lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2009
nr 5/2009

Błogosławiony ks. Michał Sopoćko – Pasterz wezwany do służby…

Podobno Japończycy pozdrawiając się nie życzą sobie – tak jak my – dobrego dnia, czy wieczoru, ale gdy spotykają się w drodze, w domu lub w innym miejscu, pytają: skąd przychodzisz i dokąd idziesz? Są to dwa pytania fundamentalne dla każdego człowieka, od których nie sposób uciec. Skąd przychodzisz? Jaka jest twoja osobista historia? Jakie jest twoje środowisko, w którym się wychowałeś? Jakie wartości zostały ci wpojone? Jaka jest ich hierarchia? Co dla ciebie tak naprawdę jest najważniejsze w życiu? Drugie zaś pytanie jest pytaniem o przyszłość. Dokąd zmierzasz? Jakie masz cele w życiu? Co jest dla ciebie inspiracją i nadzieją? Gdzie leży twoje szczęście? Jak to się dzieje, że w świecie o kulturze, „antypowołaniowej” – w którym liczą się szybki sukces, wielkie pieniądze i wygoda ponad wszystko – są młodzi ludzie, co śmiało podejmują wezwanie do kapłaństwa czy do życia w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie? Moglibyśmy ich spytać wędrując szlakiem japońskiego pozdrowienia: skąd przychodzicie i dokąd zmierzacie?

Co to znaczy być powołanym przez Zbawiciela? Być powołanym, to przejąć od Mistrza ów niepokój o wszystkich ludzi, wyjść z ciasnego kręgu własnych trosk naszych małych światów; wejść w wielki nieograniczony świat wartości wyższych; robić wszystko, by człowiek był coraz bardziej człowiekiem, a świat coraz bardziej ludzki. W treści słowa powołanie, kryje się prawda, że obok widzialnej rzeczywistości istnieje jeszcze inna, taka, która wymaga ofiary i poświęcenia, wyrzeczenia się siebie, pozostawienia tego, co pozornie ważne. Powołanie jest to życie w pełni, życie przez duże „Ż”.

Również i przed ks. Sopoćko stanęła otworem droga do świętości realizowana w kapłaństwie. Wstąpił na nią krokiem odważnym i zdecydowanym, w głębokim przekonaniu, że jego powołanie jest pragnieniem samego Boga, a przez to, że może liczyć w pełni na Jego pomoc. „Miłosierdziu Bożemu – pisał w swoim Dzienniku – zawdzięczam powołanie kapłańskie, które odczułem dość wcześnie, podtrzymywanie tej chęci pomimo tylu przeszkód, prowadzenie mnie przez liczne doświadczenia, w których na pewno bym upadł i zginał”. Ideał ten realizował skrupulatnie i przez całe życie. Robił dużo, nawet bardzo dużo zastanawiając się jednocześnie, jak robić więcej i lepiej. Spieszył się. Czas był jego wrogiem, miał go zawsze za mało. „Byłbym najgorszym niewdzięcznikiem, gdybym nadal jeszcze należał do siebie i chciał szukać siebie w jakiejkolwiek czynności, słowach lub myślach”. Kiedy zdradzał się ze swoimi myślami, kiedy porywał się z ”motyką na słońce” wielu uważało go za wariata, a jego plany „gorszyły” tzw. „rozsądnych”, ponieważ nie pozwalał im spocząć w samozadowoleniu, przez co drażnił ich i niepokoił.

„Kluczem do zrozumienia osobowości i posłannictwa bł. Michała Sopoćki jest fakt (mówił podczas beatyfikacji ks. kard. Dziwisz), że po prostu całym swoim życiem «opiewał miłosierdzie Pańskie». Stał się sługą tego miłosierdzia”. Jak rzadko kto, był człowiekiem bez pęknięć, z jednej bryły, owładniętym jedną myślą, jedną pasją – szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego. Należał do tych ludzi, którzy kładąc podwaliny, nakreślając perspektywy działania, wskazując kierunek; sami niezmordowanie prą naprzód, pozostawiając innym obowiązek kontynuacji rozpoczętego dzieła. Obce były mu słowa: nie mogę, nie potrafię, nie umiem, może później. Jego entuzjazm denerwował wielu, ponieważ wytrącał ich ze „świętej” bezczynności błogiego stanu spoczynku. „Ufność w dalsze miłosierdzie Boże, szerzenie kultu tego miłosierdzia wśród innych i bezgraniczne poświęcenie wszystkich swoich myśli, słów i uczynków bez cienia szukania siebie, będzie naczelną zasadą mego dalszego życia przy pomocy tegoż niezmierzonego miłosierdzia” – to można by rzec dewiza Jego życia i powołania.

Nadmiar pracy, ciągłe poszukiwanie, w jaki sposób pomnożyć chwałę Miłosierdzia nie przeszkadzały ks. Michałowi pozostać wrażliwym na drugiego człowieka. Przez całe swoje życie starał się być prawdziwie ojcem dla wszystkich, z którymi Bóg pozwalał mu się spotkać. Był wyrozumiały, cierpliwy, umiejący słuchać, troskliwy. Był dla nich jak ojciec. Pocieszał i podtrzymywał tych, którzy przeżywali jakieś trudne chwile. Kiedy spotykał się z drugą osobą, gdy nawiązywał z nią rozmowę, zdzierał z twarzy zasłonę nieba i otwierał się całkowicie na jego radości i smutki, upadki i powstania. Jak wspomina jeden z jego wychowanków „uczył nie dla szkoły, ale dla życia (…) wkładał w to wszystkie swe siły, serce, umiejętności i doświadczenie (…) czy wprost, czy ubocznie, mimochodem, zawsze lądował na zachęcie do świętości”. Przyjmował pokorną postawę, z której emanowało ciepło, serdeczność, gotowego „tracić” czas, mnóstwo czasu dla potrzebującego, jeśli to tylko mogło mu pomóc w zbliżeniu się do Boga. Miał w życiu jeden zasadniczy cel: przybliżyć człowieka do prawdziwego Szczęścia, dać mu do ręki wszelkie możliwe środki, wskazać drogę prostą i pewną, która go tam zaprowadzi, a jednocześnie odwieść z drogi grzechu, nienawiści, wzajemnej wrogości, uprzedzeń, posądzeń, bo przecież jak pisał: ”szczęśliwość, która nas czeka, warta jest, aby ją okupić cierpieniem doczesnym”.

Czym więc ich zachwycał? Czym pociągał młodych chłopców do przywdziewania sutanny i oddawania się na służbę Bogu? W czym ukryty był czar jego osobowości? Wiedział, że jako ojciec duchowny „przede wszystkim ma odznaczać się miłością, by ukochać swych wychowanków w Bogu, darzyć ich szacunkiem i zaufaniem”. Wymagając od innych ks. Michał wymagał przede wszystkim od siebie. Więcej, od nikogo innego nie wymagał tyle, ile właśnie od siebie. Współczuł innym, odwiedzał chorych, rozumiał i starał się zaradzić cierpieniu i krzywdom innych, zapominając całkowicie o sobie. Miłości do Boga, szacunku do człowieka uczył bardziej swoim życiem aniżeli słowami. To do siebie wpierw stosował te słowa o ojcu duchownym, który: „winien być dobrym kapłanem, mężem wypróbowanej cnoty i uczciwości, poważnym, roztropnym i ozdobionym wszelkiego rodzaju cnotami, człowiekiem, który by był zdolny przez swój przykład zachęcić alumnów do pobożności i cnoty oraz słowem i przykładem przewodniczyć im pod każdym względem”. Oczywiście, także i słowo zachowywało swoje znaczenie i wartość, ale przykład płynący z życia przewyższał go niepomiernie. „Przede wszystkim jest on przekonującym wzorem piękności «naśladowania Chrystusa» (mówił abp Angelo Amato). Być chrześcijaninem to znaczy być w prawdzie, w wolności, w radości; to znaczy być sola ziemi i światłem świata. W jakichkolwiek warunkach się znajdziemy i cokolwiek czynimy, nasze życie jest «naśladowaniem Chrystusa» (…), które odzwierciedla Jego dobroć i miłosierdzie. Tak czynił Michał Sopoćko”.

Obok takiej osobowości nie możemy, wprost nie wolno nam przejść milcząco, nie zauważając tego bogactwa, które wniósł sobą w nasze „dzisiaj”, w życie każdego z nas, w życie całej ludzkości. Nie możemy, nie podziwiać i nie uczyć się od niego tej gotowości rozwijania w sobie wszystkich ukrytych możliwości; gotowości do poświęcenia się i przebaczenia, do miłości i dobroci, szacunku do życia i pokory wobec śmierci. Ksiądz Michał przypomina nam o naszych powinnościach wypływających z wiary, o naszym obowiązku dawania świadectwa bez względu na czas i warunki – sprzyjające czy nie. Dla kapłanów, zakonników i zakonnic jest on przykładem całkowitego oddania się na służbę Bogu i człowieka, uwolnieniem się od ludzkiej logiki i przyjęciem Bożego planu zbawiania świata. Wszystkich nas uczy miłości i to tej największej, jedynie autentycznej miłości, jaką jest Bóg.

Przepiękne jest porównanie Jezusa do pasterza. Mimo że nie jesteśmy już ludem, który na co dzień spotyka pasterzy, mimo że staliśmy się bardziej rozwiniętą cywilizacją, obraz pasterza jest w nas głęboko zakorzeniony i nieodmiennie kojarzy się z pełną miłości troską i bezpieczeństwem. Ten obraz oczywiście nie wyczerpuje całej prawdy o Jezusie, bo choć rzeczywiście jest On jak pasterz, to prócz tego jest Barankiem bez Skazy, Słowem Bożym, ale chyba najbardziej – Miłością i Miłosierdziem. Jest Panem najtroskliwszym ze wszystkich pasterzy, który jest jedynym Dobrym Pasterzem. Zaś wartość naszego życia będzie zależała od faktu, jak dobrze poznaliśmy naszego Pasterza, jak Mu służyliśmy. Bóg bowiem często powołuje do swojej służby osoby o cnotach i zaletach nieproporcjonalnie małych w stosunku do zadań, które mają realizować z Bożą pomocą. Obyśmy umieli często powtarzać Jezusowi, tak, jak to robił przez całe swoje życie bł. Michał – (dusz) pasterz wezwany do służby miłosierdzia – że może na nas liczyć, pomimo świadomości, iż „wobec świętości wszyscy jesteśmy początkującymi uczniami” (ks. Sopoćko). Módlmy się do Pana, aby coraz częściej i coraz więcej zsyłał na ziemię ludzi na miarę bł. Michała Sopoćko.

Trwa maj, który jest miesiącem odkrywania daru. Najpierw daru życia, który jest tak bardzo bezinteresowny, że czasem uważamy życie za naszą własność, za coś, co nam się należy. Maj jest także miesiącem odrywania daru miłości – w Bogu i w drugiej osobie; a skoro miłość i życie – pojawia się pytanie o to, co jest pierwotnym fundamentem tych wartości. „Szukajcie przystani miłości” – zachęcał jubiler przed swoim sklepem w medytacji Karola Wojtyły. Można dodać – szukajcie przystani życia! Maryja, która jest Matką tylu powołań jest „ścieżką do nieba najprościejszą”, a tym, którzy Jej zaufają doda odwagi, by wypłynąć na głębię i zarzucić sieci. Owocnie.

s. Maksymiliana Kroczak, ZSJM