lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD
nr 11/2009

Co z muzyką w Kościele?

22 listopada Kościół obchodzi wspomnienie Świętej Cecylii, męczennicy, patronki muzyki kościelnej oraz muzyków tworzących dla Kościoła, pracujących w Kościele, chórów kościelnych; można powiedzieć: wszystkich muzycznych pracowników Kościoła. Przy tej okazji odbywają się koncerty, spotkania, festiwale, prezentacje muzyki sakralnej itp. Wspominając patronkę można by zastanowić się także nad obecnym stanem muzyki w kościele, nad jej miejscem w liturgii, nad tym, jaką rolę obecnie spełnia w kościele i co znaczy dla zwykłego wiernego.

Wracam nieustannie myślami do czasów dzieciństwa. Kiedy myślę o tamtych czasach, o moim uczestnictwie w liturgii, nieuchronnie przychodzą mi na myśl obrazy pełne ludzi śpiewających gromkim głosem w kościele. Czy to Wśród nocnej ciszy, które w rzeczywistej nocnej, grudniowej ciszy grzmiało radośnie zwiastując nowinę o Narodzinach Jezusa, czy chwalebne Wesoły nam dzień dziś nastał, którego z nas każdy żądał – upragnione, wyczekane po czterdziestu dniach postu i umartwienia, czy Ciebie Boga wysławiamy podniosły hymn, jakby hymn narodowy, który wyśpiewany tysiącem gardeł, niósł się echem po białostockich ulicach, na zakończenie procesji Bożego Ciała.

Tego roku w Środę Popielcową uczestniczyłam w wieczornej Mszy Świętej. Kościół był pełny. Rozpoczynał się Wielki Post. Organista zaintonował znaną pieśń pokutną, tekst był wyświetlany. Znałam tę pieśń na pamięć, więc nie miałam problemu ze zrozumieniem słów i znajomością melodii. Ale tak naprawdę trzeba było dość mocno wsłuchać się w to, co śpiewali wierni w kościele, żeby to zrozumieć. Prawdę mówiąc tylko nieliczne osoby bardziej zaangażowane aktywnie włączały się w śpiew rozpoczynający Mszę Świętą. Rozmyślając o tej sytuacji pojawiło się po raz kolejny wspomnienie z czasów, kiedy śpiew w kościele był czymś naturalnym i nikt nie wstydził się w ten sposób włączać się do liturgii i właśnie poprzez śpiew oddawać cześć Panu Bogu oraz jednoczyć się w modlitwie z całym Kościołem. Dlaczego w obecnych czasach tak trudno jest ludziom zaangażować się w liturgię poprzez śpiew? (W dokumentach z Soboru Watykańskiego II dotyczących muzyki liturgicznej sformułowania: „śpiew” i „muzyka” używane są zamiennie).

Jak ważna jest muzyka dla liturgii świadczy fakt iż jej reformie poświęcony został cały rozdział VI Konstytucji o liturgii Soboru Watykańskiego II.

Jeszcze długo przed wspomnianym Soborem Papież Pius X w ogłoszonym 22 listopada 1903 roku (w dniu poświęcony św. Cecylii) „motu proprio” zwrócił uwagę na piękno i godność domu Bożego, w którym zbiera się zgromadzenie wiernych, aby oddawać cześć Bogu, poprzez sakramenty dostąpić udziału w Boskich tajemnicach oraz czynnie uczestniczyć w modlitwie całego Kościoła. Muzyka poprzez swoje piękno przyczynia się do „pomnożenia powagi i wspaniałości ceremonii kościelnych” i „jako część składowa liturgii, dzieli z nią cel ogólny, jakim jest chwała Boża, uświęcenie i zbudowanie wiernych”. W kontekście tych słów należałoby się zastanowić jak to wygląda w naszych czasach, w naszej parafii, w naszym kościele. Zazwyczaj podczas większych uroczystości w naszych kościołach księża starają się o bardziej uroczystą niż zwykle oprawę liturgii, także muzyczną. Angażują chóry, schole, wspólnoty działające przy parafii. Może nie są to profesjonaliści, (choć we wszystkich dokumentach kościelnych traktujących o muzyce kościelnej jest zalecenie, aby w liturgii muzyka była na możliwie najwyższym poziomie z racji na swoją rolę), ale często zaangażowanie, z jakim przystępują do tego zadania uświęca ich muzyczne uczestnictwo. Często są to schole lub zespoły dziecięce działające przy parafii. A jak w takiej sytuacji odnajdują się wierni uczestniczący w uroczystej liturgii? Sądząc po reakcjach, nie są zbyt zadowoleni, że na Mszy Świętej pojawił się jakiś „gość” i jeszcze będzie coś śpiewał, a oni muszą tego słuchać i w dodatku Msza skończy się później niż zwykle. Chociaż z drugiej strony – przynajmniej nie muszą otwierać buzi.

Bardzo dużo ludzi milczy podczas Mszy Świętej. Porównując zaangażowanie wiernych sprzed 20 laty i teraz, nie boję się twierdzenia, że za jakiś czas muzyka w kościele będzie rozbrzmiewała tylko wtedy, kiedy ktoś ją zagra na organach lub innym instrumencie. Jest to stwierdzenie przerażające. Tak. Muzyka wykonywana przez wiernych, ta muzyka, która poprzez swoją służebną funkcję w liturgii powinna przyczyniać się do jej uświetnienia, pomagać wiernym w przeżywaniu Tajemnic Bożych, uwznioślić myśli i uczucia człowieka i unosić je razem z dymem kadzideł do Tronu Bożego, milknie w kościele. Jest coraz cichsza, coraz uboższa. Nie tylko muzyka (śpiew). Nawet czasami nie słychać, co lud Boży odpowiada. Wniosek jest taki, że wierni nie angażują swojego głosu w czasie liturgii. Wspomnienie owej Środy Popielcowej, o której pisałam wcześniej nasuwa taką myśl: dlaczego boimy się lub nie chcemy odzywać się w kościele? Co sprawiło, że zrezygnowaliśmy ze śpiewania? Dlaczego dobrowolnie rezygnujemy z czegoś, co jest naturalne (w sensie fizjologicznym, – czyli śpiew i w sensie liturgicznym – czyli oddanie poprzez śpiew należnej chwały samemu Bogu), z czegoś, do czego mamy prawo – publiczne wyznawanie wiary poprzez śpiew i, co jest naszym, jako chrześcijan, obowiązkiem – uczestnictwo w liturgii? Papież Pius XII w encyklice Mediator Dei, gdzie pisał też o muzyce liturgicznej, polecał troskę o to, aby wierni w liturgii nie byli widzami, ale brali w niej czynny udział. Dotyczy to również muzyki. Owszem, zdarzają się sytuacje, kiedy zaproszony artysta, czy zespół wykonują dzieła muzyczne, kiedy organista w czasie Mszy Świętej wykonuje na organach solowe utwory. Ale zawsze musi to być posługa, musi upiększać, nie może jednak zastępować śpiewu wiernych, gdyż to jest ich osobisty wkład w liturgię, osobiste uczestnictwo w Ofierze Chrystusa. W 1928 roku w wydanej Konstytucji Apostolskiej Divini cultus sanctitatem, papież Pius XI przypomniał, że głos ludzki ma pierwszeństwo w kościele przed wszelkimi instrumentami. Głos ludzki wyraża to, co dzieje się w duszy człowieka, dlatego tak ważne jest, aby on sam, osobiście, swoim głosem włączał się w modlitwę w kościele, także poprzez śpiew.

W Instrukcji o muzyce w Świętej Liturgii, Musicam Sacram wydanej w 1967 roku czytamy: „Nie ma nic podnioślejszego i milszego w nabożeństwach liturgicznych nad zgromadzenie wiernych, które wspólnie w pieśni wyraża swoją wiarę i pobożność”. I znów powracam myślami do tych czasów, kiedy rzeczywiście słowa zawarte w Instrukcji znajdywały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Tak, to było przeżycie. Kościół „trząsł się w posadach”, kiedy tysiące głosów łączyło się we wspólnym śpiewie.

Często słyszałam zarzuty pod adresem tzw. tradycyjnych pieśni kościelnych. Nierzadko te zarzuty wiązały się z nieznajomością tychże pieśni. Co jest rzeczywistą wartością w tych utworach? Przede wszystkim tekst, do którego krytykujący nie przywiązują wagi. Owszem, zdarzają się sytuacje, kiedy pieśni te nie są wykonywane w należyty sposób (fałsze, nierówności, zmiany w oryginalnej melodii, „przeciąganie” lub zbyt szybkie śpiewanie itp.). Faktem jest, że wiele osób zraża się i nie uczestniczy w śpiewie tych pieśni. (Stąd już w „motu proprio” z 1903 r. Pius X pisał o potrzebie kształcenia muzyków kościelnych. Zwracał także uwagę na to, aby muzyka była „dobrze wykonana”). Mamy jednak wielu wykształconych organistów, którzy, z konieczności spełniając także rolę kantora, są w stanie odpowiednio poprowadzić śpiew wiernych. Oby tylko mieli kogo prowadzić.

Jako alternatywa dla tradycyjnych pieśni kościelnych pozostają wszelkie piosenki religijne, których tekst nie zawsze jest spójny z liturgią, a i muzyka pozostawia wiele do życzenia. Nie mówiąc, że wykonuje się je zazwyczaj przy akompaniamencie gitary. Nie daj Boże, jeżeli komuś wpadnie do głowy, że „fajnie” będzie, jak piosenki religijne wykonywane w czasie liturgii ubogaci rytmem bębenka (o zgrozo!). Dokumenty Kościoła wyraźnie mówią, że w użyciu instrumentów (w liturgii) „nie może być nic hałaśliwego czy krzykliwego, gdyż to uchybiałoby świętym czynnościom i powadze miejsca” (Musicae Sacrae Disciplina). Poza tym taki instrument jak bębenek na pewno znalazłby zastosowanie w liturgii na kontynencie afrykańskim, gdzie jest częścią własnej tradycji i kultury tamtejszych narodów.

Instrukcja o muzyce w liturgii dopuszcza do niej, co prawda niektóre instrumenty, ale muszą one spełniać pewne warunki. Przede wszystkim powinny być używane „w ten sposób, by odpowiadały świętości obrzędów, dodawały blasku kultowi Bożemu i służyły zbudowaniu wiernych”. Właściwie te warunki najlepiej spełniają organy piszczałkowe, które w świątyniach umieszczane są od czasów pontyfikatu papieża Witaliana (VII wiek), a w Polsce zagościły na dobre w XII wieku. Prawie tysiąc lat służby w kościele zasługuje na wyjątkowy szacunek, stąd w dokumentach Kościoła mówi się o nich jako tradycyjnym instrumencie muzycznym, „którego brzmienie ceremoniom kościelnym dodaje majestatu, a umysły wiernych porywa do Boga i spraw niebieskich” (Instrukcja Musicam Sacram). Niestety, często, szczególnie w nowych kościołach z racji na wysokie koszta, rezygnuje się z budowy tego instrumentu i zastępuje się go instrumentem elektronicznym.

Rozważanie to pragnę zakończyć tym, od czego powinnam wyjść na początku – od źródła. Tym źródłem dla nas, chrześcijan jest Pismo Święte, a w nim znajdziemy mnóstwo odniesień do muzyki, jako tej, która w sposób wyjątkowy sprawuje kult Boga Najwyższego. Zaczął Mojżesz, który po przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone intonował pieśń pochwalną na cześć Pana. My w obecnych czasach powinniśmy kontynuować tę pieśń na swój sposób, włączają się czynnie i aktywnie w śpiew liturgiczny.

Mnóstwo zadań czeka Kościół na płaszczyźnie muzycznej. Ciągle aktualna jest formacja chrześcijan, także potrzeba ogólnej kultury muzycznej, która nie jest nastawiona na popyt i sukces. Ta ogólna kultura muzyczna, która została zepchnięta na margines edukacyjny, potrzebna jest nam, uczestnikom cotygodniowej liturgii choćby po to, aby zrozumieć, że muzyka jest elementem życia człowieka. A całym swoim życiem powinniśmy oddawać cześć Bogu. Śpiew w kościele to swoiste wyznanie wiary, wyjątkowy dialog z Panem Bogiem. Przysłowie starochrześcijańskie mówi:, „Kto dobrze śpiewa podwójnie się modli”, a modlitwa to rozmowa ze Stwórcą. Nie zastąpimy własnej wypowiedzi brzmieniem najlepszego instrumentu, bo to ma być wypowiedź naszej duszy, deklaracja przynależności do Ojca. Patrząc teraz na tę sytuację nasuwa się pytanie: Co z muzyką w Kościele?

„Bóg oczekuje w liturgii na ludzki śpiew, który jest mową ust i serca”. Usta już zamknęliśmy. Czy zamkniemy też serce?

Bożena Bojaryn-Przybyła