lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ

nr 5/2010

Twoje marzenia zabrały Cię do Nieba

Są takie dni w życiu, o których pamiętamy do końca życia, ze względu na jakieś ważne wydarzenie – szczęśliwe, albo smutne. Bez wątpienia dla nas wszystkich takim dniem pozostanie sobota 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to o godzinie 8.56 czasu polskiego, w zamglonym lesie pod Smoleńskiem rozbił się polski samolot rządowy z delegacją lecącą oddać hołd polskim oficerom, którzy w Katyniu przed 70 laty oddali życie za Ojczyznę. W następstwie tego zginęło 96 osób. Zginęli wszyscy pasażerowie na czele z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Panem Lechem Kaczyńskim i jego małżonką Marią oraz cała załoga samolotu z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, a wśród niej, pochodząca z naszego miasta i z tej parafii stewardessa Justyna Moniuszko. (...)

W Księdze Koheleta czytamy: „Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę. Jest czas rodzenia i czas umierania… czas płaczu i czas śmiechu” – z pewnością dla nas obecnych w tej świątyni, dla Polski był i jest to czas smutku i łez, ale też czas zatrzymania się nad tym, co na co dzień może zbyt łatwo pomijamy, o czym zapominamy w codziennej gonitwie; jest to czas pochylenia się nad drugim człowiekiem i nad tym, co mnie z nim łączy.

W ciągu całego naszego życia zrywamy, tracimy mnóstwo międzyludzkich relacji, jest to mniej lub bardziej bolesne przeżycie, jednak tym najbardziej dotkliwym zerwaniem jest śmierć, bo zwykle przychodzi mimo woli, nieproszona, w najmniej odpowiednim momencie, zawsze zaskakuje… Nigdy nie jesteśmy na nią przygotowani. Zawsze zamyka nam usta milczeniem.

Okazuje się, że kiedy śmierć zabiera nam osobę ukochaną – zostajemy z tyloma niedokończonymi rozmowami, pozostaje tyle słów ważnych, a niewypowiedzianych, tyle spotkań odsuwanych dzień za dniem… pozostaje niedosyt i uderzająca tęsknota.

Uderzenie śmierci jest czasami tak silne i gwałtowne, iż mamy wrażenie, że wyrywa nas z życia niczym roślinę z ziemi, która w krótkim czasie usycha. Dlatego dobrze byłoby, aby ci, dla których Słowo Ewangelii jest „światłem życia”, wodą „gaszącą nasze pragnienie” posłuchali Jezusa, który nas zapewnia, że w Jego domu jest mieszkań wiele, a nasza ojczyzna jest w niebie.

Śmierć napełnia nas lękiem, tym bardziej śmierć nagła, tragiczna młodego człowieka, przed którym otwiera się życie; dziewczyny, przed którą stoi perspektywa małżeństwa i własnej rodziny; osoby, która ma wspaniałą możliwość rozwijania swych pasji oraz realizacji związanych z nimi planów zawodowych. Jezus z przeczytanej Ewangelii Janowej uspokaja nas. Trzeba wierzyć w Niego, bo On jest źródłem spokoju i ufności.

Śmierć dla nas, którzy pozostaliśmy jest rozstaniem, a każde rozstanie boli, zwłaszcza jeżeli z osobą, którą żegnamy łączą nas więzi miłości, pokrewieństwa, przyjaźni. Dlatego w takich chwilach płaczemy i smutek wypełnia nasze serca. Nie wstydźmy się tych łez, świadczą one bowiem o naszej wrażliwości oraz są potrzebne i pomocne w naszym przeżywaniu żałoby. Chrystus Pan, także płakał stojąc przed grobem swego przyjaciela Łazarza. Jednak w takich momentach to nie płacze nasza wiara i nadzieja, lecz jedynie nasza osierocona miłość, która pragnie bliskości nieobecnej osoby. Nasza wiara i nadzieja są bowiem pełne nieśmiertelności. (...)

Pan Bóg powołał śp. Justynę do domu Ojca. Śmierć, która jak wierzymy nie jest rozpłynięciem się w nicości, lecz jest bramą do wieczności, zaskoczyła niespodziewanie naszą siostrę nie w domu, nie na ulicy, nie wysoko w przestworzach, ale w ciemnym, zamglonym lesie opodal lotniska w Smoleńsku w chwili podchodzenia do lądowania samolotu, w którym pełniła swoją służbę. Justyna zakończyła jedynie pewien etap swojego życia, jakim jest ziemska pielgrzymka, bo przecież nie jesteśmy tułaczami kroczącymi donikąd po drogach czasu, ale pielgrzymami, którzy znają cel swej wędrówki oraz drogę wiodącą do celu, do domu Ojca.

Dom Ojca – tak Jezus nazywa życie wieczne. Ile skojarzeń budzi w nas dom. Każdy z nas nosi w sercu obraz swego domu rodzinnego, te wspomnienia pozostają do końca życia, i to u każdego człowieka. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. To jest pewność, która wynika ze Zmartwychwstania Jezusa: idę przecież przygotować wam miejsce. Jezus zmartwychwstały otwiera nam drogę do domu Ojca. Ale przyjdzie powtórnie, aby zabrać nas do siebie. Jezus Chrystus zmartwychwstał i odszedł do Ojca, aby przygotować nam miejsce. Nic więc dziwnego, że fragment kończy się niewzruszonym stwierdzeniem: „Abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”.

Wiara chrześcijan przychodzi nam teraz z niesłychaną pomocą. Kiedy wspominamy naszych zmarłych podczas ich przejścia do Ojca, wierzymy, że spotkali oni wreszcie tę rodzinę, do której zostaniemy i my przyjęci w domu Ojca. Krzyż Chrystusa, który przyjęła śp. Justyna w chwili chrztu świętego, umożliwia dotarcie do miejsca, gdzie będziemy żyć w prawdziwej pełni, wolni od cen płaconych za wydarzenia naszej historii.

Dlatego żegnając naszych zmarłych przede wszystkim celebrujemy w ich intencji Msze Święte, Ofiarę Chrystusa i Kościoła, przedziwne misterium, które przebija się przez wymiar czasu i nie tylko wspomina, ale i uobecnia, urzeczywistnia zbawcze tajemnice naszej wiary: mękę, śmierć, ale też i Zmartwychwstanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. On staje pośród nas w Wieczerniku tej parafialnej świątyni, jak stanął w wielkanocny poranek w Wieczerniku jerozolimskim i pokazując swe przebite ręce, nogi oraz bok mówi do nas pogrążonych w smutku. Mówi jak przed wiekami: „Pokój wam”. Ja umarłem, a oto żyję i wy żyć będziecie, bo poprzez śmierć fizyczną wasze życie zmieni się, ale się nie skończy. Tak, jak nie skończyło się życie Justyny, którą opłakujecie. (...)

Mottem życia śp. Justyny, były słowa: droga do celu jest równie ważna jak on sam. Od najmłodszych lat powyższe słowa starała się konsekwentnie realizować. Była absolwentką Szkoły Podstawowej nr 32 i III Liceum Ogólnokształcącego. Jej pierwszą pasją było harcerstwo, które stało się dla niej nie tylko przygodą, ale przede wszystkim kuźnią wartości oraz lekcją służby. Lekcją, którą bardzo dobrze odrobiła i która procentowała w jej życiu osobistym oraz zawodowym. W dniu, w którym otrzymała krzyż harcerski nad wodospadem Siklawa w Tatrach Wysokich zapisała w kronice 93. Białostockiej Drużyny Harcerskiej następujące słowa: „To jest mój dzień, dzień łez radości za to, że staję się lepszym człowiekiem. Dzień, w którym poczułam się prawdziwą harcerką, świadomą swych celów i obowiązków. Jak dobrze dostać potwierdzenie, że zmierzam w dobrym kierunku”. W drużynie prowadziła najmłodszy zastęp dziewczynek, które z ufnością lgnęły do swej zastępowej, a ona zawsze troskliwie się nimi opiekowała. Na jednym z obozów harcerskich Justyna skoczyła pierwszy raz ze spadochronem i tak zaczęła się praktyczna realizacja jej największej życiowej pasji oraz fascynacji lotnictwem.

Przez wiele lat była aktywnym członkiem sekcji spadochronowej Aeroklubu Białostockiego. W tym czasie wykonała ponad 250 skoków. Po szkole średniej wyjechała na studia do Radomia. Zdobyła uprawnienia pilota szybowcowego. Po roku rozpoczęła studia na Wydziale Mechanicznym, Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. We wrześniu ubiegłego roku ukończyła studia inżynierskie i kontynuowała studia magisterskie na tym kierunku. W tym roku miała bronić pracę magisterską.

Trzy lata temu śp. Justyna została stewardessą w pasażerskich liniach LOT. Po roku zaproponowano jej pracę w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Przyjęła tę propozycję. Jako stewardessa towarzyszyła najważniejszym osobom w państwie podczas wielu podróży. Była zadowolona z tej pracy. Uwielbiała latać, cieszyła się, że przy okazji może zwiedzać świat. Jej codzienna praca i postawa określona jako wzorowa, znajdowała uznanie w oczach przełożonych, szacunek i sympatię w środowisku kadry i pracowników jednostki oraz osób, którym towarzyszyła w podniebnych podróżach. Premier Donald Tusk podczas ceremonii powitania trumien z ciałami ofiar katastrofy pod Smoleńskiem mówiąc o Justynie powiedział, iż swymi umiejętnościami mogła zawstydzić niejednego komandosa, a najwyżsi oficjele państwowi, którym służyła podczas ich podróży zwracali się do niej słowem „córeczko”.

Świętej pamięci Justyna Moniuszko podczas niespełna 25 lat swojego życia rozkwitła na piękną kobietę, ale co ważniejsze, owa uroda zewnętrzna szła w parze, a może raczej była zewnętrznym dopełnieniem jej piękna duchowego. Biła od niej wewnętrzna energia, dzięki której zjednywała sobie ludzi. Zawsze pomocna, uprzejma i radosna. Jej płynący z głębi serca uśmiech potrafił rozweselić każdego. Często zastępowała koleżanki z załogi, które jako mężatki i matki musiały zostać w domu z dziećmi. Świętej pamięci Justyna swym życiem w pełni potwierdziła powtarzane przez nią adagium, iż „Jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem. Możemy latać tylko wtedy, gdy obejmiemy drugiego człowieka”. (...)

Nasza siostra, choć odchodzi od nas, znika nam sprzed oczu, to nie znika z naszego życia i serca. Miejscem jej odpoczynku pozostaje nasza wdzięczna pamięć wierna temu, co nam pozostawiła. Jak każda śmierć, tak i jej odejście jest dla nas znakiem. W jej życiu widzimy najgłębszy sens trudu, poświęcenia, realizacji swym marzeń, wierności i ofiary, miłości i pracy, naszych nocy i dni ludzkiej codzienności. (...)

Twoje życie i czyny, droga Justyno, będą żyły w naszych sercach i pamięci. Ufamy, że „rzeka pamięci nie wpadnie do rzeki zapomnienia”, lecz płynący czas okaże się dla następnych pokoleń wierną rzeką. Temu, od którego pochodzi wszelkie dobro, pragniemy podziękować za świadectwo Twego życia i służby, pisane dziewczęcym sercem: wiernym, konsekwentnym, wrażliwym na drugiego człowieka. Odchodząc prosimy pozostań z nami Justyno, gdy trzeba iść dalej, aż domu Ojca. Pozostań z nami na zawsze. Na zawsze, by stale być z nami blisko.

Doczesne szczątki śp. Justyny Moniuszko, stewerdessy w 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego złożone w polskiej – białostockiej ziemi, niech się staną zasiewem „Miłości gotowej do ofiary dla pokoleń idących w przyszłość”.

Justyno, Twoje marzenia zawiodły Cię do Warszawy i pozwoliły pracować z lotnikami najlepszymi z najlepszych. Na skrzydłach tych marzeń fruwałaś nad ziemią, Twoje marzenia zabrały Cię do Nieba. Modlimy się w tej intencji, głęboko ufając i wierząc, że dobry Bóg, Ojciec bogaty w miłosierdzie obdarzy Cię wieczną nagrodą w swoim, niebieskim domu.

ks. Zbigniew Rećko

Fragmenty kazania wygłoszonego w kościele św. Maksymiliana w Białymstoku, 20 kwietnia 2010 r.