lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
WRZESIEŃ 2009
nr 9/2009

Otwórz się!

Mk 7, 31-37

Prorok Izajasz zapowiedział, że Mesjasz­Chrystus będzie uzdrawiał choroby ciała. Ewangelista Marek pisze o wielu wydarzeniach, które potwierdzają to proroctwo. Jednym z nich jest uzdrowienie głuchoniemego. Nie jest ono spektakularne. Jezus z potrzebującym uzdrowienia usuwa się na bok. Dlaczego? Nie chce, aby wzięto Go za jednego z magików, których nie brakowało w Dekapolu. Poza tym prawdziwy cud nie jest widowiskiem do oglądania. Nie ma budzić emocji czy podziwu, ale wiarę.

Tym razem uzdrowienie dokonuje się najpierw przy pomocy gestów, a dopiero potem także słów. Jezus nie mógł przemówić do chorego, bo ten nie mógł Go usłyszeć, ani zrozumieć. Wkłada więc palce do nie słyszących uszu, śliną dotyka niemego języka, aby przygotować do przyjęcia łaski uzdrowienia. W starożytności uważano, że ślina ma właściwości uzdrawiające. Jezus nie czyni też tego, o co rzeczywiście Go proszono: nie wkłada na chorego rąk. Prawdopodobnie św. Marek chciał podkreślić, że działanie Jezusa nie miało nic wspólnego z magicznymi obrzędami, czy też jedynie spełnianiem ludzkich życzeń. I w końcu rozkazuje: „Effatha! Otwórz się!”. W konsekwencji chory odzyskuje słuch i zaczyna poprawnie mówić, a świadkowie wydarzenia zeznają: „Sprawił, że głusi słyszą, a niemi mówią”, dobrze wszystko uczynił… Przez słowa te jakby chcieli odnieść się do aktu stworzenia w którym wszystko, co stworzył Bóg było dobre, a przez to uznać, że Jezus kontynuuje dzieło swojego Ojca i czyni to już nie tylko pośród Izraelitów, ale także i pogan. Znaczy to, że jest Mesjaszem nie tylko Narodu Wybranego, ale wszystkich.

Dziś też nie brakuje ludzi niedosłyszących, niesłyszących, czy niemych. Niektórzy są takimi od urodzenia, innym czas, hałas przyniosły niemoc słyszenia. Chorobie, która ich dotyka próbuje zaradzić otolaryngologia, czy logopedia. Wynaleziono nowoczesne aparaty słuchowe, a nowoczesna chirurgia laryngologiczna potrafi przywrócić słuch niesłyszącym od urodzenia. Istnieje także inny rodzaj głuchoty. Można mieć zdrowe uszy, dar elokwencji, a nie słyszeć i nie mówić. Jest to głuchota serca. Z niej może wyleczyć tylko Chrystus. Ludzie dotknięci głuchotą serca są tak bardzo wsłuchani w głos ziemi, że nie są w stanie usłyszeć głosu nieba. O wielu ludziach, uważanych powszechnie za niesłyszących lub niedosłyszących mówi się, że słyszą, co chcą. Psychologia podpowie, że do słuchania potrzebna jest uwaga wypływająca z zainteresowania. Ktoś pasjonujący się historią z niepokojem będzie patrzył na upływający zbyt szybko czas wykładu, podczas gdy na matematyce nie usłyszy i nie zrozumie nic. Kochająca matka usłyszy w nocy ciężki oddech dziecka i zdziwi się, gdy inni będą utyskiwać na głośno zachowujących się sąsiadów, których ostatniej nocy wcale nie słyszała. Głuchota serca czyni człowieka niewrażliwego na głos Boga. Dlaczego nie słyszymy Boga? Bo wciąż za mało Go kochamy! Bo wciąż nie odkryliśmy, że jest On samą miłością. Dlatego też Bogiem nie jesteśmy zainteresowani, nie koncentrujemy na Nim naszej uwagi.

Ponad 500 lat temu urodził się w Hiszpanii św. Ignacy Loyola. Dotknięty głuchotą serca, doznał łaski uzdrowienia – usłyszał Boga. Jak? Niektórzy twierdzą, że stało się to dzięki lekturze Życia Jezusa, Ludolfa Kartuza i Złotej Legendy, Jakuba de Voragine, będącej opowieścią o życiu świętych. Jednakże specjaliści z duchowości ignacjańskiej skłaniają się ku opinii, że te ascetyczne lektury wyzwoliły w Loyoli myśli o życiu – tym dotychczasowym, które nie napawało optymizmem w zetknięciu ze świadomością wieczności. Święty Ignacy odczytał w nich głos Boga. Im bardziej chciał żyć Jezusem i Jego naśladowcami, tym bardziej odczuwał pokój serca i sensowność swojego istnienia. Myśli i uczucia stały się w nim głosem mówiącego Boga – tylko w ten sposób można Go usłyszeć.

Do Ciebie też mówi Bóg! Nie słyszysz? Nie. Wchodzę do kościoła, ale mnie tam nie ma; klękam do modlitwy, a serce jest gdzie indziej; otwieram Biblię i nie rozumiem żadnego słowa. To już dużo! Idziesz tam, robisz to, co jest szansą na spotkanie i usłyszenie Boga. W woli już się to zaczęło. Pragnij tego, a jeśli nie pragniesz to proś, byś zapragnął. Wtedy będziesz już blisko spotkania, słuchania. Gorzej jest jeśli nie idziesz do kościoła, nie klękasz do modlitwy, nie otwierasz Biblii, nie szukasz ciszy, uszy masz wciąż zatkanie coraz to nowocześniejszymi słuchawkami podłączonymi do MP3, czy MP4, wciąż czegoś (bądź kogoś) musisz słuchać, nigdy nie słyszałeś ciszy, nigdy nie usłyszałeś głosu swojego serca, nie stworzyłeś przestrzeni, by w tobie mógł mówić Bóg. Dziś usłysz: Effatha! Otwórz się! Przyjmij Mnie! Nie będziesz żałował!

ks. Radosław Kimsza