomadów, zamieszkiwali go weterani wojenni obdarowani przez cesarza sporymi działkami ziemi. Co robi emeryt w sile wieku? Interesy oczywiście. Niewolników nie brakowało, biednych chłopów również, więc z czasem bezludny pustynny płaskowyż pokrył się gajami oliwnymi, wioseczki przekształciły się w miasta, powstały nowe osady. Wystarczy powiedzieć, że żyło tu wówczas 100 mieszkańców na metr kwadratowy, natomiast dzisiaj jest ich dwa razy mniej. Tajemnica tego sukcesu tkwiła w oliwie. Używano jej nie tylko do celów spożywczych, lecz również do oświetlania ulic w Rzymie, Aleksandrii, czy Antiochii, ponadto do wyrobu kosmetyków i lekarstw. Można więc sobie wyobrazić jak wielkie było na nią zapotrzebowanie.

Kiedy w 380 r. cesarz Teodozjusz I ogłosił chrześcijaństwo religią państwową, sporo mieszkańców Syrii wyznawało już wiarę w Chrystusa. O ile do tej pory ryzykowali z jej powodu życiem lub w najlepszym wypadku utratą majątku i wygnaniem, teraz opłaciło się deklarować swoją przynależność do rosnącego w siłę Kościoła. Nie wszyscy wierzący potrafili jednakże odnaleźć się w nowej sytuacji. Na męczeństwo nie było co liczyć, rosnący dobrobyt konsekwentnie wyziębiał religijny zapał, dosłowne praktykowanie Ewangelii stawało się coraz bardziej kłopotliwe. Co gorliwsi zaczynają więc uciekać na bezludzie, by w samotności (anachoreci - eremici) lub we wspólnocie (cenobici), realizować Chrystusowe ideały. Skazują się na "cywilną śmierć", a zarazem przez szaleńczą ascezę wydają walkę własnemu ciału uważanemu za pierwszą przeszkodę na drodze do zjednoczenia z Bogiem. "Asceza" oznacza dosłownie "ćwiczenie się". Podobnie jak atleci lub gladiatorzy przygotowują się na treningach do swoich występów, ci uciekinierzy ze świata dążą do zapanowania nad własną cielesnością we wszelkich jej wymiarach. Pragną zarazem uzyskać wewnętrzną jedność i harmonię, stąd termin "mnisi", po grecku "monachoi".

Różnorodność technik ascetycznych wynikała z osobistych predyspozycji lub fantazji, zawsze jednak charakteryzowała je wielka radykalność. Ponieważ poznałem z bliska niejednego Syryjczyka, myślę, że miało to swoje podłoże w ich zapalczywym i bezkompromisowym charakterze. Można by się tu nawet doszukiwać pewnego podobieństwa do polskiego temperamentu, jednak oni przewyższają nas zdecydowanie swoją determinacją, prawdziwe "Lwy Damaszku", jak nazywano zmarłego prezydenta Syrii Hafeza Assada.

Ulubionymi miejscami eremitów były stare grobowce, jaskinie, opuszczone przez legiony rzymskie wieże strażnicze. Niektórzy mieszkali w konarach drzew lub zamykali się w klatkach. Inni z kolei żyli na otwartym powietrzu, zdani na łaskę i niełaskę pogody, dzikich zwierząt oraz oczy ciekawskich. Do tej właśnie kategorii należał św. Maron (+ 410). Koczował na wierzchołku góry, w ruinach pogańskiej świątyni i tylko czasami chronił się pod prowizorycznym namiotem z koziej sierści. Jego uczniowie dali początek Maronitom, którzy tworzą dzisiaj jeden z największych katolickich Kościołów wschodnich, a zarazem Naród. Żyją głównie w Libanie, gdzie schronili się przed prześladowaniami ze strony muzułmanów. Z powodu niechęci do Syrii okupującej de facto ich obecną ojczyznę, bardzo rzadko odwiedzają miejsca związane z początkami swojej historii. Kiedy pochwaliłem się moim maronickim kolegom z pracy wizytą w Qalaat Kalota, gdzie żył św. Maron oraz w Kfar Brad, miejscu jego pochówku, ci wzruszyli tylko ramionami: "Przecież tam nic nie ma. Pojedź sobie lepiej do Foligno". Wyjaśnię niewtajemniczonym, że w tym włoskim mieście znajdują się fragmenty czaszki eremity, przywiezione przez uczestnika pierwszej wyprawy krzyżowej (1096) hrabiego Michele degli Atti.

Asceza św. Marona nie należała bynajmniej do najbardziej ekstremalnych. Zdarzali się bowiem eremici, którzy jako wyraz pogardy dla cywilizacji późnego antyku, poruszali się "na czworaka", jedli trawę, korzonki i liście, pobekiwali niczym owce. Jeszcze inni nosili na sobie ciężkie łańcuchy lub udawali chorych psychicznie.

Prawdziwą elitę w świecie mnichów stanowili słupnicy (stylici). Żyli na kamiennych kolumnach, których wysokość dochodziła nawet do kilkunastu metrów. Pochodziły one zazwyczaj z różnych opuszczonych budowli, gdy zaś eremita cieszył się sławą i benefaktorów (sponsorów) nie brakowało, wznosili je najlepsi architekci.

Do kapitelu wieńczącego kolumnę przytwierdzano drewniany pomost otoczony wokół barierką, mającą chronić przed upadkiem. Czasami dodawano jeszcze coś w rodzaju parasola oraz zsyp na nieczystości. Taka kawalerka, jak się niegdyś mawiało. Co ważniejsi pielgrzymi wchodzili po drabinie na samą górę, odprawiano tam czasami Mszę Świętą, a bywało, że biskup udzielał eremicie święceń kapłańskich.

Obok problemów atmosferycznych i natarczywych insektów, mnisi musieli stawiać czoła zbyt egzaltowanym pielgrzymom. Napierali oni bowiem ze wszystkich stron na kolumnę, bądź usiłowali zabrać ze sobą choćby najdrobniejszy jej fragmencik, co stwarzało prawdziwe zagrożenie życia. Z czasem zaczęto więc otaczać kolumny ogrodzeniem.

Pomimo tego zabezpieczenia, z kolumny najsłynniejszego słupnika św. Szymona Starszego pozostała dzisiaj tylko kamienna baza z trzema schodkami oraz około dwumetrowy głaz (orginalna kolumna mierzyła aż 18 metrów). Już po śmierci eremity cesarz Zenon wzniósł w tym miejscu monumentalną świątynię, która przez pięć wieków ustępowała jedynie bazylice Haghia Sophia w Konstantynopolu. Później legła w gruzach z powodu trzęsień ziemi, zaś Arabowie dopełnili dzieła zniszczenia. Zachowana fasada i fragmenty ścian z widocznymi gdzieniegdzie ornamentami, pozwalają jednak przy odrobinie fantazji uzmysłowić sobie jej pierwotny splendor. Kolumna znajduje się w samym centrum świątyni wybudowanej na planie krzyża greckiego. Jego wschodnie ramię odchylone jest lekko w lewo. Ma to przywoływać obraz konającego Chrystusa, kiedy "oddawszy Ojcu ducha skłonił głowę" (por. J 19,30). Eremita, w tym wypadku Szymon Słupnik, naśladował bowiem Zbawiciela również w Jego dobrowolnej ofierze na krzyżu. "Powołał go Pan na słup, na słupie miał dom i grób", mówi z porażającą zwięzłością poeta Stanisław Grochowiak.

Zanim jednak Szymon wszedł na kolumnę, przebył długą drogę w poszukiwaniu doskonałości. Opisuje ją biskup Cyru Teodoret, który nieraz rozmawiał z eremitą. Nawiasem mówiąc, ten wybitny pisarz starochrześcijański, obdarzony zmysłem iście dziennikarskim, uwiecznił również postacie innych mnichów i mniszek tego regionu. (cdn.)

K. N.