lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ
nr 12/2009

Adwentowa tęsknota...

u bł. ks. Michała Sopoćki

Wielu ludzi uważa, że ich życie jest puste a pełnię życia nie jest łatwo odnaleźć. Są tacy, którzy pustkę wypełniają chipsami i colą, oglądaniem seriali i ciułaniem pieniędzy, a nasze pomysły na życie rzadko zgadzają się z planami Boga, dlatego wcześniej czy później czujemy się spustoszeni a serce uwikłane w kompromisy nie widzi znaków, jakie Pan Bóg daje w codzienności. Zajmujemy się planowaniem własnego życia, a to kosztuje ogrom energii, nerwów, lęków. Nie rozumiemy tego co do nas mówi Bóg, a On chce mówić szczególnie do naszych serc podczas tegorocznego Adwentu, który dany nam został nie po to, by zdążyć zrobić karierę, czy zapisać się w pamięci u potomności, lecz byśmy przez naszą codzienność weszli w relację z nadchodzącym Jezusem. Adwent, to czas tęsknoty za przychodzącym Bogiem, bowiem „tęsknota adwentowa – jak pisze ks. Sopoćko, przenika nas do głębi duszy, która się żali, płacze, tęsknym okiem spogląda w niebo i błaga: «Rorate coeli desuper»”. Wybierzmy więc Boga, On czeka…

Adwent przypomina nam nieprzerwane pragnienie Boga, który chce zamieszkać w człowieku. Przez najróżniejszych posłańców ciągle zwiastuje człowiekowi swoje Słowo, pragnąc, by człowiek je usłyszał, zrozumiał i przyjął na wzór Maryi. Aby pozwolił zstąpić na siebie Duchowi Świętemu, który napełni go łaską i pozwoli rodzić dobro, jak Maryja Syna Bożego. W pewien sposób każdy z nas jest w sytuacji podobnej do Maryi i jak Ona powinien być zdolny do przyjęcia Słowa – Jezusa. Pośród tysięcy dźwięków, słów i obrazów, jakie nieustannie nas otaczają mamy odnaleźć Słowo, które kieruje do nas Duch Święty. A ponieważ odróżnienie Słowa Bożego w tej masie informacji wydaje się trudne, powinniśmy stwarzać okazje, które pozwolą nam je usłyszeć. Może trzeba uciec choć na chwilę od codziennych trosk, skupić się, aby Bóg mógł do nas swobodnie mówić i wcale nie trzeba lękać się trudu nawrócenia, ani Bożych wymagań, nie lękać się swoich małości ani swoich słabości, ponieważ razem ze Słowem Duch Święty obdarza nas łaską.

„Nadzieja (…) budząc w nas tęsknotę za niebem i posiadaniem Boga, rozpala w nas zapał, energię i gorliwość, by osiągnąć pożądane dobro”, (ks. Michał), ale łatwo mówić o nadziei, kiedy wszystko układa się po naszej myśli – gdy bez trudu udaje się realizować swoje plany, gdy spełniają się marzenia, a podjęty wysiłek, przynosi oczekiwane rezultaty. Natomiast kiedy okazuje się, że nad niczym nie mamy kontroli, gdy pojawiają się przeciwności i cierpienie wtedy zostaje tylko (a może aż) nadzieja – to głęboko tkwiące w sercu przekonanie, że nie wszystko zależy ode nas, ale nad wszystkim czuwa Bóg. On pomaga patrzeć w przyszłość bez strachu.

Bóg, który przychodzi do nas domaga się zajęcia stanowiska. Można Go przyjąć lub odrzucić – nie ma trzeciej możliwości. Przyjmujemy Wcielone Słowo Boga, doświadczamy Jego mocy i rodzi się w naszym życiu Chrystus, budzący w nas zdolność do miłości, a wtedy jak mówił św. Franciszek – stajemy się „Matkami Jezusa” i będziemy Go mogli w sobie zanosić do ludzi, jak Maryja zaniosła Go do Elżbiety, także napełnieni nadzieją i szczęściem będziemy mogli nieść Boga jak chleb, jak pochodnię – ucząc radosnego dzielenia się Bogiem, który czeka u drzwi człowieczych, jak zakochany na nasze ludzkie „tak”.

Przeżywany czas ostrzega nas, że niektórych spraw nie należy odkładać na ostatnią chwilę, zwłaszcza tych dotyczących naszej relacji z Bogiem. Chcąc być gotowym na spotkanie z Panem uczmy się już teraz przyjmować Go przychodzącego do nas w Bożym Słowie i sakramentach, tak jak Maryja przyjęła Go z pełnym nadziei oczekiwaniem, wielką miłością i czystym sercem, bowiem „miała tak dalece pogrążyć się w Bogu i złączyć się z Nim w miłości, że Słowo Przedwieczne miało wziąć z Niej ciało i krew dla siebie” (ks. Sopoćko). Maryja powiedziała Bogu swoje „fiat” na dobre i na złe, na teraźniejszość i nieznane później. Ona przyjęła i niosła Skarb Tajemnicy: Boga – Człowieka, którego chroniła i strzegła, dlatego od Maryi musimy uczyć się odwagi, żeby tak miłować, i nieść swój Skarb przez codzienność prób i doświadczeń. Czuwajmy więc wraz z Maryją i na Jej wzór z zapaloną roratką naszej wiary, pilnując, aby płomień ten nigdy w nas nie przygasł.

Maryja przyjmowała siebie jako wybraną przez Pana. Dlaczego właśnie Ona? – otóż, jak pisze ks. Sopoćko „w Niej miało być tyle wielkości i głębokości, tyle wzniosłości i piękności, tyle łaskawości i miłosierdzia, iż miała stać się godną być Matką Boga, przyjąć Słowo Przedwieczne, zamknąć je w swoim łonie, podzielić się z Nim krwią swoją, karmić mlekiem i zadowolić swą słodką i tkliwą miłością matki”. Maryja poprzez swój przykład i poprzez swoje wstawiennictwo zaprasza nas do wejścia w tajemnicę Bożej bezinteresowności i miłości, jedynie prawdziwego źródła pojednania i pokoju w świecie. W świecie, który często mówi o „zabijaniu miłosierdzia”, Maryja ukazuje nam prawdziwe współczucie, zakorzenione w tajemnicy Bożego, nieskończonego miłosierdzia. Nawet wśród niedoli i utrapień, jesteśmy podtrzymywani na duchu przez prostotę życia Maryi, Jej zawierzenie, miłość i nadzieję. Wchodząc w Jej osobistą modlitwę, w Jej życie, z Nią i Jej Synem, możemy stawać się coraz bardziej pokornymi jak chleb i dobrymi jak chleb.

Zarówno Matka Jezusa jak i bł. ks. Michał odnalazł drogę do spotkania z Tym, który pierwszy „przychodzi nam z pomocą”. Dla niego adwent był świętym czasem otrzymanym od Boga w darze, by wyprostować ścieżki swego życia i godnie przygotować się na przyjęcie Pana, który jak to rozumiał od najmłodszych lat rodził się podczas każdej Eucharystii, i mógł w nim się narodzić w każdorazowej Komunii św. Pragnął, aby i do niego Jezus mógł powiedzieć słowa skierowane do św. Faustyny: „dobrze mi przy sercu twoim” (Dz. 1481). W jednym ze wspomnień tak opisuje pragnienie spotkania o czystym sercu z Jezusem podczas Adwentu 1903 roku: „...chciałem na Niepokalane Poczęcie pójść na roraty. Nie mając zegarka i nie chcąc niepokoić gosposi, prosząc ją o obudzenie o 6, wstałem zaraz po przebudzeniu się, przypuszczając, że już jest g. 6 i po ubraniu się szybkim wyszedłem (...) ulice były puste. Kościół zastałem zamknięty. Przypuszczając, że prędko otworzą, spacerowałem po cmentarzu przy 10 stopniowym mrozie. Przeszła godzina, dwie, trzy i wreszcie przyszedł zakrystian, brzdąkając kluczami i kościół otworzył. Zmarzłem niepomiernie, ale się ucieszyłem, że mogłem być pierwszy tego dnia u spowiedzi”.

Adwent to także dla nas właściwy czas na znalezienie odpowiedzi do pytania: czy posprzątałem już stajnię mojej duszy, do której ma przyjść Zbawiciel? Choć nasze serce oddaliśmy Chrystusowi, ciągle przyłapujemy się na tym, że chcemy żyć po swojemu. Wciąż usprawiedliwiamy się, że mamy jeszcze na to dużo czasu, będą przecież rekolekcje, roraty, spowiedź przedświąteczna, a tymczasem co z zakamuflowaną pychą, usprawiedliwianymi wciąż kłamstwami, zastarzałą zazdrością? Całe życie w duchu Ewangelii jest przecież zbudowane na prostowaniu ścieżki swego życia, na czuwaniu, na tęsknocie za Tym, który ma Moc. Chrystus może przyjść kiedykolwiek – z różnych stron. Adwent więc wzywa nas do czujności, ma w nas obudzić trzeźwe przeżywanie tego, co nas uświęca, by nie zasnąć z nudy na kazaniu, ale z gorącym sercem i otwartą buzią słuchać głoszonego Słowa Bożego. Oby ten dany nam święty czas nie był rozminięciem się z Panem, koszmarnym doświadczeniem ospałości, rutyny i obojętności. Oby nasze modlitwy nie przypominały marudzenia dewotek a spowiedzi grzecznościowych przeprosin za nieuważne nadepnięcie na odcisk. Nie wolno nam przegapić przyjścia Pana. Starajmy się czuwać z tęsknotą w sercu, bo tylko wówczas możemy usłyszeć, kiedy On zakołacze do naszego serca, tak bardzo zmęczonego i twardego, które pragnie miłości i ciepła Małego Dziecka.

Ile więc będzie Bożego Narodzenia w Bożym Narodzeniu – zależy od nas samych. Sami decydujemy o tym czy ważniejsze będzie urządzenie świątecznej szopki, czy raczej pójście za pasterzami do Betlejem, by zobaczyć, co się tam właściwie stało. Nie tylko ich, ale i nasze całe życie, jak stwierdza ks. Michał „jest wędrówką do Betlejem, bo życie jest dla nas wędrówką do oglądania Boga”. To nie przypadek, że prości, biedni, niewykształceni pasterze byli pierwszymi odkrywcami tajemnicy Bożego Narodzenia. Ubodzy mają krótszą drogę do Betlejem. Rozpoznają Zbawcę w Dziecku z Betlejem, bo stają przed Nim z pustymi rękami; nie trzymają w nich kurczowo bogactwa, władzy czy wiedzy. Chociaż największy cud dokonał się bez rozgłosu, bez cudowności, pasterze nie byli zawiedzeni; wręcz przeciwnie, szczęśliwi chwaląc Boga, wrócili na swoje pastwiska, ale już, nie sami. Odkryli, że ich ludzki, niełatwy przecież los dzieli z nimi Bóg, którego nie muszą się obawiać.

Aby zobaczyć sens Bożego Narodzenia trzeba przejść drogę pasterzy. Zostawić choć na chwilę swoje pastwisko – zmartwienia, genialne pomysły,… Wiara pasterzy jest dziecięco prostym zaufaniem Bogu. Oni najpierw usłyszeli a potem zobaczyli – my chcielibyśmy odwrotnie. Domagamy się od Boga nadzwyczajnych dowodów Jego obecności, a Boga widzą tylko ci, którzy wpierw słuchają Go pośród swojej codzienności i wierzą Jego Słowu. Rozpoznać Boga w dziecku mogą tylko ci, którzy sami mają w sobie coś z dziecka. Tylko dziecko jest w stanie zrozumieć dziecko i „by wejść do nieba, trzeba się dostroić do prostoty dziecięcej” (ks. Michał). Bóg stał się mały, aby nas małych uczynić wielkimi. Tak można streścić sens tajemnicy przyjścia Boga na świat. Bóg upodobał sobie w ludziach i chce dać swój pokój. Chce nam dać świat bardziej ludzki, wolny od nienawiści, strachu, zakłamania. Taki świat jest możliwy pod warunkiem, że nie zapomnimy o chwale Boga, którego majestat i piękno rozbłyska w każdym człowieku. Warto zobaczyć Boski blask w ludzkiej twarzy, uwierzyć, że Bóg jest blisko naszych ludzkich spraw, dać się pokochać tej niepojętej, bezbronnej Miłości, wziąć na ręce i przytulić Dziecko. Wtedy wydarzy się prawdziwie cud – Boże Narodzenie.

s. Maksymiliana Kroczak, ZSJM