lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MARZEC 2009
nr 3/2009

W dolinie Nilu (I)

Egipcjanie nazywają czaplę „przyjacielem rolnika”. Pełno ich na uprawnych polach w dolinie Nilu. Są mniejsze niż u nas w Polsce i białe. Podążają krok w krok za rolnikiem pochylonym z motyczką przy uprawie warzyw i ryżu, towarzyszą mu gdy zbiera bawełnę i trzcinę cukrową. Rolnictwo było tu już rozwinięte w czasach faraonów, jednak wszystko zależało wówczas od corocznych wylewów Nilu. Im szerzej występował on z brzegów, tym więcej ziemi nadawało się do uprawy. Egipt to przecież w 96% pustynia, a deszcz pada tylko kilka dni w roku. Wybudowanie zapory w Assuanie (1971 r.) pozwoliło na uregulowanie rzeki. Dzięki systemowi kanałów i pomp, nawadnia ona przez cały rok kilkukilometrowe pasy ziemi po obu brzegach. Efektem są nawet trzykrotne zbiory niektórych produktów rolnych. Teraz jednak, gdy nie ma powodzi, mnożą się gryzonie i robactwo, nie mówiąc już o tym, że z braku żyznego mułu jaki niosła wcześniej rzeka, trzeba stosować sztuczne nawozy. W tej sytuacji czaple stały się sprzymierzeńcem człowieka w walce z pasożytami.

Wspomnienie po minionych czasach zachowało się w liturgii koptyjskiej. Rozróżnia ona trzy okresy: wylewu wód, zasiewu i zbiorów. Mając problemy z przetłumaczeniem ich nazw na polski, poprosiłem o pomoc egipskiego kolegę ks. Makariosa. Zastanawiał się dłuższą chwilę, aż wreszcie stwierdził odkrywczo, że nawet modlitwy liturgiczne zmieniają się w zależności od poziomu wód Nilu. – Jestem za młody, żeby pamiętać dawne czasy – dodał na usprawiedliwienie. – Krokodyla też nigdy nie spotkałem, bo zapora assuańska uniemożliwia im wędrówkę w dół rzeki.

Jedziemy wzdłuż głównego kanału. Po jednej stronie ciągną się pola, oddzielone rzędem palm daktylowych, po drugiej wioski. Co kilometr trzeba pokonywać ulane z asfaltu garby. Mają zmuszać do ograniczenia prędkości, ale chyba trochę przesadzono, bo samochód szoruje o nie podwoziem. Parę razy kierowca prosi nas żebyśmy wysiedli. Wtedy pojawiają się od razu grupki dzieci. – Welcome in Egypt ! Sabah alchajer (Dzień dobry) – krzyczą jedno przez drugie, podczas gdy mężczyźni siedzący przed domostwami przyglądają się nam badawczo, kopcąc fajki lub żując trzcinę cukrową. Kobiet prawie nie widać, czasami tylko któraś dźwiga derkę wypełnioną trawą dla krów koczujących obok domu razem z osłami i wielbłądami. Każde zwierzę przykryte jest płachtą. – Mamy przecież zimę – wyjaśnia kierowca, chociaż termometr wskazuje 15°C.

– Proszę nie patrzeć na temperaturę. Zima zaczyna się wtedy, gdy żołnierze zakładają cieplejsze umundurowanie. Tłumaczy, że służba wojskowa jest dla chłopów swoistym przedłużeniem podstawówki. Dlatego trwa w ich przypadku aż trzy lata. Po jej ukończeniu, wojskowe zwyczaje stają się standartem na całe życie, także w sprawie ubioru. Nikt bynajmniej nie wyciąga z kufrów zimowych rzeczy, bo ich po prostu nie ma. Najczęściej założy o jedną koszulę więcej, okręci sobie szyję szalikiem i to musi wystarczyć.

Kierowca wspomniał przy okazji, że jego córeczka nazywa się Marusia. Chrześcijanie nadają dzieciom europejskie imiona, żeby odróżnić się od muzułmanów. Z tego samego powodu tatuują im na przegubach rąk krzyżyki. Wybór akurat rosyjskiego imienia wynikał przypuszczalnie z tego, że Rosja oraz inne kraje bloku komunistycznego należały długo do sojuszników Egiptu. To był czas arabskiego socjalizmu w autorskiej wersji prezydenta Nassera. Teraz wiodą prym Stany Zjednoczone, ale nadal pozostało sporo sympatii do Europy Wschodniej, czego wielokrotnie doświadczałem podczas wizyt w Egipcie. Powodem obecnego pobytu był pogrzeb kardynała Stephanosa II Ghattasa, emerytowanego patriarchy katolickich koptów.

Do Egiptu pojechali ze mną dwaj księża, wspomniany już Makarios oraz Francuz Arnaud. Obecność tego drugiego miała m.in. tę zaletę, że przed wstąpieniem do seminarium duchownego pracował w Bordeaux jako lekarz. Zazwyczaj minimalizował zgłaszane przez nas problemy zdrowotne, co już samo przez się przynosiło ulgę i człowiek rezygnował z wizyty w poradni. Obok doktoratu z medycyny, napisał rozprawę o namaszczeniu chorych. Trudno było znaleźć lepszego towarzysza podróży, tym bardziej, że pobyt w Egipcie niespodziewanie się wydłużył.

Kiedy po uroczystym pogrzebie w kairskiej katedrze wszyscy rozjeżdżali się powoli do domów, biskupi z południa kraju zaproponowali, że zabiorą nas ze sobą w rodzinne strony Zmarłego. – Przynajmniej zobaczycie jak żyją nasi ludzie. Egipt to nie tylko Kair, Aleksandria, czy Luksor.

Patriarcha Stephanos pochodził z eparchii Sohag, położonej około 450 km od stolicy. Chociaż została ona erygowana stosunkowo niedawno, z regionem tym związane są początki katolickiego Kościoła koptyjskiego. Jeszcze silniejszą społeczność tworzą tam koptowie prawosławni.

Koptowie, czyli z języka greckiego po prostu Egipcjanie, odrzucili uchwały Soboru Chalcedońskiego (451 r.), zrywając jedność z Kościołami rzymskim, konstantynopolitańskim, antiocheńskim i jerozolimskim. Wzajemne relacje zostały przywrócone w okresie Soboru Florenckiego (1439 r.). Koptyjski patriarcha Aleksandrii Jan XI podpisał wówczas dokument unijny lecz w praktyce nic z tego nie wyszło. Dwa wieki później zaczęła się formować w Egipcie wspólnota koptów katolickich. Było to efektem pracy franciszkanów i jezuitów, którzy prowadzili działalność w mijanych właśnie przez nas wioskach. Przy okazji udało się im zahamować masowe przechodzenie ludności chrześcijańskiej na islam i pewnie z tego powodu patriarcha koptyjski zezwolił zakonnikom na głoszenie kazań w świątyniach prawosławnych. Tymczasem rosła liczba katolików. Papież Benedykt XIV (+1758 r.) powierzył ich pod opiekę koptyjskiego biskupa Atanazego, który wcześniej złożył rzymskie wyznanie wiary. Kolejnym krokiem było ustanowienie patriarchatu katolickiego (1895 r.), liczącego obecnie 250 tysięcy wiernych. Jeśli dodamy do nich 8 milionów Koptów prawosławnych oraz przedstawicieli innych Kościołów chrześcijańskich, będziemy mieli w sumie 11 % mieszkańców Egiptu. Pozostali wyznają islam, któremu konstytucja zapewnia status religii państwowej.

Każda wioska posiada przynajmniej jeden meczet, stojący zwykle przy głównej drodze. Jeśli ktoś wyrazi chęć wybudowania nowego miejsca kultu, otrzymuje od władz materiały budowlane wraz z państwowym etatem. Co pobożniejsi i obdarzeni ładnym głosem mogą jednocześnie zostać mułłą, czyli duchownym muzułmańskim. Także w tym wypadku państwo zapewnia pełne utrzymanie. Do obowiązków mułły należy wzywanie do modlitwy od jutrzenki po ciemną noc, w sumie pięć razy na dobę. W związku z postępem techniki, wezwania odtwarzane są często z magnetofonu, podobnie jak u nas dźwięki dzwonów.

Wymalowane na biało lub niebiesko meczety wyróżniają się pośród szarych, mizernych domków, pozbawionych okien i drzwi. Nocą przyciągają uwagę różnobarwnymi neonami, skandującymi wersety z Koranu. Kościołów jakoś nie mogłem zauważyć, choć według moich towarzyszy podróży miało to być największe skupisko chrześcijan w Egipcie. – Zaraz zobaczycie – obiecywał Makarios, pełniący rolę opiekuna.

Od kiedy Wielka Brytania utraciła w 1952 r. kontrolę nad Egiptem, sytuacja chrześcijan uległa pogorszeniu. Dopiero obecny prezydent Hosni Mubarak zmienił nieco styl swoich poprzedników. Ustanowił Boże Narodzenie świętem państwowym, nie bał się wysłać synów do szkoły katolickiej, a ostatnio samolot prezydencki przetransportował ciężko chorego patriarchę prawosławnego Szenudę III do Stanów Zjednoczonych. Panuje przekonanie, że następcą rządzącego od 27 lat Mubaraka zostanie jego syn, co w opinii wielu chrześcijan byłoby najlepszym rozwiązaniem. Obecne władze mają bowiem ścisłą kontrolę nad ośrodkami fundamentalizmu islamskiego, ograniczając ich wpływy na życie publiczne.

Nie oznacza to, że chrześcijanie traktowani są na równi z muzułmanami. Najlepszym przykładem jest sprawa budowy kościołów. Wydanie pozwolenia leży w gestii prezydenta kraju i trzeba zabiegać o nie latami. Z tego powodu, nowe świątynie powstają bardzo rzadko. – Kiedy buduję albo robię remont – mówi jeden z proboszczów – muszę zdobyć najlepsze materiały i pilnować każdego drobiazgu, bo nie wiadomo kiedy dostanę nowe zezwolenie. c.d.n.

K. N.