lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
CZERWIEC 2009
nr 6/2009

Brat Rafael

Brat Rafael był do niedawna gwardianem franciszkańskiego klasztoru na Górze Oliwnej. Teraz, gdy posunął się w latach, a jego miejsce zajął młodszy zakonnik, poświęcił się pielęgnacji drzew oliwnych. – To nasze relikwie – mówi, kreśląc dłonią po zmurszałych ze starości pniach, z których wyrastają młode gałązki. – Podobno pamiętają jeszcze Chrystusa.

Getsemani, do którego udał się Pan Jezus po Ostatniej Wieczerzy, należy do franciszkanów. Ich własność rozciąga się od Góry Oliwnej, przez Dolinę Jozafata, aż po mury starej Jerozolimy. Pierwszy kościół powstał tu w IV wieku, zaraz po ustaniu prześladowania chrześcijan. Na jego fundamentach wznosi się konsekrowana w 1924 roku „Bazylika Agonii”, nazywana również „Bazyliką Narodów”, gdyż wybudowano ją z ofiar zebranych w różnych krajach. Przed ołtarzem wyeksponowano fragment skały na której według tradycji miał klęczeć Chrystus podczas modlitwy w Ogrójcu. Sto metrów dalej znajduje się miejsce Jego aresztowania przez wysłanników arcykapłana.

Za czasów administracji jordańskiej ogród przecięły drogi. Jedna prowadzi na szczyt góry zamieszkałej przez około 70 tysięcy ludzi, druga do Jerycha. Kiedy w wyniku „wojny sześciodniowej” 1967 roku wschodnia Jerozolima znalazła się w rękach żydowskich, zaczęto ją integrować z częścią miasta należącą już wcześniej do Izraela. W pierwszej kolejności poszerzono drogi, zaś płynący przez Dolinę Jozafata potok Cedron przykryto betonowymi płytami. Powstał w ten sposób rozległy plac, który wykorzystano podczas pielgrzymki papieża Benedykta XVI na Mszę Świętą dla jerozolimskich katolików. Zanim się to stało, ekonom franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej o. Dobromir Jasztal, dniem i nocą pilnował prac nad uporządkowaniem terenu. Musiał współpracować z magistratem, z ministerstwem turystyki odpowiedzialnym za przygotowanie papieskiej podróży i z palestyńskimi robotnikami. Udało się zrobić wszystko na czas.

Franciszkanie Bracia Mniejsi mają prawdziwy charyzmat dogadywania się z każdym. Przybyli w te strony około 1217 roku, jeszcze za życia św. Franciszka z Asyżu. Po upadku królestwa franko-łacińskiego, sułtan pozwolił im pozostać w ojczyźnie Chrystusa. Do dzisiaj opiekują się miejscami świętymi i pielgrzymami, prowadzą badania biblijne, a jednocześnie wykazują dużą wrażliwość na potrzeby miejscowych wiernych. Rozwinęli wielorakie dzieła społeczne, począwszy od budowy domów dla młodych rodzin palestyńskich, po szkoły, czy ambulatoria.

Podziwiam głośno miejsce przygotowane na papieską Mszę Świętą – teraz możecie organizować tu różne spotkania. – Zobaczymy – odpowiada dyplomatycznie brat Rafael. Rozumiem, że przesadziłem, bo kto będzie odprawiał na placach, jeśli w pobliżu jest tyle sanktuariów. A liczba miejscowych chrześcijan spadła poniżej 1,8%.

Poza tym trzeba najpierw uregulować sprawę dóbr kościelnych. Teoretycznie obowiązują zasady z czasów Imperium Tureckiego, gwarantujące Kościołom chrześcijańskim nietykalność ich własności oraz ulgi podatkowe. Umowa watykańsko-izraelska podpisana w 1993, pozostawiła tę kwestię specjalnej komisji bilateralnej. Ta zbiera się się co pewien czas na posiedzeniach plenarnych. Trzeba mieć nadzieję, że uda się jej wypracować sprawiedliwe rozwiązania.

Katolicka wspólnota Ziemi Świętej jest niewielka lecz bardzo zróżnicowana. Najliczniejsi są melchici, po nich idą łacinnicy, syryjczycy, maronici, ormianie i chaldejczycy. Każda z tych grup posiada własną hierarchię i duchowieństwo. Główną rolę odgrywa łaciński patriarcha Jerozolimy, będący zarazem przewodniczącym międzyrytualnej Konferencji Ordynariuszy Ziemi Świętej oraz Konferencji Łacińskich Biskupów Ziemi Arabskich (CELRA). Obecny patriarcha Fouad Twal jest z pochodzenia Jordańczykiem, podobnie jak większość jego księży. Zanim został biskupem, pracował przez kilkanaście lat w dyplomacji watykańskiej. To doświadczenie przydaje mu się w różnych delikatnych momentach. Sytuacja jest tak skomplikowana, że każde słowo musi być wielokrotnie przemyślane.

Batalia narodu palestyńskiego o własne, w pełni suwerenne państwo, odbija się na warunkach życia chrześcijan. Nie zdarzyło się co prawda nigdy, żeby któryś z nich dokonał zamachu, jak robią to bojownicy Hamasu. Jest jednak powiedzenie, że „gdzie drwa rąbią tam wióry lecą”. W wyniku konfliktu najbardziej poszkodowani są chrześcijanie żyjący na obszarze Autonomii Palestyńskiej. Wystarczy pojechać do Betlejem i porozmawiać z ludźmi. Narzekają na brak pracy, nie mają poczucia bezpieczeństwa i perspektyw na przyszłość. Już sam widok muru otaczającego Autonomię jest przytłaczający, a co dopiero żyć w ciągłym zamknięciu. Władze izraelskie usprawiedliwiają natomiast budowę muru potrzebą ochrony swoich obywateli przed atakami terrorystów.

Tego tematu nie mogło zabraknąć podczas spotkania Benedykta XVI z uchodźcami palestyńskimi w obozie Aida, 13 maja br. Ojciec Święty powiedział wówczas, że „w świecie, w którym granice stają się coraz bardziej otwarte dla handlu, podróży, przemieszczania się ludzi i wymiany kulturalnej, jest czymś tragicznym widok wznoszonych murów”.

Konflikt izraelsko-palestyński nie ma końca. Dwie intifady oraz niedawna konfrontacja zbrojna w Gazie pociągnęły za sobą tysiące ofiar. Zrujnowały życie ludziom po obu stronach muru, destabilizując za każdym razem sytuację. Chrześcijanie z Autonomii Palestyńskiej uciekają więc masowo na Zachód. W pierwszej kolejności wyjeżdżają najlepiej wykształceni. Tu jest kolejny paradoks, bo nie po to inwestuje się miliony dolarów w ich edukację, począwszy od przedszkoli po uniwersytet katolicki w Betlejem.

Lepiej mają się wierni żyjący w Galilei, którzy wrośli na dobre w społeczność izraelską. Do Kościoła katolickiego przyznaje się jednocześnie grupa emigrantów żydowskich z obszaru byłego Związku Radzieckiego. To osobne wyzwanie dla Patriarchatu łacińskiego, bo chociaż istniało już wcześniej duszpasterstwo wiernych pochodzenia żydowskiego (Hebrew-Catholic Vicariat), trzeba było zorganizować wszystko po rosyjsku.

Osobiście nie wierzę czarnym scenariuszom, według których za kilkadziesiąt lat znikną miejscowi chrześcijanie i Ziemia Święta stanie się wielkim muzeum. Kościół w tych stronach już wielokrotnie zmieniał swoją fizjonomię, ale nadal trwa. To, że duchowni różnych wyznań przekrzykują się nieraz podczas modlitw w Bazylice Grobu Pańskiego, jest znakiem jak bardzo zależy im na zachowaniu żywej wiary. Ta różnorodność wyraża skądinąd uniwersalny charakter chrześcijaństwa.

Brat Rafael ma na to nieco inny pogląd. – Mieszkam w Jerozolimie od 58 lat i nasłuchałem się różnych śpiewów – mówi zakonnik. – Łacińskie są bardzo poważne, ormiańskie wykwintne niczym operowe arie, a koptyjskie na jednym tonie. Każdy chwali Pana Boga jak umie najlepiej. Ale ja jestem z Sewilii. I dlatego powiedziałem ojcu kustoszowi, żeby na moim pogrzebie zaśpiewali pieśń do Matki Bożej Virgen del Rocío. Ta przynajmniej jest wesoła. Jak ludzie zawołają kilka razy „Olè, Olè !”, to dusza od razu poleci do nieba.

K. N.