lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2008
nr 12/2008

Madonna i baobab

Keren jest trzecim pod względem wielkości miastem Erytrei. Jeszcze na początku XX wieku był zwykłą wioską, w której przystawały karawany zmierzające do portu w Massawie nad Morzem Czerwonym. Rozwinął się dzięki kolonialnej ekspansji Włochów w tzw. Rogu Afryki. Do Erytrei, a następnie do Etiopii, zjechali architekci i inżynierowie z Italii, żeby stworzyć odpowiednie warunki dla osadników. Powstały wówczas w Kerenie okazałe gmachy, brukowane ulice, czy stacja kolejowa. Miasto rozrosło się aż po stoki otaczających je gór i liczy dzisiaj prawie 90 tysięcy mieszkańców.

Bitwa o Keren, wiosną 1941 r., miała otworzyć Aliantom drogę do Asmary. Pomimo przewagi liczebnej, długo nie mogli przełamać oporu Włochów, będących sojusznikami Hitlera. Ci trwali z determinacją na swych pozycjach, skutecznie odpierając ataki z ziemi i powietrza. Ponosili jednak coraz większe straty, ponad 3 tys. zabitych w tym charyzmatyczny generał Lorenzini, co zadecydowało ostatecznie o poddaniu miasta. 27 marca 1941 r., pod ogniem szturmujących oddziałów brytyjskich, francuskich i hinduskich, opuszczali pośpiesznie Keren. Żelazna dotąd dyscyplina pękła jak struna i każdy myślał tylko o ratowaniu własnego życia. Już za miastem, trzech uciekających włoskich żołnierzy, znalazło się na otwartej przestrzeni. Przy huku rozrywających się ładunków, szukali rozpaczliwie ukrycia, żeby przeczekać nalot. Ostatkiem sił dobiegli do ogromnego baobabu nazywanego Mariam Dearit (świątynia Maryi). Dobrze znali to miejsce. Drzewo mające około 14 metrów przekroju, było wewnątrz puste, więc Siostry Szarytki umieściły w środku metalową figurkę Matki Bożej Niepokalanie Poczętej. Idea spodobała się biskupowi Marcelemu Touvier, który w 1881 r. dokonał uroczystego poświęcenia baobabu, nadając mu status kaplicy. Wewnątrz może się zmieścić do pięciu osób razem z odprawiającym księdzem.

Gdy włoscy żołnierze znaleźli się w baobabie, najstarszy stopniem poklepał kolegów po plecach – No, to mamy szczęście. Oczy przyzwyczajały się powoli do panującego wewnątrz mroku, rozkołatane serca biły coraz spokojniej. Któryś zaczął się już rozglądać za świeczką, żeby zapalić ją przed figurką Matki Boskiej, gdy nagle rozległ się przeraźliwy świst. Bomba przebiła górną część pnia i wpadła do środka. Żołnierze pobledli z przerażenia. Jeden zakrył rękoma oczy, inny próbował skierować się ku wyjściu lecz nogi odmawiały posłuszeństwa. Pogodzeni z losem, czekali na śmierć. W pewnym momencie bomba wyrzuciła na zewnątrz pióropusz dymu, okręciła się wokół własnej osi i zastygła bez ruchu. Teraz była niegroźna.

Już po zakończeniu wojny jeden z trójki wojskowych o nazwisku Manera otworzył w Asmarze agencję wynajmu samochodów. Za każdym razem kiedy kupował nowy pojazd organizował pod baobabem-kaplicą uroczyste poświęcenie. Tymczasem sława tego niezwykłego sanktuarium rozeszła się po całym kraju. W 1960 r. przejęli nad nim pieczę cystersi z włoskiego klasztoru Casamari. Wokół baobabu zasadzili drzewa cytrusowe, zabezpieczyli teren przed erozją, pobudowali bazę pielgrzymkową. W doroczny odpust 29 maja, przybywają tu tysiące ludzi: katolicy, prawosławni, nawet wyznawcy islamu, wszak i oni czczą na swój sposób Maryję. Zgodnie z tradycją miejscowego chrześcijaństwa, liturgia odprawiana jest w obrządku etiopsko-erytrejskim, nazywanym rytem geez. Jeśli ktoś nie miał z nim wcześniej styczności, będzie zaskoczony. Bo oto biskup przygrywa rytmicznie na bębnie zawieszonym u szyi, księża śpiewają modlitwy, wymachując laskami niczym nasi górale w tańcu, a wielobarwny tłum wibruje według znanej tylko sobie logiki. Ktoś powie: egzotyczny folklor. Nic bardziej błędnego, bo ta liturgia zawierająca elementy starotestamentalne, koptyjskie i afrykańskie, jest tak samo święta jak odprawiana w naszych rzymskokatolickich kościołach. Trzeba pamiętać o tym, że kiedy książę Mieszko I przyjmował chrzest (966r), a polski alfabet jeszcze nie istniał, przodkowie współczesnych Erytrejczyków i Etiopczyków wyznawali wiarę w Chrystusa już od sześciu wieków. Mieli wspaniałe klasztory i bogatą literaturę. Pośród utworów religijnych, wyróżniają się hymny maryjne o głębokiej teologicznej treści oraz języku płynącym prosto od serca. Przywiązanie do Matki Bożej widoczne jest zresztą na każdym kroku. – Daj mi coś, jeśli kochasz Maryję – wołają bose, wychudzone dzieci, wyciągając ręce po jałmużnę. Także imiona noszone przez chrześcijan nie pozostawiają najmniejszej wątpliwości odnośnie ich religijnych sentymentów: Ghebremariam (Sługa Maryi), Zewdemariam (Korona Maryi), Kibredingl (Chwała Najświętszej Dziewicy), Habtesion (Dar Syjonu) itd.

Kościół umacnia tą tradycyjną pobożność poprzez katechezę i publikacje religijne. Znamiennym jest fakt, że pierwszą drukarnię w Erytrei uruchomili włoscy misjonarze. Od samego początku, ich działalność ewangelizacyjna była ściśle powiązana z szerzeniem oświaty. Duchowni i siostry zakonne prowadzą obecnie 110 różnych szkół. Są one dostępne dla wszystkich, bez względu na wyznanie, podobnie jak kościelne sierocińce, szpitale, czy centra socjalne. To olbrzymi wysiłek, jeśli weźmie się pod uwagę, że lokalna wspólnota katolicka liczy około 160 tysięcy wiernych czyli zaledwie 3% ogółu ludności. Erytrejski patriarchat prawosławny, obejmujący ponad połowę społeczeństwa, posiada podobne struktury.

Kościoły chrześcijańskie wypełniają poważne luki w państwowym systemie edukacji oraz opieki społecznej. Długoletnia susza, krwawe zmagania o niepodległość, a następnie wojna z Etiopią o granice, doprowadziły Erytreę do katastrofy. Prawie 2/3 społeczeństwa cierpi głód, utrzymując się przy życiu dzięki pomocy humanitarnej. Nawet chleb jest racjonowany. Przeciętna rodzina, jeśli dostała kartki i posiada pieniądze, ma prawo kupić pieczywo raz na dwa dni.

Prezydentowi Isaiasowi Afwerce nie podoba się zaangażowanie społeczne Kościołów. Uważa, że szkoły i szpitale powinny zostać oddane państwu. Księża mają tylko odprawiać Mszę św., zakonnice niech się modlą, a duchowni przybyli z zagranicy powinni natychmiast opuścić Erytreę. Z kolei miejscowi kapłani i siostry zakonne mogą zostać wkrótce wcieleni do wojska. Wobec groźby nowej wojny z Etiopią, liczy się każdy, kto da radę udźwignąć karabin. Ponieważ obowiązek służby wojskowej kończy się dopiero po pięćdziesiątce, nikt nie może być pewnym jutra.

Prawosławny patriarcha Antonios zaprotestował przeciwko dyktatowi prezydenta, tym bardziej, że władze zamianowały specjalnego urzędnika, który miał odtąd podejmować najważniejsze decyzje kościelne. W odpowiedzi na to nałożono na Antoniosa areszt domowy, po czym zastraszony Synod Biskupów Erytrejskiego Kościoła Prawosławnego, wybrał jako nowego patriarchę, niejakiego Dioskorosa.

W stosunku do Kościoła katolickiego zastosowano inną strategię. Wiadomo przecież, iż biskupi na całym świecie podlegają Papieżowi w Rzymie, ponadto Erytrea utrzymuje relacje dyplomatyczne ze Stolicą Świętą. Represje musiały mieć w związku tym pozory legalności. Tak oto w ubiegłym roku czternastu misjonarzy katolickich opuściło Erytreę z powodu upływu terminu wizy pobytowej. Władze poinformowały, że według obowiązujących przepisów nie da się jej przedłużyć. Niedawno, kolejnych czterech misjonarzy otrzymało odmowę pozwolenia na dalszy pobyt. Z kolei erytrejscy księża przed ukończeniem pięćdziesiątki nie mają możliwości odbycia studiów specjalistycznych na Zachodzie. Szkoda, bo w ogrodach watykańskich posiadają razem z Etiopczykami własne Kolegium.

Inną formę represji stanowią drobiazgowe kontrole w szkołach i szpitalach prowadzonych przez Kościół. Nic nie szkodzi, że instytucje te są o całe niebo lepsze od państwowych. Rezultaty inspekcji i tak będą negatywne. Kontrolerzy dokonują zarazem dokładnej inwentaryzacji sprzętu, leków, książek, co jest interpretowane jako krok w kierunku nacjonalizacji. Nie brakuje przy tym nacisków na duchowieństwo, żeby utworzyć Kościół patriotyczny, niezależny od Papieża.

Jak dotąd wspólnota katolicka nie dała się zastraszyć. Trójka miejscowych biskupów interweniuje gdzie tylko może, dziennikarze demaskują nadużycia w światowych mediach. Władze tłumaczą się przepisami i koniecznością zapewnienia harmonii pomiędzy religiami. Według nich, będzie ona możliwa jedynie pod całkowitą kontrolą państwa.

Patrząc na Keren nie ma takiej potrzeby. Katolicy, prawosławni i muzułmanie żyją ze sobą w zgodzie. Wspólnie świętują na weselach, opłakują zmarłych i raz po raz modlą się przed Madonną z baobabu.

K. N.

Postscriptum

Obok biura Wikariusza Generalnego Archidiecezji Białostockiej, wiszą misternie tkane wizerunki czterech Ewangelistów oraz scena cudownego rozmnożenia chleba. To pamiątka po śp. kardynale Władysławie Rubinie, który w okresie kierowania watykańską Kongregacją Kościołów Wschodnich otrzymał je od biskupów z Etiopii, obejmującej jeszcze wówczas Erytreę. Już po jego śmierci, ogłosiła ona niepodległość, dlatego trudno dzisiaj ustalić, gdzie te rękodzieła powstały. Może właśnie w Kerenie. Tamtejsi sprzedawcy pamiątek oferują w każdym razie podobne obrazki. Do białostockiej Kurii trafiły one za sprawą prałata Adama Krasińskiego, długoletniego sekretarza kardynała Rubina. Bo jak mówi poeta: „piękno na to jest, by zachwycało” (Norwid).

Chociaż nie przychodzi się do urzędu, żeby oglądać dzieła sztuki, warto się przy nich zatrzymać i uświadomić sobie, że nasz Kościół jest tak samo wielobarwny, a zarazem utkany misternie w jedną całość z milionów włókien.