lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD
nr 11/2009

W bezpiecznych dłoniach Maryi

o bł. ks. Michale Sopoćce, czcicielu Matki Miłosierdzia

Matka – ona wszystko zrozumie, wysłucha, porzuci tysiące spraw, które są na jej głowie, by dziecku poświęcić potrzebny czas, a gdyby nawet miało się zagubić, to nie spocznie, aż je znajdzie, choćby nawet przez trzy dni miała je szukać zatroskana. Takie jest Serce Matki – Tej, „która nieskończenie prosta, bo równocześnie nieskończenie schylona” (Ch. Peguy). Pochylona nad nami widzi zawsze dalej i głębiej prowadząc szlakiem ufnej wiary do Boga. Pełna matczynego zatroskania pragnie otoczyć nas ciepłem swej miłości i dobroci. To dzięki Jej modlitwie możemy wciąż podnosić się z bolesnych upadków i wierzyć, że warto być dobrym w świecie agresywnego egoizmu i walki o pozycję.

„Matka Boża jest Matką czułości… i o Niej należy mówić półgłosem” (ks. Alessandro Pronzato). Świadomość Jej opieki daje bezpieczeństwo, radość i pokój. Jest jak latarnia, która nam tu na ziemi przyświeca. Jest znakiem pewnej nadziei i pociechy. Takiej opieki doświadczał wielokrotnie w swoim życiu bł. ks. Michał Sopoćko. Maryja była jego Gwiazdą Przewodnią – od wczesnego dzieciństwa, aż do śmierci, roztaczając nad nim płaszcz swej miłości. Patrząc na życie błogosławionego możemy się zastanowić, czy potrafił on dostrzec na morzu swego życia Maryję? Czy Maryja była dla niego Gwiazdą na ciemnym czasami niebie? Czy pamiętał i świadczył o tych momentach, gdy go chroniła i strzegła? Ksiądz Michał bardzo kochał Matkę Bożą, którą lubił obdarzać różnymi tytułami: Królowa Różańca Świętego, Matka Boska Częstochowska, Matka kapłanów,... Te wszystkie tytuły były mu bardzo bliskie, w każdym ujawniał się jakiś nurt jego duchowości i wiary w opiekę Maryi. Kiedy zaś jego nabożeństwo do Matki Bożej przyjęło postać Matki Miłosierdzia? Dopiero w Wilnie Matkę Miłosierdzia poznał i tym tytułem się zachwycił, niejako pytając – kim jesteś Maryjo? Jak Cię rozpoznać pod fasadą tak wielu ludzkich wymysłów i projekcji? – Jesteś przecież żywa i bliska!

W życiu bł. Michała, Maryja wciąż na nowo i nieoczekiwanie stawała z darem Syna! Jej dłonie nigdy nie były puste, były pełne Syna, bo chciały uczyć prawdy o Miłosiernym. Ona przecież należy do porządku Syna, do Jego Królestwa. Jest inna od tego wszystkiego, co wokół nas, od blichtru tego świata, od pośpiechu, hałasu, pozorów, tandetnych obrazów i figur. Inna innością Światła, które nie zna mroku. Ile razy ks. Sopoćko był w Ostrej Bramie, zawsze przyklękał przed Jej cudownym wizerunkiem, także w swoich codziennych pacierzach do Niej się zwracał, bo uważał, że ten tytuł: Matka Miłosierdzia, streszcza wszystkie inne tytuły. W tej inwokacji, w tym właśnie tytule, odnalazł uwieńczenie, swoich wszystkich postaw wobec Matki Bożej. Kiedy po latach przyjechał do Białegostoku szczerze się ucieszył widokiem tego wizerunku i gorąco modlił się przed nim. Już wtedy była to jego Matka – Matka Miłosierdzia.

„W Sanktuarium ostrobramskim – pisze ks. Sopoćko – obraz Niepokalanej Matki Miłosierdzia wyraża najdoskonalszy wzór poddania się woli Bożej, która jest samym Miłosierdziem i poświęceniem się dla bliźnich”. O wielkim nabożeństwie do Matki Boskiej w tym sanktuarium świadczą przede wszystkim rozmodleni ludzie. Tam w Wilnie przed obrazem Panny Świętej, razem z wieloma jej czcicielami modlił się J.I. Kraszewski, St. Moniuszko, R. Kalinowski, J. Piłsudski,… Wyrazem wielkiego kultu stały się liczne wota, tworzące srebrną okładzinę ścian kaplicy – medaliony, ryngrafy, tabliczki, korale – to tylko niektóre z 8 tysięcy wotów złożonych u stóp obrazu Matki Miłosierdzia, który chyba najbardziej spopularyzował Adam Mickiewicz, rozpoczynając Pana Tadeusza inwokacją do Matki Miłosierdzia. O Tej która dwa razy uratowała mu życie pisał: „Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie…”. Jednak nie tylko mieszkańcy ze wschodnich ziem Rzeczpospolitej, ale też nie związani w żaden sposób z dawnymi Kresami czcili ten wizerunek, wśród nich jest ks. J. Twardowski, który wierzył, że „Ostrobramska w serdecznym mieście odpukuje nieszczęście”.

O tym, że Białystok jest Miastem Miłosierdzia, a w katedrze jest obraz Matki Miłosierdzia, wszyscy wiedzą. Tu, w tym mieście Miłosierdzie jest czczone z wielką mocą, w tym Miłosierdziu uczestniczy w pełni Matka Jezusa Chrystusa, Matka Boża. Została nazwana Matką Miłosierdzia, czyli Matką Bożego Miłosierdzia, Matką Boga, który jest Miłosierny, sama będąc pełna dobroci, miłości i miłosierdzia wobec nas wszystkich. Przed Jej obrazem w białostockiej farze, wierni ufają, że to ich Salve Regina zostanie wysłuchane. Ojciec Święty Jan Paweł II, kiedy święcił koronę Matki Bożej Miłosierdzia w Białymstoku, wyraźnie powiedział: „wasze białostockie sanktuarium w bazylice katedralnej jest w jakimś sensie przedłużeniem i kontynuacją tego wielkiego doświadczenia wiary, które w Ostrej Bramie ma swój początek (…) Białostocka Matka Miłosierdzia. I tak jest, to jest Białostocka Matka Miłosierdzia”.

Jak pisał ks. Michał, miejmy świadomość, że „liczne miejsca cudowne z obrazem Matki Miłosierdzia dowodzą, jak chętnie Maryja przyjmuje hołdy pod tym tytułem i jak obficie wyjednywa łaski dla swych dzieci”. Serce ks. Michała było jak złożone ręce Maryi otwarte na Boga, wypraszające światu i ludzkości miłosierdzie Boże. Głęboko ufał, że Maryja przychodzi z pomocą, by wymazać biedę ludzkiej duszy, poruszyć ją i przybliżyć do Boga. Ona modli się, by Duch Święty, Duch Prawdy oczyszczał i zapalał nasze serca, które winny stać się ołtarzem – miejscem ofiary z samego siebie, połączonej z ofiarą Chrystusa, umierania dla świata przy jednoczesnym całkowitym oddaniu się Bogu, a w ten sposób miejscem budowania osobistej świętości. Razem z Maryją nucił pieśń wiary. Razem z Nią wyśpiewywał cześć, chwałę i uwielbienie Jezusowi. Pragnął, by ta pieśń w jego ustach była tak samo prawdziwa, jak w ustach Maryi. Chciał żyć maryjną radością i zniżeniem, maryjnym doświadczeniem Bożych mocy i trudem współdziałania z Bogiem niełatwym, którego myśli nigdy nie będą do końca naszymi myślami, a Jego drogi – naszymi drogami, gdzie chwast grzechu zawsze będzie w nas puszczał swe młode pędy. Ksiądz Michał pragnął mimo wszystko uczyć się od Maryi życia, które byłoby jak pieśń, rozbrzmiewająca w całym jego życiu.

Bóg nie zwraca uwagi na wyjątkowych ludzi, ale na tych, którzy bez wyjątku wszystko Jemu ofiarują. Maryja była taka zawsze. Nie skupiała na sobie czyjejkolwiek uwagi, ale oddawała wszystko, co otrzymywała Bogu. Ona przynosi i oczyszcza każdego z nas, jeśli tylko powierzamy się Jej. Dlatego nawet najskromniejszy czyn, najlichsze słowo, nieudolną myśl, nieudany los, beznadziejną sytuację, pomyłkę życiową zanosimy Jej – Ona to wszystko naprawia i oczyszcza, a co najważniejsze – oddaje Bogu. Niczego Bogu nigdy nie odmówiła, dlatego Bóg też wszystko od Niej przyjmuje. Jeśli ktoś chce się Jej powierzyć, niech żyje tak jak Ona: skromnie, jakby w cieniu całego świata, bez nadmiernych ambicji, bez wielkich tytułów czy prestiżu, bez kariery i intryg, bez oskarżeń i rywalizacji, bez kłamstwa i górowania nad innymi. Jakże blisko jest Ona tych, którzy żyją w samotności serca, opuszczeni i nieudani, pomijani i lękliwi. Ona potrafi uratować nas od najbardziej niebezpiecznych zasadzek, jakie czyhają na nas każdego dnia. W bezpiecznych dłoniach Maryi znajdziemy ciszę, ukojenie, troskę, zrozumienie, bezpieczeństwo i miłość Boga. Ona potrafi tak wpłynąć na nasze roztrzęsione strachem serce, że ustąpi z niego lęk, agresja, złośliwość, wyszukiwanie drzazg w źrenicach braci i sióstr, użalanie się na nieszczęśliwe życie i niezgoda na swój los.

Bóg obecny był w życiu bł. Michała, tak jak w życiu Maryi. Działał w ukryciu, niedostrzeżenie. Bywało, że nie widział Jego ręki, która go podtrzymywała i nie widział Tego, który dawał siebie, który w geście miłości zapominał o sobie, aby można Go było dostrzec, zapatrzyć się w Niego i zapomnieć o sobie. Dlatego uczył się od Maryi odnajdywania Bożej obecności w swoim życiu. Uczył się przeżywania prawdy o Bożej Opatrzności, bo przecież i w jego życiu Bóg czynił wielkie rzeczy. I w jego życiu był On Wszechmocą i Miłością! I jego dotykało troskliwe spojrzenie Boga. Uczył się od Matki Jezusa patrzenia na życie inaczej, prawdziwiej – jak Ona. Chciał posiąść za Jej przykładem sztukę odnajdywania źródeł dobra w samym Bogu, kochającym go wiecznie młodą miłością, bowiem Maryja jest „Tą, która najpełniej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia. Wie, ile ono kosztowało, i wie, jak wielkie ono jest” (z encykliki o Bożym Miłosierdziu).

Dziś Maryja zwraca swe miłosierne oczy ku troskom każdego człowieka strapionego i wyprasza potrzebne łaski. Jest przepełniona wrażliwością na ludzi, na ich nieudolność, słabość i niedole. Słowa Maryi nigdy nie wygasły, nie przebrzmiały. Słychać je było w każdym pokoleniu, słychać je także dziś. Ksiądz Sopoćko wsłuchiwał się w nie, w tę wielką pieśń dziękczynienia, i modlił się, aby Jej natchnione słowa budziły go wciąż do nowego życia, w którym mógłby odważnie kroczyć drogą błogosławieństw. W czym tkwi źródło Jej błogosławieństwa, Jej szczęścia i wybrania? Tylko w Bogu, który jest Wszechmocny i Miłosierny! Jeśli Pan jest wszechmocny, to znaczy, że może wszystko. A jeśli kocha, to znaczy, że nie tylko może pomóc i podnieść z każdego upadku, i obdarzyć radością, i sensem, ale, że On chce coś więcej – błogosławić! Jeśli Bóg był z nim, taki Bóg i Pan…, to któż przeciwko niemu?

s. Maksymiliana Kroczak, ZSJM