lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
CZERWIEC

nr 6/2010

Polskie, gorzkie zwycięstwo

W związku z uczestnictwem polskich żołnierzy w defiladzie na placu Czerwonym, nie zabrakło głosów krytycznych. „To nie było nasze zwycięstwo” – wołano. „Popadliśmy pod nową okupację” – mówiono. „Gdy Europa świętowała triumf nad Niemcami, sowieci więzili tysiące Polaków” – dodawano. „Nie powinniśmy świętować sowieckiego zwycięstwa, w wyniku którego Polska – jakoby wyzwolona i niby wolna – musiała czekać na niepodległość jeszcze prawie pół wieku” – postulowano.

To prawda, że nie odzyskaliśmy rzeczywistej niepodległości, że Ojczyzna stała się kolonią CCCP. To prawda, że zabrano nam Kresy Wschodnie, i – mimo powrotu na ziemie zachodnie – Polska wyszła mocno okrojona terytorialnie z tej wojny. To prawda, że setki tysięcy Polaków po 1944 roku przeszło przez sowieckie i polskie (komunistyczne) obozy i więzienia; że tysiące patriotów zamordowano w majestacie tzw. prawa. To wszystko prawda. A jednak nie można tego, co działo się w naszej Ojczyźnie po 1944 roku pod protektoratem sowieckim, porównać do bezwzględnej eksterminacji narodu polskiego, prowadzonej przez okupantów niemieckich.

Nie wiem, czy 9 maja 1945 roku był jakiś Polak, który nie cieszyłby się z upadku III Rzeszy. Polacy walczyli od pierwszego dnia wojny z Niemcami. Zmagali się na wszystkich frontach. Stworzyli fenomenalny – wyjątkowy na skalę światową – ruch oporu. Nie wystawili nawet najmniejszej formacji zbrojnej po stronie hitlerowskich Niemiec. Nie było żadnego polskiego Petain’a ani Quisling’a – nawet w wymiarze regionalnym. Polskie formacje zbrojne – na Wschodzie i Zachodzie – były najliczniejsze po armiach największych mocarstw.

I dlatego można i trzeba mówić, że 9 maja 1945 roku mieliśmy pełne prawo do świętowania wielkiego, naszego triumfu – odniesionego razem z narodami Europy i świata – nad śmiertelnym wrogiem. A że zwycięstwo było gorzkie, ponieważ nad Wisłą stały wojska niedawnych (bo jeszcze sprzed czterech lat) sojuszników Hitlera, które razem z jego armią, w 1939 roku zaatakowały Polskę? Można rzec: polskie nieszczęście. Pełne goryczy było owo zwycięstwo, bo to samo NKWD – które kilka lat wcześniej, w przymierzu z hitlerowskim gestapo tępiło polskich patriotów – znów robiło swoje. Niestety, potężniejszy z naszych dwóch wrogów, okazał się głównym zwycięzcą w II wojnie światowej, zaś alianci z Zachodu dali mu wolną rękę w sprawie polskiej.

Dlatego nasze zwycięstwo zostało zaprawione szalenie silną dawką goryczy.

ks. Marek Czech

PS. Zapraszam na swój blog „Piórem z pazurem” na „Wirtualną Polskę”; http://marguar.bloog.pl