lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
WRZESIEŃ 2009
nr 9/2009

Tym razem w Paragwaju…

Ameryka Południowa, Paragwaj, Caaguazú, „Dzielnica nędzy”- to tu – wśród rozpadających się domków, ulic przepełnionych indiańskimi dziećmi, bawiących się sznurkami, starymi oponami, czy grającymi w kulki lub starą, zużytą już piłkę mieszkają trzy siostry Misjonarki św. Antoniego Marii Klareta – klaretianki. Starają się pomóc przystosować Indianom do codziennej rzeczywistości. Kilka razy w tygodniu pieką z nimi chleb. Raz w tygodniu upieczony chleb sprzedają na targowisku, a niewielkie środki w ten sposób pozyskane przekazywane są na bieżące potrzeby.

Centrum misyjne, które jest usytuowane w samym centrum owej dzielnicy prowadzi różnorakie zajęcia, które obejmują dzieci, młodzież, a nawet dorosłych. Dzieci i młodzież uczęszczają na katechezę, uczą się szyć, robić na drutach, przygotowują szaliki, torebki i inne rzeczy, które później będą mogły sprzedać.

Każda sobota to wielkie święto radości – dzieci i młodzież schodzą się z całej okolicy na gry i zabawy organizowane w centrum, nikt nie wychodzi stąd głodny, na każdego czeka kromka chleba i kubek mleka sojowego, to często pierwszy posiłek, który jedzą w tym dniu. Niejednokrotnie pieczywo, które dostają chowają do kieszeni tak, by zostało jeszcze na później albo podzielić się z tymi, którzy zostali w domu.

Dorośli prócz pieczenia chleba uczą się hiszpańskiego. W Paragwaju są dwa języki urzędowe: hiszpański i guaraní. Starsze pokolenie posługuje się wyłącznie językiem guaraní i aby móc w pełni odnaleźć się w obecnej rzeczywistości konieczny jest język hiszpański.

Ludzie żyją tu bardzo skromnie. Podstawowy posiłek stanowi mandioca, trochę w smaku przypomina ziemniaki ugotowane bez soli, ale to nie to samo. No i yerba – piją ją wszyscy i wszędzie, w połączeniu z ciepłą wodą to yerba mate, a w upalne dni preferowana jest z zimną wodą i lodem – terere.

Paragwajczycy z naszej dzielnicy mieszkają w chatkach z drewna, w których oprócz łóżek nie ma nic: ani półek ani szafek. Podłogę stanowi uklepana ziemia. Podczas pory zimowej wiatr i deszcz wdzierają się przez przerwy pomiędzy deskami lub nieszczelny dach, który pokryty jest eternitem. Większość rodzin jest wielodzietna. W jednym domku, gdzie zazwyczaj jest jedno pomieszczenie wielkości 20 m2, żyją wszyscy: często 10- 12 osób. Nikt jednak nie narzeka, nie uskarża się na swój los. Cieszą się z tego, co mają.

Wśród kilkunastu tysięcy katolików mieszkających w Caaguazú i okolicznych wioskach, co stanowi niewiele ponad połowę tutejszej ludności, pracuje dwóch misjonarzy franciszkanów: mają pod swoją opieką ponad 60 kaplic. Niedawno byliśmy zaproszeni na chrzest. Po przyjeździe do kaplicy okazało się, że będzie ok. 25 ślubów i 50 chrztów. Ciekawe doświadczenie. Tuż przed sakramentem odbyła się spowiedź. Wszyscy żyją już od dawna razem, większość ma już dzieci. Chcąc ochrzcić dzieci trzeba przyjąć sakrament małżeństwa, więc wszystko odbywa się za jednym „zamachem”. Niektórzy nowożeńcy byli bardzo młodzi, mieli po 16 lat, a inni byli już po 50-tce. Chrzczone dzieci także były w różnym wieku: od niemowlaka do 50-latka.

W samym miasteczku jest bardzo duża liczba innych kościołów: ewangelicy, menonici, baptyści, Universal Reino de Dios, mormoni, adwentyści, Asemblea de Dios, Dios es Amor itp. Większość to sekty lub protestanckie odłamy neopentecostalne.

Jednym z naszych zadań jest pomoc w realizacji programu reforma en casa. Od czterech lat, raz w roku, siostry dostają środki finansowe od braci marystów z Hiszpanii. Za te pieniądze odnawiane są domki najbardziej potrzebujących rodzin, doprowadzana jest woda, budowane są prowizoryczne łazienki i kuchnie. Większość ludzi tutaj za łazienkę ma malutkie pomieszczenie wielkości naszych przenośnych toalet, z tą różnicą, że w środku nie ma nic prócz klepiska. Wodę, oczywiście zimną (bo innej nie ma) nosi się wiadrami, które służą za zlew, prysznic i wannę jednocześnie. Kuchnia natomiast to po prostu palenisko, na którym stawia się garnek.

Kopiemy doły na latryny, nosimy cegłówki i drewno niezbędne do budowy nowych pomieszczeń. Pod fachowym okiem tutejszego majstra stawiamy płoty i nowe pomieszczenia. Czasem nie jest łatwo, ale wszystko po to, aby dać im trochę normalności, łatwiejsze życie... A nagrodę zawsze dostajemy wielką – szczere podziękowania i radość z nowego nabytku. Widoku ich szczęśliwych twarzy nie można zapomnieć. To rekompensuje wszelkie trudy.

Dużo czasu spędzamy z chorymi. W Paragwaju dostęp do lekarzy jest bardzo utrudniony. Na bezpłatne wizyty trzeba bardzo długo czekać, a wszelkie dodatkowe badania są odpłatne. Tylko niewielu stać na ten wydatek. Mamy do dyspozycji centrum misyjne, którego pomieszczenie często służy za gabinet lekarski, ale większość chorych odwiedzamy w domach. Na miejscu czekają – oprócz tej osoby, do której się idzie – także inni członkowie rodziny lub sąsiedzi. Wszyscy chcą skorzystać z darmowej porady, dostać leki, lub po prostu porozmawiać.

Każdy dzień niesie nowe wyzwania, nowe doświadczenia, nowych ludzi.

Jak wszędzie są chwile radości i smutku. Czasami się buntujemy. Widząc warunki, w jakich żyją ludzie, zadajemy pytania: jak można tak żyć? Dlaczego jedni mają tak wiele, a inni nie mają nic? Nie dostajemy odpowiedzi. Jednak pobyt tutaj uczy nas wielkiej pokory. Pokazuje, że trzeba doceniać nawet najmniejszą rzecz, trzeba cieszyć się z tego, co się ma i ufać... ufać nade wszystko.

Ach gdyby nie ten czas, który za szybko płynie... Żeby go choć na trochę zatrzymać albo chociaż trochę zwolnić...

Jeżeli to Twój głos mój Boże

jeśli to do mnie wołasz donośnie bym szedł

jeśli to na mnie czekają łany zboża

oto jestem – poślij mnie

do ludzi obojętnych, do pracy bez nagrody

oto jestem – poślij mnie

przywracać zdrowie chorym,

dać niewidomym światło

oto jestem – poślij mnie

Karolina i Arkadiusz Żurawscy

Karolina i Arkadiusz Żurawscy – od niedawna małżeństwo. Karolina, przed dwoma laty, w ramach wolontariatu misyjnego Duszpasterstwa Akademickiego w Białymstoku posługiwała w Zambii. Tym razem – już z mężem – wyjechała na 3 miesiące na misyjny wolontariat do brazylijskich sióstr klawerianek w Paragwaju (red.)