lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD
nr 11/2009

Nic, które znaczy wszystko

Mk 12,41-44

Ewangelista Marek wprowadza nas do świątyni jerozolimskiej. Ta, do której chodził Jezus, była już trzecią od czasów Salomona. Nazywano ją świątynią Heroda, ponieważ to on zlecił jej budowę. Trwała ona około osiemdziesięciu lat. Do prac przy wznoszeniu murów Herod skierował dziesięć tysięcy robotników. Rzemiosła murarskiego musiało się nauczyć także około tysiąca kapłanów, bo według prawa żydowskiego tylko oni mogli pracować wewnątrz świątyni. Nie dziwi więc, że Żydzi byli z niej dumni. Była bardziej okazała, większa, bogatsza od poprzednich. Prowadziło do niej wiele rozmaitych dziedzińców i krużganków. Jeden z dziedzińców był przeznaczony dla pogan (z niego Jezus uniesiony gniewem wygonił kupców i powywracał stoły bankierów). Przylegał on do dziedzińca przeznaczonego już tylko dla Żydów. Był on podzielony na dwie części: dziedziniec kobiet i dziedziniec Izraelitów. W pierwszej części znajdowało się trzynaście skarbon, w których składano ofiary pieniężne na utrzymanie świątyni. To prawdopodobnie tu Jezus zauważył ubogą wdowę, która do skarbony wrzuciła dwie drobne monety (leptony, czyli najmniejsze pieniążki, które były w obiegu w Palestynie) o wartości kwadransa, którego wartość wynosiła 1/64 denara (denar miał wagę 3,85 gram srebra, był dziennym wynagrodzeniem robotnika i rocznym podatkiem, który Izraelici płacili na rzecz cezara). Było to jedno wielkie „nic” w porównaniu do potrzeb ogromnej świątyni, które w ekonomii Jezusa urosło do „wszystkiego”. Dlaczego?

Zazwyczaj to, co posiadamy jest kupione lub ofiarowane. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z handlem. Jest sprzedawca, towar, kupujący, są pieniądze, dokonuje się transakcji. Kupujący jest zainteresowany ceną i towarem, zazwyczaj nie wie kim jest sprzedawca i jest to mu w ostateczności obojętne. Liczy się „co?” i „za ile?”. Inaczej jest z darem. Wówczas mniej ważnym jest „co?” i „za ile?”, a wzrasta znaczenie „kto?” – komu dar jest ofiarowywany i „od kogo?”. Dla kogoś bliskiego chcemy, by był to dar „od serca”, niekoniecznie wielkiej wartości materialnej (powiększa ją uczucie, intencja itd.). Uboga wdowa dała wszystko z przekonaniem, że intencja jej ofiary dobrze znana jest Bogu i przez Boga zostanie przyjęta. Bóg zna myśli i pragnienia ludzkiego serca i widzi to, co jest niewidoczne dla oczu.

Podobnie, jak w świątyni jerozolimskiej, tak i w świątyniach chrześcijańskich (a także i innych religii) spotykamy skarbonki z rozmaitymi napisami: „Chleb św. Antoniego”, „Na ubogich”, „Na budowę kościoła”, „Na Misje” itd., zaś podczas nabożeństw zbiera się ofiary na tacę. Przeznaczenie tych ostatnich jest czasami ściśle sprecyzowane: „taca na KUL”, „taca na Seminarium”, „na Kurię” itd. A co z innymi? Często, szczególnie wówczas, gdy na tacę zbiera ofiary ksiądz, wielu błędnie myśli, że to dla niego. Rzadziej przychodzą myśli będące konsekwencją tego, co się widzi w kościele: pali się światło, gra organista, jest sprzątnięte, ksiądz odprawia mszę w czystych i estetycznych szatach liturgicznych, obok kościoła jest dom parafialny, a wielu świątyniach zimą jest ciepło. To właśnie po to zbierane są ofiary na tacę. Nie mają one nic wspólnego z handlem, bowiem nikt nie pyta „ile?”, ani „za mało”, a przy wejściu do świątyni nie sprzedaje się biletów wstępu.

Ano właśnie „ile?”. Bogu nie możemy dodać nic. Jest pełnią, niczego od nas nie potrzebuje, posiada wszystko. Teologia podpowiada, że Bogu należy się od człowieka chwała. «Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał» (1 Kor 4,7). Jednakże człowiek szuka sposobów „wywdzięczenia się” Bogu. Buduje świątynie, sponsoruje dzieła charytatywne itp. Czy jest to Bogu potrzebne? Nie! Potrzebne jest to natomiast człowiekowi, by odnajdywał drogę Boga. Dzieła Matki Teresy z Kalkuty nic Bogu nie dodały, natomiast o Bogu wielu ludziom powiedziały. Żadna świątynia nie oddaje splendoru tej, do której wszyscy zdążamy – niebiańskiej, ale na pewno Boga przybliża, dla wielu staje się miejscem spotkania z Nim, a jeśli nawet nie staje się miejscem spotkania z Bogiem, to prawie zawsze jest doświadczeniem piękna (ponad 80% dziedzictwa kulturowego związanego jest z sacrum), które zresztą i tak jest atrybutem Boga. Ofiara zawsze połączona jest z intencją, przez ofiarę wyraża się to, co w sercu, wyraża się swoje pragnienia. Opowiadał jeden z księży, że kiedy zaczynał budowę kościoła, dzielnica była bardzo uboga, ofiary były niewielkie, budowano powoli, ale z wielkim zapałem. Potem w sąsiedztwie zaczęto wznosić ogromne centrum przemysłowe: duże pieniądze, prywatni inwestorzy. Ofiary na kościół się nie zwiększyły. Budowa została ukończona z drobnych ofiar ludzi, którzy budując swoje domy myśleli także o domu Boga.

Wrzucane grosze to nie jedyny rodzaj ofiary. Są i inne, o podobnej wartości do tej, które wrzuciła do skarbony uboga, ewangeliczna wdowa, a pomimo to znaczą wiele: cierpliwie wysłuchać uciążliwego petenta; powiedzieć w sercu „Jezu, ufam Tobie!”, gdy na usta cisną się słowa wyrażające dosadnie, czasami nie po polsku trudne doświadczenie; ofiarować uśmiech i zrozumienie tam, gdzie go brak. Te ofiary, choć zdaje się, że nie znaczą wiele, zebrane w wielką skarbonę świata wznoszą piękną, choć nie murowaną, ani drewnianą świątynię, która na pewno Bogu się podoba, bo jest Nim samym w nas i pośród nas.

ks. Radosław Kimsza