lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK
nr 10/2009

Abiit, non obiit – odszedł, lecz nie przeminął

W rocznicę śmierci księdza prałata Tadeusza Krawczenki

Minął rok, jak ksiądz prałat Tadeusz Krawczenko, po życiu wypełnionym ofiarnym trudem w służbie Bogu i ludziom, odszedł z tego świata. Nieubłagana choroba nie pozwoliła mu zrealizować do końca wszystkich wielkich zamierzeń, jakie zawsze cechowały jego inicjatywy duszpasterskie. Rok to dość dużo, aby obeschły łzy żalu, stępił się oścień smutku z powodu utraty bliskiego człowieka. Ten czas pozwala nam spojrzeć z pewnego dystansu na jego wyrazistą osobowość, na całokształt jego życia i ofiarnej posługi w Kościele, na trwałą wielkość i doniosłość jego dokonań.

Tym, którzy znali go dość blisko, by wiedzieć, kim i jaki był naprawdę, trudno myśleć i mówić o nim bez osobistych, emocjonalnych odniesień. Przywołujemy i otaczamy go dzisiaj modlitewną pamięcią, wierząc, że i on nie zapomniał o nas, przebywając w krainie wiecznego światła, radości i pokoju. Wiemy bowiem, że również na tej ziemi człowiek żyje tak długo, jak długo żywa pozostaje o nim dobra, w pełni zasłużona pamięć. Dla nas ksiądz Tadeusz abiit, non obiit – odszedł, lecz nie przeminął.

Urodził się w Zastoczu, niedaleko maryjnego sanktuarium w Krypnie, jako najmłodszy z licznego rodzeństwa. Ukochana matka, Michalina ze Snarskich, przekazała mu żywą wiarę w Boga i gorącą cześć dla Maryi, znamionującą później całe jego życie i trudy. Rodzina utrzymywała się z ciężkiej pracy ojca, Józefa. Pomagali mu starsi synowie. Tadzio pracował w kuźni tylko dorywczo, w czasie wolnym od szkolnej nauki. Tym niemniej poznał się na obróbce żelaza, potrafił sprawnie wykonać niejedną kowalską robotę. Wiedział, że najtwardszy metal nie oprze się woli człowieka, gdy ten zna jego naturę i umie z nim postępować. Wiedział, że należy kuć żelazo, dopóki gorące, nie tylko w kuźni. Wiedział również, że zahartowane zyskuje potrzebną twardość i moc. Bądź odporny jak uderzane kowadło – pisał święty Ignacy Antiocheński do swego ucznia Polikarpa. Tadzio tę mądrość pradawnego rzemiosła potrafił przenieść w swoje życie, przełożyć na cechy charakteru. Stąd ten jego upór w dążeniu do wytkniętego celu, wytrwałość w pokonywaniu przeszkód i oporów na drodze, jaką uznał za słuszną. Nie bał się trudu, wysiłku, ciężkiej pracy fizycznej.

Mimo pozorów szorstkości był człowiekiem bardzo wrażliwym, zwłaszcza na ludzką niedolę, skłonnym do współczucia i bezinteresownej pomocy. Nie potrafił odmówić, gdy ktoś poprosił go o radę i pomoc. Nie liczył się wówczas ze swoim czasem, wysiłkiem ani z kosztami. Sam Pan Bóg wie najlepiej, z jak wielkim brzemieniem dobrych uczynków stanął przed Jego tronem. Uczynki ich pójdą za nimi... W oczach Bożych człowiek wart jest tyle, ile jest w stanie pomóc bezinteresownie drugim, potrzebującym.

Był dobrym synem i bratem, kochał swą rodzinę. Matka wpoiła mu tradycyjną polską pobożność, maryjną, godzinkową i różańcową, jaka cechowała wielu największych Polaków. Wymodliła mu dar powołania do kapłaństwa. Centrum jego kapłańskiego życia, wiernego Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie, stała się Eucharystia, którą sprawował i przeżywał bardzo głęboko. Z przejęciem i żarem głosił słowo Boże, tak iż poruszało serca słuchaczy. Zawsze miał pod ręką brewiarz i różaniec, zachęcał otoczenie do wspólnego ich odmawiania. Bliskie jego sercu było Radio Maryja z całym swoim religijnym i katolicko-narodowym przesłaniem.

Wielką jego pasją była historia Polski. Wiedział, że z przeszłości wyrasta teraźniejszość i przyszłość narodu. Wyciągał z niej twórcze wnioski w przekonaniu, że świadomość rodaków oderwana od zdrowych i mocnych korzeni dziejowych, pozostanie jałowa, podatna na chwasty antywartości. Pamiętał setki dat historycznych, podziwiał i czcił polskich bohaterów. Z dziejów ojczystych czerpał swój patriotyczny zapał. Starał się upamiętnić ich najważniejsze momenty przez uroczyste obchody i trwałe znaki. Wierzył głęboko, że Polska może być prawdziwie wolna i niepodległa tylko wtedy, gdy będzie na wskroś katolicka, gdy stanie się rzeczywiście królestwem Maryi i Jej Syna, Jezusa.

W dzieje i panoramę Białegostoku wpisał się nade wszystko jako wielki budowniczy. Ten cenny i rzadki charyzmat najbardziej wyraziście znamionuje całokształt imponujących jego dokonań. Trudna powojenna sytuacja Kościoła w naszym kraju oraz praktyczna mentalność prałata Tadeusza, skłaniały go do wznoszenia obiektów niezbędnych do owocnej pracy duszpasterskiej. Nie sposób wymienić nawet ogólnie jego rozliczne dokonania na polu budownictwa, nie tylko w kraju, ale i za granicą. Wspomnę tylko niektóre, najbardziej znane.

W latach 1970-73 zbudował kościół w Narewce. Pierwsza jego wielka budowa.

Niedługo później powierzono mu tak bardzo potrzebną budowę gmachu Seminarium Duchownego. Oddał się temu dziełu bez reszty, angażując w nie wszystkie swoje zdolności i siły. Nieraz parę razy dziennie musiał zmieniać mokrą od potu koszulę, po ciężkiej pracy z kielnią w ręce, w szeregu robotników. Mówił, że wolałby wybudować kilka kościołów niż ten jeden obiekt, który musi spełniać określone wymogi. Dzięki jego zaangażowaniu nasze „serce diecezji”, jak ostatni Sobór nazywa Seminarium Duchowne, może dziś dobrze służyć formacji kapłanów, tak niezbędnych Kościołowi i Polsce.

On sam wiedział najlepiej, ile ta budowa kosztowała go sił i zdrowia. Nie mógł pogodzić się z tym, że pomniejszano jego osobisty w nią wkład i wysiłek, mówiąc, że łatwo mu było budować, otrzymując potrzebne sobie środki i pomoce. Dlatego podjął się utworzenia nowej parafii, dysponując jedynie drewnianą kaplicą na cmentarzu świętego Rocha. Zaczynając dosłownie od zera, od robienia betonowych bloczków, w niedługim czasie wzniósł od fundamentów wspaniały kościół Zmartwychwstania Pańskiego na Wysokim Stoczku. Nie tylko potrafił zdobyć, ale i pomnażać konieczne środki finansowe, przekonać ludzi do współpracy. Dziś świątynia, kryjąca w sobie wierną replikę Grobu Chrystusa, imponuje ogromem, szlachetnością barokowego stylu, pięknem wnętrza.

Świętokradzka ręka spaliła rozbudowaną przez niego cmentarną kaplicę. Ze zgrozą i łzami w oczach patrzył, jak wzniecone nienawiścią płomienie trawiły świątynię, która gromadziła setki wiernych. Nie załamał się, nie zniechęcił, nie pozwolił na triumf działającego przez ludzi zła. Na świętokradztwo odpowiedział nie lamentem, lecz czynem. W ciągu czterech lat wzniósł w miejsce spalonego piękny murowany kościół Wszystkich Świętych, który stał się ośrodkiem kolejnej parafii. Wystarczy rozejrzeć się wokół, ażeby docenić jego architektoniczną urodę. Dopasował do niej stylem starą plebanię oraz sąsiadujące z nią bramy. Olbrzymią nekropolię starał się otoczyć podobnie stylowym murem, ozdobionym krzyżami kowalskiej roboty i pięknymi bramami. Tego niezwykłego dzieła, wymagającego ogromnego nakładu pracy i kosztów, nie zdążył już doprowadzić do końca.

Budując tak wiele, nie zaniedbał tego, co w duszpasterstwie najważniejsze: budowy autentycznej wspólnoty wiernych, opartej na kamieniu węgielnym, jakim jest sam Jezus Chrystus. Dzięki temu potrafił zyskać ich zrozumienie i poparcie dla wszystkich swych inicjatyw. Skąd mógł i jak tylko mógł, zdobywał pieniądze potrzebne do realizacji podjętych dzieł. Najmniej ich wydawał na siebie. Mieszkał i ubierał się bardzo ubogo. Mało troszczył się o siebie, o własne korzyści i wygody. Jedynym odpoczynkiem, na jaki sobie pozwalał, były parodniowe wyjazdy latem do Studzienicznej, nad jezioro. Lubił spędzać tam czas w grupce przyjaciół, troszcząc się nie tyle o własne, ile o ich dobre samopoczucie.

Za niewiele dni przypada druga rocznica wielkiego i niezwykłego dzieła księdza prałata Krawczenki – wspaniałej uroczystości maryjnej. Jej symbolicznym znakiem i trwałą pamiątką pozostaje ta piękna korona, jaką widzimy na skroniach Ostrobramskiej Pani, nad głównym ołtarzem. Włożył w nią ostatek swych sił gasnących sił, całe swoje gorące serce.

Nikt inny nie wpadłby na tego rodzaju pomysł, nie mówiąc już o jego realizacji. Normalnie tego rodzaju i takiej skali przedsięwzięcie wymaga zaangażowania całego sztabu ludzi, współpracy wielu czynników, ogromnego nakładu starań i kosztów. On dokonał tego w istocie sam, wbrew wszystkim i wbrew wszystkiemu, „mierząc siły na zamiary, nie zamiar według sił”. A tych sił pozostało mu już zupełnie niewiele, gdyż był ciężko chory. Wierzył, że Matka Boska przedłużyła mu życie, by mógł zamknąć je tym wymownym aktem żarliwej dla Niej czci i miłości. Porwał się na rzecz niezwykłą, po ludzku biorąc niemożliwą. I to mu się udało dzięki sile ducha, dzięki synowskiej ufności w moc wstawiennictwa Maryi.

Potrafił przekonać i porwać do tego zamierzenia swoich wiernych. Byłem świadkiem, jak powierzali mu swe cenne pretiosa, mające wartość nie tylko materialną, ale i pamiątkową. Chcieli, ażeby znalazły się w koronie Maryi i służyły Jej chwale. On sam umieścił w niej swój krzyż zasługi, wysokie odznaczenie państwowe. Później Prezydent Rzeczypospolitej przyznał mu jeszcze wyższe odznaczenie – komandorski Order Odrodzenia Polski. Otrzymał je w dniu koronacji Obrazu. Czy nie zasłużył na nie bardziej niż wielu innych?

Podniosła uroczystość koronacyjna, z udziałem hierarchii, duchowieństwa i tysięcy wiernych, stanowiła wielką manifestację czci, jaką wierny lud Boży miasta i okolic otacza od wieków Matkę Najświętszą. Szerzej napisałem o tym w swej książce Ukoronowanie obrazu Matki Bożej Miłosierdzia w kościele Wszystkich Świętych. Prosił mnie o to sam ksiądz prałat Tadeusz. Czy mogłem odmówić jego prośbie? Książki nie zdążył już niestety przeczytać.

Wspomnę jeszcze o genezie tej przedziwnej inicjatywy koronacyjnej?

Kluczem do niej jest słowo: Matka. Nie rozminę się z prawdą, gdy powiem, że największą ziemską miłością w życiu Zmarłego była dana mu przez Boga, dobra matka. Jakże często przychodzi dziś nam na pamięć! Odeszła przedwcześnie i nagle. Tadzio w żaden sposób nie mógł pogodzić się z tą stratą. Opłakiwał ją przez długie miesiące. Ukojenie znalazł dopiero w wileńskiej Ostrej Bramie, przed współczującym obliczem Matki Miłosierdzia. Pełna sierocego żalu modlitwa u Jej stóp pozwoliła mu zrozumieć, że nie może pogrążyć się bez reszty w niszczącym smutku. Matka nie mogła go opuścić na zawsze: nadal o nim pamięta i wspomaga z nieba jego wysiłki. Pojął to i gorąco zapragnął uczcić jej pamięć jakimś znamiennym, wiekopomnym czynem. Gdy zwiedzał wileńskie świątynie, urzekło go ich monumentalne barokowe piękno, tak bliskie jego wrażliwości estetycznej i całej mentalności. Zapragnął przeszczepić je na grunt białostocki. I tego dokonał. Wzniesione przez niego imponujące budowle stanowią dziś niekwestionowaną ozdobę Białegostoku.

Po prostu taki już był, że nie potrafił żyć bez matki. W głównym ołtarzu tego kościoła umieścił obraz ostrobramskiej Matki Bożej, by mógł Ją codziennie nawiedzać, modlić się do Niej, powierzać Jej wszystkie ważne dla siebie sprawy. Wspólnie z wiernymi uroczyście ozdobił Ją wspaniałą królewską koroną. Nie umiał oddzielić miłości do obu Matek – ziemskiej i Tej z nieba. W jego sercu łączyły się w harmonijny akord uwielbienia Macierzyństwa w Boskim i ludzkim wymiarze. To w tym ukoronowanym obrazie Matki Miłosierdzia kryje się najgłębsza, kluczowa niejako tajemnica jego synowskiej miłości, ostateczny motyw jego wielkich dokonań.

Jego wierna pamięć o rodzonej matce szczerze wzruszała. Co roku, wspólnie z rodziną i przyjaciółmi, obchodził rocznicę jej śmierci przed obrazem Matki Boskiej w Krypnie, a później ze swymi bliskimi w rodzinnym domu, przy wspólnym stole. Teraz już oboje spotkali się w niebie, by wspólnie z Matką Najświętszą i Wszystkimi Świętymi cieszyć się w Bogu wiekuistym życiem i szczęściem bez końca.

To tylko parę zaledwie rysów jego bogatej osobowości. Odświeżamy je w naszej modlitewnej o nim pamięci. Przeżywając naturalny smutek z jego odejścia, jednocześnie dziękujemy Bogu za to, że nam go dał, że mogliśmy cieszyć się jego przyjaźnią i twórczą, dobroczynną obecnością. Mamy świadomość, że dzięki niemu nasze własne życie stało się bogatsze o dobro, jakie otrzymaliśmy dzięki niemu. Tak wiele zrobił i zostawił po sobie!

Razem z nami hołd jego pamięci oddają wierni, którzy znali go dobrze, obficie czerpiąc na codzień z jego kapłańskiej posługi, uczestnicząc w jego trudach i dokonaniach. Widziałem, jak przeżywali jego chorobę i cierpienie, jak szczerze i gorąco modlili się o jego zdrowie, a później opłakiwali odejście do domu Ojca. Białystok oddaje mu dziś zasłużony hołd pamięci. Mało kto bowiem tak wyraziście jak on wpisał się w genius loci – w dzieje i ducha miasta, wzbogacając je o imponujące, choć nie zawsze w pełni doceniane dokonania.

Brzemię choroby i cierpienia przyjął z ręki Bożej w sposób godny chrześcijanina i kapłana. Odważnie wyszedł naprzeciw nieuniknionemu dla każdego losowi. Zawczasu pomyślał o swoim nagrobku i pogrzebie, wierząc, że to, co ma żyć dla nieba, musi umrzeć dla ziemi. W życiu i śmierci należał do Pana. Wyrazem jego wiary w żywot wieczny pozostaje wspaniała świątynia Zmartwychwstania, głosząca ostateczny triumf życia nad śmiercią. Dlatego możemy o nim powiedzieć: abiit, non obiit – odszedł, lecz nie przeminął.

Moc Tajemnicy Paschalnej Chrystusa sprawia, że drodzy nam zmarli tak naprawdę należą nie do naszej przeszłości, lecz do przyszłości. Zmierzamy bowiem ku temu spotkaniu z nimi w niebie, we wspólnocie z Maryja i Wszystkimi Świętymi, po którym już nie będzie rozstania. Taka jest wiara naszego Kościoła, z którą żył i umierał tak bliski nam prałat Tadeusz. Wielki Norwid wyraził ją słowami:

A Bóg – mój żywot jest i zmartwychwstanie.

I to jest wszystek cel, choć przez konanie.

ks. Stanisław Strzelecki

Homilia wygłoszona 28 sierpnia 2009 roku w białostockim kościele Wszystkich Świętych, w rocznicę śmierci księdza prałata Tadeusza Krawczenki.