lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
STYCZEŃ
nr 1/2010

Ojciec Benedykt

W dniu 31 stycznia 2010 r. przypada Jubileusz 50-lecia kapłaństwa o. Benedykta. Jest to dzień wyjątkowy i jedyny w życiu. Kim jest kapłan?

Święty Jan Maria Vianney tak mówi o kapłaństwie: „Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości.”

W Piśmie Świętym czytamy: „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi” (J 15, 15), a ks. Franciszek Grudniok snuje takie rozważania: „Kapłan – przyjaciel Chrystusa – jest powołany do tego, aby wszystkich ludzi czynić przyjaciółmi Chrystusa, domownikami Boga, ludźmi odkupionymi, szczęśliwymi. Zakosztowawszy słodyczy obcowania z Bogiem, ma kapłan dzielić się rozrzutnie tym niezasłużonym darem ze wszystkimi wokoło siebie, bo nikt z ludzi nie jest wyłączony spod prawa Odkupienia. Miłość pragnie się rozlewać i zagarniać wszystko pod swoje uszczęśliwiające panowanie.”

Jubileusz jest okazją do spojrzenia wstecz na pewien odcinek przebytej drogi, która wiodła przez ziemię podlaską, gdyż o. Benedykt przez okres 14 lat pełnił swą posługę kapłańską w Domu Misyjnym św. Kazimierza w Kleosinie. 14 lat – może to niewiele w życiu człowieka, ale w życiu kapłana i ludzi wśród których przebywał – to początek czegoś nowego, co się zaczyna i nigdy nie kończy.

Do Kleosina trafiałam dzięki radiu „Maryja”. Był rok 1993. W czasie Wielkiego Postu usłyszałam na antenie zachęcający głos o. Benedykta do korzystania z rekolekcji zamkniętych. Była to dla mnie oferta nie do odrzucenia, gdyż nie trzeba było jechać daleko. Od czasu pierwszych rekolekcji rozpoczęła się, trwająca do dziś, moja współpraca z o. Benedyktem

W tamtym czasie istniała już uformowana grupa misyjna pod szyldem „Przyjaciele Misji” i odbywały się comiesięczne jednodniowe jej spotkania. Grupą początkowo opiekował się ówczesny rektor domu o. Piotr Karwecki – wspaniały kapłan o otwartym sercu. Po przybyciu z Laskowic Pomorskich o. Benedykta, dom w Kleosinie posiadał trzech doświadczonych rekolekcjonistów w osobach : o. Stefana Tarasiuka, o. Piotra Karweckiego i o. Benedykta, oddających się posłudze rekolekcyjnej na terenie kraju (także za granicą – na Białorusi), Archidiecezji i własnych domów misyjnych, jak też posłudze osób przybywających do domu św. Kazimierza. Z dnia na dzień dom w Kleosinie wypełniał się. Ludzie przybywali z Białegostoku i okolic, pragnąc skorzystać z rekolekcji, sakramentu pojednania, kierownictwa duchowego, porady czy pociechy w codziennych trudnościach. Wzrastało też zapotrzebowanie na rekolekcje zamknięte dla różnych grup, jak np: katecheci, służba zdrowia, Patronka dobrej śmierci, Wspólnota Królowej Pokoju i inne, tak że w każdym niemal tygodniu odbywały się rekolekcje. Wiele z nich było głoszonych przez o. Benedykta, a każde dla „ Przyjaciół Misji”, które odbywały się raz w miesiącu. Nasze spotkania były zawsze radosne i urozmaicone. Przerabialiśmy swoisty „Uniwersytet” od podstaw wiary – do jej głębi, do spotkania Boga osobowego, do dziecięcej umości w ojcowską miłość Boga i odkrywanie sensu własnego życia. Głębokie katechezy, adoracje pełne refleksji i zadumy, pogłębiały naszą więź z Jezusem i Maryją, uczyły pokory, wzajemnej miłości i zrozumienia, przebaczania sobie i innym. W swych wykładach o. Benedykt wprowadzał wiele humoru i uśmiechu, słowa były zawsze proste i zrozumiałe. W czasie spotkań oglądaliśmy też wiele filmów o tematyce religijnej, o życiu świętych.

Na Mszę św. niedzielną, kończącą rekolekcje, przybywała cała grupa misyjna około 150 osób, po czym spotykaliśmy się na wspólnej agapie. Dzieliliśmy się sobą, tym, co było na stołach, i radością. Uściski, uśmiechy i ostatnie błogosławieństwo dawało nam poczucie posłania.

Kiedy w 1995 r. o. Benedykt został rektorem domu, przybyło mu obowiązków. Zabrakło też o. Piotra, gdyż został przeniesiony do Pieniężna. Życie domu w dalszym ciągu rozkwitało, część rekolekcji przejęli inni ojcowie, natomiast przybywało coraz więcej ludzi potrzebujących duchowej pomocy, którzy w przeróżny sposób pogmatwali swoje życie, wchodząc w niezdrowe układy i związki z wróżbitami, uzdrawiaczami, sektami, doświadczając okultyzmu i innych schorzeń duszy. Ludzie ci, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji wierzenia w oddziaływanie innych sił, poza wiarą w Pana Boga, ściągnęli na siebie działanie złych mocy, co spowodowało ich udręczenie duchowe, nieraz fizyczne, czy inne rodzaje nieszczęść. Ukazywało się coraz więcej tragedii osobistych czy rodzinnych i coraz więcej osób ze swoimi problemami zaczęło się zgłaszać o pomoc do o. Benedykta.

Ojciec cieszył się zaufaniem. Dla każdego znajdował czas pomimo nieraz wielkiego zmęczenia. Zaskarbił sobie opinię kapłana, który z ojcowską dobrocią wszystkich wysłuchuje, rozumie niepokoje i udręki i pragnie pomóc. Ponieważ nagabywania szatana, a nawet opętania zdarzały się coraz częściej, ówczesny ks. abp Stanisław Szymecki podjął decyzję o ustanowieniu archidiecezjalnego egzorcysty. Na tę funkcję nominował o. Benedykta.

Nasz ojciec został egzorcystą. I zaskoczenie, i radość, i trochę obaw. Egzorcysta, to taka posługa nietypowa na nasze czasy. Opisy ewangeliczne świadczą o wypędzaniu złych duchów przez Chrystusa, ale teraz, w świecie, w którym żyjemy, w czasie ogromnego rozwoju nauki i techniki, kto może uwierzyć, że diabeł istnieje naprawdę? a jednak... Diabeł jest przebiegły i nieobliczalny, należało więc pomyśleć o grupie, która będzie stanowiła modlitewne zaplecze, wsparcie i osłonę dla ojca. Grupa, początkowo niewielka, szybko się rozrastała. Tworzyli ją ludzie dobrej woli, pragnący pomóc innym i nieobojętni na cierpienia drugich. Dołączyli także ci, którzy mieli swoje kłopoty osobiste czy rodzinne. Początkowo nazywaliśmy siebie „grupą osłonową”, ale z czasem wyłoniła się nazwa „Winnica św. o. Pio”. Zaufaliśmy, że o. Pio, który w swoim ziemskim życiu, przez wiele lat cierpiał z powodu napaści szatana, będzie dla nas wspaniałym orędownikiem u Boga.

Każdy z członków „Winnicy” otrzymał dziesiątkę Różańca do codziennego odmawiania, jak też (w miarę możliwości) zbieraliśmy się codziennie o godz. 15 w kaplicy domu św. Kazimierza wraz z o. Benedyktem, aby odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia i bolesną część Różańca, przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Należy dodać, że obraz Jezusa Miłosiernego w domu misyjnym w Kleosinie został ufundowany i uroczyście wprowadzony dzięki staraniom o. Benedykta.

W dalszym ciągu uczestniczyliśmy w comiesięcznych rekolekcjach, ucząc się odróżniania dobra od zła, rozróżniania duchów, uświadomienia sobie prawdy o świecie w którym żyjemy, nabywając umiejętności oceny sytuacji, rzetelnego podejścia do siebie, do innych ludzi, a nade wszystko pogłębiając ufność w Opatrzność Bożą.

W sposób uroczysty, w czasie Mszy św. wszyscy oddaliśmy się Najświętszemu Sercu Jezusa, przyjmując Go za jedynego naszego Pana i Króla, a także uroczyście oddaliśmy się Maryi w Jej macierzyńską niewolę miłości.

Naszym naczelnym hasłem jest: „Jezu ufam Tobie”. Naczelnym zadaniem: świadczyć o przeogromnym Miłosierdziu Bożym przez modlitwę i czyny miłosierdzia; unikać wszelkiego zła, wypaczeń; bronić czystości wiary; modlić się za kapłanów-egzorcystów, za ludzi opętanych, udręczonych, nagabywanych, cierpiących grzeszników, za Kościół Święty, biskupów i kapłanów; być czujnym na potrzeby Wspólnoty przez dbałość o jedność, wzajemne zrozumienie, pomoc w cierpieniach i kłopotach, otaczanie siebie wzajemną modlitwą.

Nasza Wspólnota przeżywa też wiele przyjemnych i radosnych chwil. Niezapomnianymi przeżyciami były wypady autokarowe na początku maja z o. Benedyktem. Wędrowaliśmy po kraju, zwłaszcza nawiedzając Sanktuaria Maryjne. Radowały się nasze serca, kiedy co roku przybywało nam pięknych przeżyć, związanych z odkrywaniem wspaniałości naszych polskich zabytków i dzieł sztuki, a zwłaszcza kościołów. Podziwiając niezapomniane oblicza Matki w różnych postaciach i sukniach, uformowanych i utkanych z serc ludu zamieszkującego dany region – czy to Pani Kujaw, czy Pani Ludzi Morza, Królowej Kaszub, Matki Bożej Brzemiennej, Różanostockiej, Ludźmierskiej, Królowej Podhala, Piekarskiej, Częstochowskiej, Pacławskiej, Ostrobramskiej i wielu innych – czuliśmy, jak Ona „różna”, a przecież „ta sama „, ogarnia nas czułym spojrzeniem i każdego pragnie obdarować na dalszą drogę. I tak było, gdyż wychodziliśmy ze świątyń wzbogaceni wewnętrznie i pełni pokoju.

Pięknem można z pewnością nazwać to, co stworzyła ręka ludzka, ale kiedy w drodze wtapiamy się we wspaniałość przyrody – naszych pól, łąk, lasów gór jezior i rzek – to słowa są zbędne, bo bliższym staje się Bóg.

Mieliśmy tę ogromną łaskę spotkać się jeszcze z Ojcem Świętym Janem Pawłem II w Rzymie, niedługo przed Jego odejściem do Pana, a także nawiedzić miejsce objawień Matki Bożej w Medjugorie.

W czasie pielgrzymek o. Benedykt był dla nas nie tylko przewodnikiem, ale i gawędziarzem. Posiada obszerną wiedzę o poszczególnych regionach Polski, o historii miast i zabytków. Nie obca mu jest znajomość przyrody i topografii. Wiele zakątków Ojczyzny przywoływało opowiadane z humorem misjonarskie wspomnienia o. Benedykta z wcześniejszych jego tu pobytów.

Lubiliśmy te podróże z modlitwą i śpiewem. Rosła z nimi nasza wdzięczność Panu Bogu za piękno stworzonego świata. Można śmiało powiedzieć, że o. Benedyktowi zawdzięczamy nie tylko wiedzę religijną, którą czerpaliśmy i czerpiemy z Jego głębokich i przemyślanych nauk i kazań, ale także nasze spojrzenie na świat i ludzi, które nam przekazał i słowem, i przykładem. Dzięki temu stawaliśmy się coraz bardziej wyrozumiali, akceptujący drugiego człowieka, coraz bardziej potrafili odnajdować swoje miejsce we wspólnocie dążącej do jednego celu i coraz głębiej rozumieć sens naszego życia, skąd wyszliśmy i dokąd podążamy. Nasza ogromna wdzięczność należy się Panu Bogu za to, że uczynił go kapłanem, za to, że jako misjonarza ludowego posyłał do różnych zakątków Ojczyzny. W Swej nieogarnionej mądrości przysłał go również na Podlasie, aby dać nam ojca dobrego, wyrozumiałego, o wielkim sercu. Jest on dla nas nie tylko kapłanem, ale ojcem, bratem i przyjacielem – który potrafi pocieszyć, zrozumieć, podnieść na duchu. Był i jest z nami, w naszych domach, w naszych rodzinach, uczestnicząc w cierpieniach i radościach. Dla wielu z nas jest spowiednikiem lub też kierownikiem duchowym.

W 2005 roku o. Benedykt powrócił do swego dawnego domu w Laskowicach Pomorskich. Białostocka społeczność, związana ze swym ojcem, żegnała go z żalem, ale i ogromną wdzięcznością za otrzymane dobro. My, jako grupa modlitewna, nadal jesteśmy Jego „ Winnicą”. Dwa razy w roku spotykamy się na rekolekcjach w Kleosinie, na początku czerwca każdego roku wyjeżdżamy do Laskowic na rekolekcje, połączone z uczczeniem kolejnych jubileuszy o. Benedykta. W każdą niedzielę całego roku spotykamy się w kaplicy domu św. Kazimierza w Kleosinie o godz. 15 na modlitwie, w czasie której odmawiamy Koronkę do Bożego Miłosierdzia, bolesną część Różańca i inne modlitwy wspólnotowe. Wraz z nami uczestniczą w modlitwie brat Marian i brat Waldemar. O ile czas nam pozwala, po modlitwie spotykamy się przy kawie czy herbacie w „kawiarni” domu misyjnego, dla omówienia różnych spraw dotyczących Wspólnoty, albo wysłuchania ciekawych wiadomości, które zawsze w zanadrzu ma brat Marian. Te cotygodniowe spotkania są bardzo ważnym elementem budującym wzajemną więź „Winnicy”.

No i te wspaniałe wczasorekolekcje w Jastarni – aż 2 tygodnie, tylko 2 tygodnie...? spędzone z ojcem i dwoma innymi wspaniałymi kapłanami – ks. Edwardem ze Starych Juch i ks. Antonim ze Sztumu. Ten czas spędzony z ojcem, to czas, kiedy każdy może z niego choć troszkę „uskubnąć” dla siebie na rozmowę osobistą, bo przecież ojciec zawsze dla każdego znajdzie czas. Jego doba się wydłuża, Pan Bóg daje dodatkowe minuty, aby wystarczyło czasu dla wszystkich, bo przecież ojciec musi być „dobry jak chleb”.

Pamiętam trudne chwile, kiedy w Kleosinie Ojciec pełnił obowiązki rektora, rekolekcjonisty, egzorcysty – do tego kłopoty ze zdrowiem. Czas był tak wypełniony pracą, że dla siebie pozostawało go tylko na rzeczy konieczne. Przybywało też ludzi cierpiących, uzależnionych, nawet ewidentnie opętanych, dla których trzeba było znaleźć czas, a nawet wiele czasu. Ojciec Benedykt znajdował ten czas i cierpliwość, a nawet siłę na wyczerpujące wielogodzinne egzorcyzmy.

Pamiętam je doskonale, w niektórych brałam udział wraz z bratem Marianem, czasem jeszcze z kilkoma innymi osobami. Nieludzkie wrzaski i inne zachowania osoby egzorcyzmowanej, wymagały od otoczenia wysiłku i opanowania, a co dopiero od kapłana-egzorcysty, który staje naprzeciw śmiertelnego wroga.

Ojciec Benedykt to kapłan głęboko rozmodlony, rozkochany w Matce Najświętszej, pełen pokory i wyrozumiałości dla ludzkich słabości. Ma wielu przyjaciół w kraju i za granicą, których jednoczy w jedną wielką rodzinę ludzką, znajdując dla każdego z osobna maleńki kącik w swym wielkim sercu kapłańskim.

Dzięki o. Benedyktowi przeżyliśmy (i jeżeli Pan Bóg pozwoli, nadal będziemy przeżywać) wiele wspaniałych, głębokich podróży duchowych, w których „Miłość” jest okrętem i latarnią morską. Trzeba tylko stać się dzieckiem, wziąć do plecaka dobrą wolę, ufność i tęsknotę. Potem uchwycić dłoń Matki Bożej i wypłynąć na głębię Miłosierdzia Bożego, aby po raz kolejny zachwycić się Bogiem.

W imieniu „Winnicy św. o. Pio”

Anna