lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
STYCZEŃ
nr 1/2010

Zaproszenie do udziału w Jezusie

J 2, 1-12

Święty Jan, na początku swojej Ewangelii prowadzi nas na wesele w Kanie Galilejskiej. Pośród biesiadników odnajdujemy Maryję, Jezusa i Jego uczniów. Nie wiemy kim byli państwo młodzi, jakie więzy łączyły ich z Świętą Rodziną z Nazaretu. Przekaz św. Jana nie ma charakteru reporterskiego, sprawozdawczego. Jan Ewangelista, zwany także Janem Teologiem, posługuje się konkretnym wydarzeniem, w tym wypadku weselem, aby ukazać prawdę o Jezusie i Jego Matce, Bogu-Człowieku i Bożej Rodzicielce. Wydaje się, że najważniejszą w opowiadaniu jest Maryja. Ona przez Ewangelistę zostaje wymieniona jako pierwsza. W ostateczności jednak to nie Ona czyni to, co najważniejsze – cud. Ogranicza się do zachęty, by słudzy zrobili to, co powie Jezus. Staje więc Ona w cieniu weselnego wydarzenia. Wszystkim zajmuje się Jezus. On każe nalać wodę do sześciu kamiennych naczyń służących do żydowskich obmyć rytualnych (razem mogły one pomieścić od 384 do nawet 576 litrów), a następnie zanieść to, co naleli przewodniczącemu uczty. Słudzy posłuchali Maryi i bez słowa spełnili polecenia Jezusa: „napełnili i zanieśli”. Po ludzku rzecz biorąc robili to z narażeniem swojej reputacji. Dobrze wiedzieli, co wlewają do stągwi, mieli też świadomość, że starosta weselny i biesiadnicy nie oczekują na wodę. Nie spodziewali się też prawdopodobnie cudu, bo ten był pierwszym, którego dokonał nieznany im Jezus. O pochodzeniu wina zdają się tylko wiedzieć słudzy, Maryja, uczniowie i tylko w tych ostatnich dokonany cud budzi wiarę w Jezusa. Wydaje się więc, że nie tylko wino staje się wbrew prawu natury, ale i słudzy doświadczają cudu wiary w to, co kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Owszem, swoim cudem Jezus zaspokoił braki na weselu. Przede wszystkim jednak cud stał się objawieniem Jego chwały i wzbudzeniem wiary Jego uczniów.

Chwała w Ewangelii według św. Jana, to przede wszystkim chwała Boża. Tym słowem człowiek wyrażał swoje doświadczenie Boga. W Starym Testamencie chwała oznaczała przymiot Boga widoczny w dziełach stworzenia, w obłoku, który opisuje Księga Wyjścia (Wj 14,24), czy słupie ognia (Pwt 4,36). Czasami słowo „chwała” oznaczało obecność Boga, jak w Namiocie Spotkania (Wj 40,34). W Nowym Testamencie chwałę Boga objawił Jezus Chrystus. Przez Niego udział w chwale Boga może mieć również człowiek.

Jezus nie przez przypadek objawił swoją chwałę właśnie na weselu. W tradycji żydowskiej, a chyba i w każdej innej, obfitość weselnego stołu miała zwiastować przyszłe życie małżonków. Objawiając swoją chwałę na weselu, Jezus objawił, że małżeństwo jest w niej udziałem. Poprzez wzajemną miłość żona i mąż wrastają w Chrystusa, aż do pełnego zjednoczenia się z Nim na wieczność.

Znam wiele małżeństw, które w tym właśnie odkryły swoje chrześcijańskie powołanie. Owszem wesele było im bardzo ważne i niczego na nim nie zabrakło. Goście wspaniale się bawili, stoły uginały się, choć bez przesady, od dobrego jadła i picia. Jednakże czuło się, że rozumieli to, co dla małżeństwa najważniejsze. Z Kościoła nie zrobili teatralnej sceny, na której wcielili się w główne role i jeszcze, w rolę drugoplanową zaangażowali księdza. Wcześniej przeżyli piękną drogę narzeczeństwa: poznawania siebie w prawdzie, budzenia czystych tęsknot i pragnień, robienia dobrych postanowień, umacniania ich życiem sakramentalnym i modlitwą, kreśleniem ambitnych planów na przyszłość. Niczego nie chcieli robić na próbę – za bardzo siebie kochali.

Niestety znam też i takich, którzy pomimo pięknie wyreżyserowanego ślubu, wesela według planu opracowanego ze specjalistami, wielu wcześniejszych prób i „na próbę” na małżeństwie boleśnie się poślizgnęli. Dlaczego? Między innymi dlatego, bo małżeństwa nie wpisali w realizację chrześcijańskiego powołania do życia w Chrystusie.

Często na ceremoniach małżeńskich zaślubin duchowni odczytują Ewangelię o weselu w Kanie Galilejskiej, a w kazaniu wychwalają mądrość państwa młodych, którzy zaprosili do udziału w swojej radości Jezusa i Jego Matkę. To wszystko prawda, szczególnie jeśli zaproszenie to wydłuży się o całe małżeńskie i rodzinne życie. Prawdą jednakże jest, że w sakramencie małżeństwa to Jezus zaprasza, by mieć w Nim udział i nigdy go nie stracić. Proponuję więc, aby młodzi zapraszając na ślub i wesele także zaproszenie przyjęli – zaproszenie od Jezusa do wieczności z Nim przez sakrament miłości – małżeństwo.

ks. Radosław Kimsza