lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2009
nr 4/2009

W dolinie Nilu (II)

Budynki kościelne ogrodzone są zazwyczaj wysokim murem, tak że z ulicy niczego nie widać. – Oto właśnie chodzi – mówi Makarios.

Muzułmanie wykorzystują każdą okazję, aby udowodnić wyższość swojej religii. Są przekonani, że została dana przez Boga w celu naprawienia „błędów” żydów i chrześcijan. Gdyby ograniczali się tylko do słownej agitacji na rzecz islamu, można by się z tym pogodzić. To jednak nie satysfakcjonuje fanatyków, którzy posuwają się do aktów przemocy. Zamachy na kościoły, zabójstwa chrześcijan, czy grabieże ich mienia, wpisują się w ogólną strategię terroru, wymierzoną również przeciwko władzom. Fundamentaliści nie mogą darować ekipie Mubaraka bliskich kontaktów z Zachodem. Usłyszałem właśnie przez radio, że w kairskiej kawiarni, gdzie jeszcze niedawno piliśmy sok z mango, wybuchły bomby. Pomimo wszechobecnej policji oraz prowadzonej na ogromną skalę inwigilacji, nie ma stuprocentowo bezpiecznego miejsca.

Co się dziwić, że obiekty kościelne kryją się za murami, a u bramy czuwa uzbrojony wartownik. Wierni mają przynajmniej poczucie bezpieczeństwa.

Przy katedrze w Asyut kręcą się dziewczynki w granatowych mundurkach. – W pobliżu jest szkoła – tłumaczy proboszcz. – Katoliczki przychodzą do nas na przerwę.

Uczennice wyglądają na 12-13 lat. W odróżnieniu od swych muzułmańskich koleżanek nie zakrywają włosów chustą. Jedna ma na szyi złoty łańcuszek z krzyżykiem. W szkołach katolickich, a działa ich obecnie w Egipcie 164, jest to czymś normalnym. Placówki oświatowe prowadzone przez państwo są generalnie tolerancyjne, chociaż wiele zależy od konkretnych nauczycieli. Jeśli trafi się jakiś fundamentalista, chrześcijańscy uczniowie muszą się mieć na baczności. Stąd naturalnym odruchem jest trzymanie się razem: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, i tak przez całe życie. Parafia stanowi jedyne miejsce, gdzie mogą spotkać się w większej grupie, nie wzbudzając podejrzeń władz, czy muzułmańskich sąsiadów. Frekwencja na świątecznej Mszy Świętej wygląda imponująco, przekraczając 90%.

W codziennym życiu chrześcijanie pomagają sobie dyskretnie, bez robienia rozgłosu, świadomi, że ewentualne protesty mogłyby tylko pogorszyć sytuację. A tak, przy odrobinie cierpliwości, zawsze się coś wytarguje.

– Początkowo nie mogłam ich zrozumieć – zwierza się Naria, wolontariuszka z Meksyku.

– Choćby nie wiem co się przydarzyło, oni tylko Hamdu-l’Illah i Hamdu-l’Illah (Bogu dzięki). Teraz widzę, że trzeba być jak Sfinks z Gizy: zawsze spokojny wyraz twarzy i nie ruszać się z miejsca o milimetr.

– Jeszcze ci trochę brakuje – śmieje się biskup Józef z Sohagu. – Prawdziwa Egipcjanka pilnuje, żeby goście nie byli głodni.

Niemal wskoczyłem mu w słowo. – Litości! Od dwóch godzin opróżniamy jeden talerz za drugim!

Biskup urządził nam prawdziwą degustację miejscowych specjałów. Jeśli za panowania faraonów jadało się podobnie, łatwo zrozumieć szemranie Żydów przeciw Mojżeszowi. Na pustyni tęsknili bardziej za egipską cebulą, melonami i garnkami pełnymi mięsa, niż za Ziemią Obiecaną. Egipcjanie też byli do pewnego momentu gościnni.

Pomimo późniejszych problemów, Żydzi zachowali najwidoczniej dobre wspomnienie kraju nad Nilem, skoro Święta Rodzina uciekła tam przed Herodem. O ile Ewangelia według św. Mateusza mówi o tym bardzo zdawkowo, apokryfy Nowego Testamentu relacjonują w szczegółach egipski epizod Maryi, Józefa i Dzieciątka Jezus. Wiem, że nie można brać tego rodzaju literatury w sposób dosłowny. Nigdy też, nie traktowałem jej jako uzupełnienia do Pisma Świętego. Jest ona jednak na tyle sugestywna, że odwiedzając wspomniane w apokryfach miejsca, konfrontuję zawsze rzeczywistość z opisem. To, że powstały tam sanktuaria, również nie wygląda mi na przypadek. W pobliżu osady Dronka znajdują się aż dwa: katolickie, prowadzone przez franciszkanów oraz prawosławne. Ich początki związane są z grotą jaką miała zamieszkiwać Święta Rodzina na krótko przed udaniem się w drogę powrotną do Nazaretu. Wykuta w skale, najprawdopodobniej przy eksploatacji granitu, nadawała się doskonale na mieszkanie. W upalne egipskie lato chroniła przed żarem słonecznym, podczas wylewów Nilu, woda zatrzymywała się u podnóża góry. Kilka wieków później osiedlili się w niej mnisi, przyciągnięci sławą tego miejsca. Trudno dzisiaj ustalić kiedy i dlaczego odeszli. Dopiero pod koniec lat 40-tych ubiegłego wieku, posługujący w okolicy Bracia Mniejsi franciszkanie postanowili wybudować nowy klasztor. Powstał on poniżej groty, przy ruchliwej szosie z Asyut do Sohag.

Strażnik otwiera przed nami potężną metalową bramę i wjeżdżamy do środka. Przed kościołem czeka już ojciec gwardian. – U nas nie ma ani cudownego obrazu, ani figurki. Samo miejsce jest święte – oznajmia na przywitanie.

Sanktuarium uderza swoim ubóstwem. Prezbiterium oddzielone jest od reszty kościoła czerwoną zasłoną z naszytym wizerunkiem Matki Bożej, posadzka została ulana z cementu, ściany zdobią ikony namalowane przez francuską zakonnicę, która pracowała kiedyś w tych stronach.

– Très jolies – ekscytuje się Arnaud. Dla niego francuskie równa się najlepsze choć o pięknie ikon można by w tym wypadku dyskutować.

– Odpust przypada na Wniebowzięcie Matki Bożej – mówi biskup Kirył z Asyut. – Ale przez cały sierpień sanktuarium przeżywa oblężenie pielgrzymów.

Opowiada, że podczas nowenny poprzedzającej uroczystość prowadzi codziennie ulicami Dronki procesję ze świętymi ikonami. – Jest taki tłum, że trudno posuwać się do przodu – podkreśla biskup.

Pytam go o koptów prawosławnych.

– Oni świętują w tym samym czasie co my. Dla ludzi to jednak żaden problem, bo i tak nawiedzają oba sanktuaria. Trochę pobędą u nas, trochę u nich.

Prawosławny klasztor Deir Dronka powstał przy historycznej grocie kilka lat po franciszkanach. Jest większy i lepiej wyposażony, proporcjonalnie do wielkości koptyjskiego Kościoła prawosławnego.

Zabrakło niestety czasu, żeby go nawiedzić. Jednak już na drugi dzień pojechaliśmy do innego klasztoru prawosławnego na przedmieściach Sohagu. Z racji na kolor murów nazwany jest on „Białym Klasztorem”. Do jego budowy w połowie IV w. wykorzystano kolumny i kamienne bloki ze świątyń pogańskich. Mnichom nie chodziło wyłącznie o tani budulec. To była swoista katecheza, mająca przekonać ludzi, że bóstwa Egiptu były wymysłem ludzkiej fantazji. Odtąd wszyscy mieli służyć jedynemu prawdziwemu Bogu w trzech Osobach, objawionemu przez Jezusa Chrystusa.

Przełożonego klasztoru Abunę Bishoia znaleźliśmy pośród słoików miodu. – Wybaczcie, ale utrzymujemy się z pszczelarstwa – powiedział podając rękę.

Na widok jego długiej brody, sięgającej do uplecionego z czarnych rzemieni krzyża pektoralnego, szepnąłem do Arnaud – Od razu widać, że osoba duchowna.

To była aluzja do problemów, jakie mieliśmy dwa dni wcześniej z wejściem na teren starożytnego miasta Abydos. Na pytanie policjantów „co robimy”, przedstawiliśmy się jako księża. Wtedy najstarszy stopniem pokręcił głową – księża bez brody? To niemożliwe. Powiedzcie lepiej kim jesteście, inaczej was nie wpuścimy!

Makarios pokazał na swoją brodę, ale stwierdzili, że za krótka. Dopiero po dłuższym naleganiu pozwolono nam kupić bilety wstępu i mogliśmy zwiedzić święte miasto Ozyrysa.

Abuna Bishoi jest z wykształcenia ekonomistą. Zafascynowany życiem monastycznym, wstąpił do jednego z klasztorów w Wadi el-Natrun, tuż obok delty Nilu. Kilka lat później, patriarcha Szenuda III ustanowił go przełożonym Białego Klasztoru. Patriarcha, nazywany także Papieżem Aleksandrii, miał przysłowiowego „nosa”. W krótkim czasie wspólnota zakonna zwiększyła się bowiem z trzech do 27 mnichów. Było to opatrznościowe, gdyż Biały Klasztor jest jednocześnie popularnym sanktuarium i turystyczną atrakcją prowincji Sohag. Ciągły napływ ludzi nakłada na mnichów liczne obowiązki, które trzeba godzić z pracą nad własnym uświęceniem. Gospodarstwo rolne położne w pobliżu Nilu, także wymaga sporo troski.

Przełożony podejmuje nas bardzo serdecznie. Po zwiedzeniu klasztornej świątyni siadamy razem do stołu. Znowu gościna, ale czas się nie dłuży, bo to kolejna okazja, żeby usłyszeć coś nowego o życiu tutejszych chrześcijan.

Relacje pomiędzy koptami katolickimi i prawosławnymi są złożone. Z jednej strony duchowni utrzymują dobre kontakty osobiste. Wspierają się wzajemnie przy załatwianiu pozwoleń na budowę obiektów kościelnych. Przedstawiciele obu wspólnot uczestniczą ponadto od przeszło 30-tu lat w międzynarodowym dialogu teologicznym pod patronatem Stolicy Apostolskiej. Szkoda tylko, że nie zawsze widać jego efekty w konkretnych sytuacjach duszpasterskich. Kiedy na przykład katolik zawiera w cerkwi małżeństwo ze stroną prawosławną, zmusza się go do ponownego chrztu, jak gdyby był poganinem. Trzeba jeszcze wielu wysiłków, żeby historyczne uprzedzenia zostały całkowicie usunięte.

Na egipskiej prowincji czas płynie powoli i majestatycznie jak Nil. Samochód długo jeszcze będzie przegrywał konkurencję z osiołkiem, traktor z wołem, kosiarka z sierpem. Zmiany niosą zawsze ryzyko, więc lepiej niech zostanie jak jest – wydają się mówić miejscowi.

Mnich cudotwórca Justus al-Antuni (†1976 r.), zasłużony dla odrodzenia życia monastycznego u koptów prawosławnych, pytał się co chwila pracujących z nim ludzi: „która godzina?”. Przypominał w ten sposób, że to może być ostatnia minuta w ich życiu.

Wiele nie wskórał, bo w Egipcie czas płynie po prostu inaczej.

K. N.