lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LUTY 2009
nr 2/2009

Módl się i pracuj

„Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze Twym dzieckiem być” – śpiewamy o Matce Boskiej Częstochowskiej. Piosenka ta, przetłumaczona na różne języki, kojarzy się dzięki Janowi Pawłowi II z Polską. Cudownych wizerunków Maryi o ciemnym obliczu jest jednak dużo więcej. Specjaliści od sztuki kościelnej podają całą listę przyczyn takiego stanu rzeczy, od chemicznej dekompozycji farby, czy okopcenia płótna, po racje teologiczne i estetyczne.

W klasztorze benedyktyńskim w Montserrat, około 30 km od Barcelony, znajduje się figura Czarnej Madonny z Dzieciątkiem Jezus. Katalończycy mówią o niej czule „la Moreneta”, czyli „Czarnulka”. Matka i Syn o hebanowym kolorze twarzy, siedzą na tronie, odziani w złote, królewskie szaty. Przed Nimi przesuwa się skupiony rząd pielgrzymów, odmawiających półgłosem modlitwy. W ubiegłym roku naliczono ich tutaj 2,3 miliona.

Do Montserrat można dotrzeć najłatwiej podmiejskim pociągiem R5, podstawianym w Barcelonie na Plaça d’Espanya. Potem jeszcze tylko przesiadka na kolejkę szynową w Monistrol de Montserrat i nią tysiąc metrów do góry, niemal pod same wrota klasztoru.

Nie pamiętam ile razy zatrzymywaliśmy się po drodze na różnych stacjach. Było ich wiele, gdyż granice administracyjne Barcelony ciągle się rozszerzają. Miasto, będące perłą w koronie Katalonii, przeżywa swój złoty wiek, podobnie jak cały region, uważany za najbogatszy w Europie. Jeśli dodamy do tego usposobienie mieszkańców, którzy lubią rozrywkę, mają poczucie piękna i są gościnni, wychodzi razem bardzo sympatyczna atmosfera.

Miałem dodatkowo rekomendację ojca Manuela Nina, Rektora Papieskiego Kolegium Greckiego w Rzymie. Jak przystało na formatora wschodnich kleryków, przypomina on z wyglądu prawosławnego mnicha: na głowie kamilafka, do tego długa broda, krzyż pektoralny otrzymany w prezencie od patriarchy Konstantynopola i tytuł archimandryty. W rzeczywistości jest benedyktynem opactwa Montserrat. Zgodnie z regułą św. Benedykta, odwołującą się często do monastycyzmu wschodniego, mnich należy nieodwołalnie do klasztoru gdzie złożył śluby. To daje mu poczucie stabilności i bliskości współbraci, rzecz niezwykle pomocna w dążeniu do świętości.

Mnisi z Montserrat są szczególnie wrażliwi na tradycję chrześcijańskiego Wschodu. Prowadzą ośrodek ekumeniczny w Jerozolimie i regularnie goszczą w swych murach duchowieństwo prawosławne, począwszy od biskupów, którzy jak wiadomo rekrutują się z monastyrów. Mając podobny życiorys łatwiej się porozumieć. Prawosławnych interesuje przede wszystkim funkcjonowanie klasztoru-sanktuarium w samym sercu Zachodu. Zebrane doświadczenia przenoszą potem na swój grunt.

Klasztorne muzeum posiada jednocześnie zbiór ikon, będący częścią imponującej pinakoteki. Zaraz przy wejściu wisi sugestywny obraz autorstwa El Greco, przedstawiający św. Marię Magdalenę. Są obecni tacy mistrzowie jak Cézanne, Picasso, czy Dalì. Kolejne sale zajmują znaleziska archeologiczne z mumią egipską na czele. Ojciec Josep, kustosz muzeum, kwituje krótko jego sens – To antidotum na „kulturę supermarketów”!

Trzeba dodać, że dzieła sztuki z Montserrat wypożyczane są na różne wystawy, przez co istnieje wymiana ze słynnymi galeriami na całym świecie.

W takiej oto atmosferze wzrastał ojciec Nin. Kiedy zaś zapłonął na dobre miłością do Wschodu, zrobił jeszcze specjalizację w liturgii syryjskiej. W sercu pozostał jednak katalońskim patriotą, jak inni mnisi z jego klasztoru. Od razu dał mi do zrozumienia, żeby w kontaktach międzyludzkich nie silić się na hiszpański. Odniosłem wrażenie, że traktuje go na równi z francuskim, czy włoskim, choć naturalnie według prawa jest on językiem urzędowym obok katalońskiego.

Podczas podróży do Montserrat słyszałem wokół różne języki. Sunące po wąskiej, skalnej półce wagoniki, przechylały się co pewien czas w stronę przepaści i wtedy pasażerowie ucinali jak na komendę rozmowy, spoglądając nerwowo w stronę maszynistki. Ta z kolei, zamiast patrzeć przed siebie, wdzięczyła się do stojącego obok chłopaka z tej samej firmy przewozowej. W międzyczasie fotografowałem białe, wapienne skały, pokryte z rzadka roślinnością.

Jak wielka musiała być siła woli eremitów, którzy około VIII wieku zaczęli osiedlać się na tym bezludziu. Pierwsze eremy, w sumie było ich trzynaście, powstały w miejscu pogańskiej świątyni bogini Wenery.

Około 1025 r. biskup Oliba z diecezji Vic, będący zarazem opatem benedyktyńskim w Ripoll, ufundował nieopodal filię swojego klasztoru.

Grzbiet góry, do której przylegają budynki przypomina ostrze piły i tak właśnie tłumaczy się nazwa „Montserrat”. Japońscy turyści pytają zwykle, czy istnieje plan ewakuacji klasztoru na wypadek trzęsienia ziemi. Podobno nie ma takiego zagrożenia, natomiast poważnym problemem są osuwające się z góry głazy. Natury nie sposób do końca ujarzmić.

Montserrat stało się z czasem ważnym centrum duchowym i kulturalnym. Któż nie słyszał zasady św. Benedykta „ora et labora”, czyli „módl się i pracuj”? Uwzględnia ona duchowy i fizyczny wymiar człowieka, zapewniając mu harmonię z Bogiem, z samym sobą i ze światem. Pierwszeństwo posiada modlitwa: wspólnotowa, rozłożona na różne pory dnia oraz indywidualna w zaciszu własnej celi. Praca powinna przynosić pożytek dla tego, kto ją wykonuje oraz dla innych. Żyjące w ten sposób tysiące średniowiecznych mnichów, osiągnęły nie tylko szczyty osobistej świętości lecz wydobyły Europę z duchowej i kulturowej zapaści jaka nastąpiła po upadku cywilizacji grecko­‑rzymskiej. Można powiedzieć, że to właśnie benedyktyni zrobili z ludów barbarzyńskich prawdziwych Europejczyków. Kopiowanie i tłumaczenie na różne języki największych dzieł starożytności, które w przeciwnym razie zaginęłyby bezpowrotnie, jest tylko niewielkim wycinkiem ich ogromnej pracy.

Montserrat przypominało pod tym względem inne wspólnoty benedyktyńskie. Aż około XII wieku pojawiła się w nim figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Tradycja głosi, że została znaleziona w jednej z górskich grot, inni przypisują jej autorstwo św. Łukaszowi Ewangeliście, podobnie jak w przypadku co sławniejszych ikon. Według historyków sztuki, figura posiada cechy rzeźby romańskiej. Nie ma to jednak większego znaczenia. Z racji na otrzymywane łaski, pielgrzymi nadali jej przydomek „cudownej”. Nikt naturalnie nie modli się do figury jako takiej. Czci w niej Chrystusa i Maryję, których ona przedstawia.

Przyjęło się wśród Katalończyków, że zaraz po ślubie pan młody zabiera swoją wybrankę do benedyktyńskiego sanktuarium, aby przedstawić ją Matce Bożej. Miejscowe powiedzenie nie pozostawia w tej sprawie żadnej wątpliwości: „Na dobre się nie ożeniłeś jeśli z żoną pielgrzymki do Montserrat nie odbyłeś”. – Nadal przyjeżdża tu wielu nowożeńców – mówi ojciec Ignasi, wiceprzeor klasztoru. – Mamy przekrój całego społeczeństwa, od grup parafialnych po polityków różnych partii.

Prowadzi mnie na boczną galerię kościoła, z której widać jak na dłoni całe wnętrze. Pierwszą świątynię spaliły wojska Napoleona. Żeby nie przeoczyć żadnego wątku, wypytuję go o szczegóły.

– A co z figurą ?

– Mnisi ukryli ją na szczęście w górach. Później, gdy odbudowano klasztor, została umieszczona nad głównym ołtarzem. Kolejne zniszczenia miały miejsce podczas wojny domowej (1936-1939). Wtedy jednak najbardziej ucierpiała wspólnota zakonna, gdyż komuniści zabili 23 benedyktynów z Montserrat.

Wnętrze kościoła nawiązuje do stylu bizantyjskiego. Owalne łuki, rzędy kolumienek i połyskujące złotem mozaiki stanowią idealną oprawę dla celebracji liturgicznych. Po obu stronach głównej nawy, wiszą na długich łańcuchach potężne srebrne lampy. Ufundowały je różne środowiska katalońskie, łącznie z klubem piłkarskim FC Barcelona.

Sanktuaria na całym świecie są do siebie podobne: ludzie się spowiadają, uczestniczą w nabożeństwach, modlą się i zapalają świece przed cudownym wizerunkiem. W Montserrat tańczą ponadto sardanę. W tutejszej kulturze wyraża ona radość i jedność, a św. Benedykt uczy, że trzeba cieszyć się życiem, bo jest darem Bożym.

W Montserrat niestety padało i nikt nie miał ochoty na tańczenie pod strugami deszczu. Dopiero po powrocie do Barcelony zobaczyłem na czym polega sardana. Wystarczy, że na jakimś placu pojawi się kapela muzyczna, ludzie spontanicznie tworzą taneczne kręgi. Starzy, młodzi, dzieci, nie istnieje granica wieku. Kiedy jakiś krąg zrobi się za duży, powstają z niego nowe. Tancerze trzymają w górze splecione ręce, przesuwając się raz w prawo, raz w lewo. Mogą się tak bawić godzinami.

Obok mnichów i pielgrzymów spotkałem w Montserrat chłopców ze szkoły muzycznej „l’Escolania”. Jest ona uważana za najstarsze konserwatorium w Europie. Od pierwszej połowy XIII wieku kształci w zakresie śpiewu, gry na instrumentach muzycznych oraz kompozycji. Uczniowie, w wieku od 9 do 14 lat, mieszkają w kolegium przy klasztorze. Śpiewają podczas liturgii i na koncertach dla pielgrzymów. Pomimo antychrześcijańskiej polityki rządu premiera Zapatero oraz agresji mediów, szukających na siłę skandali z udziałem kleru katolickiego, rodzice mają do zakonników pełne zaufanie. Wybierają Montserrat chociaż podobne szkoły istnieją w całej Hiszpanii. Podczas egzaminów wstępnych jest po kilku kandydatów na jedno miejsce. Nie chodzi tu tylko o prestiż, czy wygodę, bo ktoś inny zajmuje się dzieckiem. Szkoła w Montserrat przygotowuje po prostu do życia.

Żeby uniknąć konfliktu pokoleń św. Benedykt nakazuje w swojej regule, „czcić starych i kochać młodych”.

– Jak z dyscypliną ? – pytam zakonnika odpowiedzialnego za szkołę.

– Nie można wymagać od chłopców tego, co od mnichów – odpowiada dyplomatycznie. – Mają własny porządek dnia, zainteresowania. Tęsknią za rodziną. Ale później, po ukończeniu szkoły odwiedzają klasztor, często jako znani śpiewacy czy muzycy.

Podczas pobytu w Montserrat miałem kilku przewodników, w zależności od tego, co chciałem zobaczyć. Od razu wyznaczono mi również miejsce na Mszy Świętej, przy posiłkach, podczas odmawiania brewiarza. Dzięki temu nie czułem się zagubiony pośród 70 mnichów i setek pielgrzymów. Wszystko zaplanował wcześniej opat Josep Maria Soler. W klasztorach benedyktyńskich opat reprezentuje Chrystusa i pełni rolę ojca rodziny. On troszczy się o codzienne potrzeby zakonników, przydziela im zajęcia, czuwa nad dyscypliną. Jeśli ktoś się wyróżnia, udziela pochwał, jeśli trzeba, karci. Można tu mówić o władzy absolutnej, której każdy mnich winien posłuszeństwo. W praktyce preferuje się „posłuszeństwo dialogowane”, co oznacza, że trzeba przynajmniej wysłuchać racji podwładnego. Może wymaga tego duch czasów. A wyzwań stojących przed wspólnotą jest coraz więcej.

Ludzie przyjeżdżający do Montserrat, żeby pomodlić się przed cudowną figurą Czarnej Madonny, uczą się przy okazji od benedyktynów chrześcijańskiego stylu życia. Każdy szczegół jest więc istotny, począwszy od piękna liturgii, po uśmiechnięte twarze mnichów. Tuż za murami klasztoru świat cofnął się do epoki barbarzyńców i czeka, że ktoś wydźwignie go z upadku.

K. N.