lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ
nr 4/2010

Męczennicy i apologeci, czyli o chrześcijaństwie w państwie pogan

Święty Walenty, patron zakochanych, oddał życie zamordowany w 269 roku, za panowania cesarza Klaudiusza II, prześladowcy chrześcijan. Był aresztowany i skazany przez legalne władze rzymskie. Nie dowiemy się, o czym myślał w chwili śmierci, ale prawdopodobnie nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, czy państwo, które obeszło się z nim tak okrutnie, miało do tego prawo. Tymczasem, wbrew pozorom, nie jest to pytanie bezzasadne, dotyczy bowiem problemu legalności władzy i pytania, do jakiego stopnia chrześcijanin winien jest posłuszeństwo świeckiej zwierzchności. W ciągu dwóch tysięcy lat istnienia Kościoła chrześcijanie nie przestali zmagać się z tymi wątpliwościami.

Pierwsi chrześcijanie żyli w państwie pogańskim. Nie był to problem błahy, ponieważ z oczywistych względów zdarzało się, że zasady wiary kłóciły się z obyczajem i prawem obowiązującym poddanych cesarza rzymskiego. W sytuacji konfliktu norm wyznawca Chrystusa nie mógł mieć wątpliwości, które zasady są ważniejsze, ale nie zawsze łatwo było znaleźć właściwą drogę postępowania. Chrześcijanin wiedział przecież, że powinien oddać Bogu, co Boskie, a cesarzowi co cesarskie (Łk 20, 24-25). Wiedział też, że każda władza pochodzi od Boga – o tym napisał św. Paweł w Liście do Rzymian (Rz 13, 1). Nowa religia przyjmowała, co do zasady, stanowisko apolityczne, deklarując akceptację porządku zastanego. Moment osobistej decyzji nadchodził wtedy, gdy pojawiły się zarzuty o wywrotowość chrześcijaństwa, jego niedostosowanie do społeczeństwa. Z punktu widzenia wielu obywateli Rzymu nauka Jezusa z Nazaretu była aspołeczna, a jego uczniowie stanowili zagrożenie dla porządku publicznego. Społeczeństwa starożytne nie tolerowały podobnych dysonansów.

Nulla res nobis magis aliena quam res publica, nic nie jest nam bardziej obce, niż polityka – napisał apologeta Tertulian (ok. 155-220). Chrześcijanie bezkompromisowo odwracali się od tego, co uchodziło (i do dziś uchodzi!) za ważne i pożądane w świecie pogan. „Królestwo moje nie jest z tego świata” – powiedział sam Jezus (J 18, 36). Życie na ziemi nazwali doczesnym (łac. temporalis), a celu swojego życia upatrywali w rzeczywistości ponadnaturalnej i wiecznej. W stosunku do państwa i władzy politycznej mogło to prowadzić do przyjęcia postawy eskapistycznej, uznania, że wszelkie zabiegi związane z urządzaniem (kształtowaniem, zmienianiem) świata społecznego nie mają żadnego znaczenia. „My natomiast – pisał wspomniany Tertulian w dziele Apologetyk, którego oczywistym adresatem był poganin – przy całym ogniu sławy i zaszczytów marzniemy, nie mamy wcale potrzeby tworzenia związku partyjnego […] Gardzimy tym, co wam się podoba, wy także w tym, co nasze, nie znajdujecie przyjemności”. Stanowiło to również argument przeciw tym, którzy chcieliby uznać chrześcijan za wrogów państwa. Argument – dodajmy od razu – niewystarczający.

Z jakimi zarzutami spotkali się pierwsi wyznawcy nowej wiary? Pomińmy te o zatruwanie publicznych studni, czy czczenie osła, o których czytaliśmy w Quo vadis. Wyróżnić należy trzy kategorie oskarżeń kierowanych przeciw chrześcijanom. Pierwszy argument oskarżycieli dotyczył wspomnianej już aspołeczności. Chrześcijanie głosili, że nie dążą do żadnych ziemskich celów – jakże więc można było im ufać? Nawet, jeśli nie są zbrodniarzami – powiadano – nie będzie dobrym kupcem, czy rolnikiem ten, kto chce być szczęśliwy dopiero po śmierci. Czy umowa handlowa zawarta przez takiego ekscentryka ma jakąkolwiek wartość w świecie, który on nazywa „doczesnym”? Czy wreszcie mogą żyć z nami w pokoju ci, którzy gardzą nie tylko mowami filozofów, ale też zapasami gladiatorów na cyrkowej arenie? Druga kategoria dotyczyła patriotyzmu, a właściwie jego braku. Chrześcijanin – argumentowano – programowo wyrzeka się przemocy, a zatem nie może być obywatelem republiki. Odmówi bowiem posłuszeństwa, gdy będzie musiał stanąć w jej obronie z bronią w ręku, jako żołnierz-legionista. Czy może czuć się bezpiecznie oficer, którego podkomendni, a przynajmniej pewna ich część, uparcie twierdzą, że miłują swoich nieprzyjaciół i nadstawiać będą drugi policzek? Ostatnia, trzecia kategoria argumentów miała charakter polityczno-teologiczny: pamiętajmy, że w starożytnym Rzymie istniała religia państwowa, a w poczet bogów zaliczani byli cesarze. Chrześcijanie, którzy wierzyli w jednego Boga, a odmawiali czczenia innych, narażali się na zarzut bezbożności! Z punktu widzenia ówczesnego Rzymianina nie było problemem uznanie jakiegoś nowego bóstwa ze wschodu, natomiast brak akceptacji wszystkich pozostałych mógł wydać się niedorzeczny i, co gorsze, bluźnierczy. Odmowa ubóstwiania cesarzy musiała działać na urzędników imperium jak czerwona płachta na byka, nawet wobec tych, którzy niezbyt poważali kult starego Jowisza, czy Marsa.

W obronie chrześcijan wystąpili ludzie, których nazwano apologetami: pisarze, prawnicy i filozofowie, którzy w pismach (tzw. apologiach) i mowach sądowych odpierali zarzuty zarówno religijno-filozoficzne, jak i prokuratorskie. Do najsłynniejszych zaliczamy Justyna Męczennika, Ireneusza z Lyonu, Orygenesa (to bodaj najsłynniejszy z nich) i cytowanego już Tertuliana. Oni, występując zmuszeni okolicznościami, położyli podwaliny chrześcijańskiej myśli filozoficznej.

Nie jest przypadkiem, że pierwsze argumenty obrońców chrześcijan były bardzo ostrożne. Apologeci starali się po prostu dowieść, że uczniowie Jezusa nie są wcale tak „inni”, jak się początkowo mogło wydawać. Wspomniany już Tertulian nie mógł uznać cesarza za boga, pisał za to: „my bowiem o szczęście dla cesarzy prosimy Boga wiecznego. […] Lecz po co ja jeszcze więcej mam mówić o poważaniu i pietyzmie chrześcijan dla cesarza, którego z konieczności szanować musimy jako tego, którego Bóg nasz wybrał tak, że słusznie możemy powiedzieć: naszym jest cesarz przede wszystkim, jako przez naszego Boga ustanowiony”. Szczególnie dobitnie apologeta stara się dowieść, że chrześcijanom należy się taka sama tolerancja, jak wszystkim innym grupom wyznaniowym i kulturowym w rzymskim państwie. Odpiera zarzuty o wywrotowość, pokazując „ludzką twarz” swoich braci. „Powiadają mianowicie – pisze – że w życiu społecznym jesteśmy nieużytecznymi. […] Pamiętamy o tym zawsze, żeśmy Bogu, panu i stwórcy, winni wdzięczność, i nie gardzimy żadnym owocem jego dzieł; owszem, wstrzymujemy się, byśmy ich nie nad miarę używali, albo fałszywie. Przeto mieszkamy na tym świecie razem i nie gardzimy forum, nie gardzimy targowiskiem, używamy kąpieli, chodzimy do waszych magazynów, warsztatów, hoteli […]. Spotykamy się razem na okrętach, razem odbywamy służbę wojskową, razem uprawiamy rolę i razem prowadzimy handel”.

Orygenes (185-254), autor rozprawy Contra Celsum, ocenianej jako najwybitniejsza apologia swoich czasów, śmielej uzasadniał miejsce chrześcijan w społeczeństwie rzymskiego imperium. Na gruncie refleksji filozoficznej dokonał on typowego dla chrześcijaństwa przesunięcia znaczenia państwa. Wbrew filozofom starożytnym, zdeprecjonował znaczenie wspólnoty politycznej, uznając, że pełni ona jedynie służebną rolę w życiu człowieka, a dobrym człowiekiem można być, nie będąc wcale wzorowym (według wyobrażeń starożytnych) obywatelem. Przede wszystkim jednak stwierdził, że to państwo potrzebuje chrześcijan, a nie na odwrót. „Ludzie Boga są bowiem solą, która utrzymuje istnienie świata – pisze apologeta – a wszystkie ziemskie sprawy istnieją do czasu, gdy sól ulegnie rozkładowi”. Orygenes śmiało zbija zarzut o odmowę służby wojskowej przez wielu chrześcijan: walczymy za cesarza lepiej, niż ktokolwiek inny, ponieważ modlimy się za niego i za powodzenie jego żołnierzy, gdy biją się w słusznej sprawie. „Modlimy się – pisze – aby pobici zostali jego wrogowie”! Wyznawcom Chrystusa nie tylko należy się tolerancja, powinni być otoczeni opieką i stawiani za wzór. Oni przecież nie kradną, nie mordują, głoszą wzajemną miłość, oraz poszanowanie praw i władzy. „Gdyby więc wszyscy Rzymianie – pisze Orygenes – uwierzyli i modlili się do Boga, pokonaliby swoich wrogów, albo nawet wcale nie potrzebowali by walczyć, bo strzegłaby ich moc Boża”.

Autor Contra Celsum przyjmuje stoicką, poważaną wśród Rzymian, doktrynę prawa naturalnego, nadając jej chrześcijańską wymowę. Istnieją dwa rodzaje praw, stwierdza: „prawo natury, którego twórcą jest Bóg, i spisane prawo państwowe. […] Każdy naród ma jakieś prawo, które jest jego ‘królem’. Jeśli zaś myślisz [te słowa kieruje do Celsusa, wroga chrześcijaństwa] o prawie jako takim, to istotnie jest ono z natury ‘królem wszystkich’. […] My więc, chrześcijanie, wiemy, że prawo z natury swej jest królem wszystkich ludzi i że prawo to jest równocześnie prawem Bożym”. Koncepcja ta nabierze rumieńców w kolejnych stuleciach i zajmie poczesne miejsce w średniowiecznej scholastyce.

Czy chrześcijanie mogli odnaleźć się w państwie pogan? Poszukiwali swojego miejsca w porządku politycznym, który był wobec nich zdecydowanie wrogi. Ale właśnie dlatego nie mogli pozostać obojętni wobec władzy i prawa państwowego. Nie sformułowali projektu konkurencyjnego. Na to przyszedł czas, gdy w wyniku popularności nowej religii państwo rzymskie samo stało się chrześcijańskie (warto pamiętać, że nastąpiło to w czasach cesarza Teodozjusza I, panującego w latach 379-395).

Chrześcijańska refleksja polityczna rodziła się niejako przy okazji. Wierzący byli zmuszeni określić się wobec porządku prawnego i ładu politycznego starożytnego Rzymu. Był to okres poszukiwań, które przede wszystkim dotyczyły teologii. W tym kontekście należy widzieć również wysiłki pierwszych „politologów” Kościoła. Niektóre poglądy cytowanych wyżej autorów, Tertuliana i Orygenesa, uznane były za heretyckie. Błędy dotyczyły kwestii teologicznych oraz zasad życia moralnego, zwłaszcza u Tertuliana. Warto zacytować na koniec niemal współczesnego filozofa i badacza historii filozofii, Władysława Tatarkiewicza: „Długo Zachód wydawał tylko apologetów, nie wydał zaś żadnego systemu [filozoficznego – przyp. TM]. Z drugiej strony na Wschodzie, gdzie kultura filozoficzna pogan była wysoka, myśli chrześcijańskiej trudno było wyzwolić się spod jej wpływów; dlatego to patrystyka grecka miała wysoki poziom, ale była mało samodzielna. Gdy natomiast na Zachodzie powstał wreszcie system filozofii, to był to system własny i całkowicie odpowiadający duchowi chrześcijaństwa.” Tym, który sformułował pierwszą kompletną, chrześcijańską filozofię państwa i prawa był św. Augustyn (354-430).

Tomasz Madras