lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2008
nr 12/2008

Największy rabunek w dziejach ludzkości i wielkie kłamstwo

Nie zamierzam pisać o wyczynach Attyli, Dżyngis-chana, ani hiszpańskich czy brytyjskich kolonizatorów. Nie będzie też mowy o rabunkach dokonywanych przez Napoleona, Hitlera, Stalina, ani żadnego innego zdobywcę. A to dlatego, że ich wyczyny rabunkowe wyglądają niczym psoty podwórkowych rozrabiaków. Skrobnę felietonik o największym rabunku w dziejach ludzkości, którego ofiarą od dziesięcioleci padają setki milionów ludzi w krajach zw. demokratycznymi. Rabunek ten zwie się: powszechne i obowiązkowe ubezpieczenia emerytalne. W dziesiątkach państw – bez pytania o zgodę – zabiera się dużą część pensji należnych pracownikom za wykonaną pracę i lokuje się je na poczet przyszłej emerytury. Wszystko to – oczywiście – z troski, jaką o lud roboczy wyrażają socjaliści. Oni wszak „chcą dobrze”, więc „dbają” o zabezpieczenie ludzi na starość. Jednak tylko pozornie tak pięknie to wygląda. Gdyby rzeczywiście było to piękne, to każdy tak zabezpieczony robotnik mógłby po 30-40-tu latach pracy zajść do urzędu, gromadzącego jego emeryturę i oświadczyć, że życzy sobie, aby mu ją zaczęto wypłacać. Mógłby też zażądać, aby oddano mu do ręki (albo wpłacono na osobiste konto bankowe) pieniądze, które przez 30-40 lat odkładał. Zresztą szczerze mówiąc, mógłby takie żądanie postawić i po 15-tu latach, gdyby chciał sobie odpocząć jakiś czas. Wszak to JEGO pieniądze są odłożone na JEGO koncie emerytalnym. Gdyby zaś takiemu robotnikowi zdarzyło się zemrzeć, to do oszczędności ojca miałyby prawo jego dzieci. Tak by się działo, gdyby istotnie szło tu o uczciwą troskę o człowieka pracującego, gdyby ten system był sprawiedliwy. Niestety, ze sprawiedliwością ma on tyle wspólnego, co hieny z dietą wegetariańską. Po pierwsze; samo przymusowe pobieranie od ludzi pieniędzy „dla ich dobra”, nie powinno zachodzić. Ludzie sami potrafią zadbać o swoje dobro. Rabujący im duży procent zarobków, biurokratyczny system, nie jest do tego potrzebny. Po drugie; rabowany (oczywiście „w trosce o niego samego”) człowiek pracujący nie ma szans na odzyskanie swoich pieniędzy. Jeśli zbójecki system socjalistyczny wyznacza mu granicę wieku, od której będzie mógł korzystać z odłożonych swoich pieniędzy, to jest sprawą jasną, że ograbiony biedak nie ma możliwości z nich skorzystać. Jeśli odkładał np. od 22 roku życia, a na emeryturę pozwolono mu przejść w 65-tym roku życia, to musiałby dożyć 108 lat, aby odzyskać swoje pieniądze. Ilu ludzi dożywa takiego wieku? Ba, ilu dożywa 90 lat czy choćby 80-tki? O jednorazowej wypłacie należności z 30-40-tu lat – rzecz jasna – nie ma mowy. O przekazaniu pieniędzy spadkobiercom także. Dla bandyckiego systemu socjalistycznego najlepszy emeryt, to ten, który w pierwszych latach pobierania emerytury – a jeszcze lepiej tuż przed przejściem na nią – „szczęśliwie zejdzie z tego świata”. Rodzina dostanie zasiłek pogrzebowy, czyli jakiś promil procentu promila pieniędzy, które zrabowano zmarłemu przez dziesięciolecia jego pracy i... adios muchacho. O pozostałych należnych pieniądzach można zapomnieć. Kiedy się to sobie uświadomi, autentyczna wściekłość człowieka ogarnia i przysłowiowy nóż się w kieszeni otwiera, gdy słyszy się nagonkę na ludzi, żądających zachowania emerytur „pomostowych”. Nie tylko politycy siły przewodniej, ale i dyspozycyjni funkcjonariusze przyrządowych mediów powtarzają, że „nas nie stać na utrzymywanie tych emerytów”, że „budżet nie wytrzyma”, że „kto będzie na nich pracował?” A przecież ci ludzie na swoje emerytury już zapracowali!!! Jak śmie pan Tusk i klakierujący mu funkcjonariusze mówić tak, jakby robiono tym ludziom łaskę??? Nie wiem, czy naprawdę tak bezmózgowi są ci wszyscy dziennikarze, którzy mówią o „pracowaniu na emerytów”. Po co te monstrualne kłamstwo? Dlaczego nie przeprowadzono przed laty gruntownej zmiany w systemie ubezpieczeń emerytalnych? Wszak istniał pomysł na początku lat 90-tych, aby ze sprzedaży prywatyzowanego mienia stworzyć fundusz dla emerytów okradzionych w PRL-u i wdrożyć funkcjonowanie nowego systemu dla tych, co pracują. Wiemy jednak, jak wyglądała „prywatyzacja”. Niektórzy jeszcze pamiętają, że pierwsza partia obecnego premiera nazywana była „partią aferałów”.... chyba nie z powodu działalności dobroczynnej. I teraz ci panowie mają czelność pokrzykiwać na emerytów, czy na tych, którzy żądają wcześniejszych emerytur? Czyli ci ludzie – mimo że już swoje wypracowali – mają dalej iść do roboty i dalej pozwalać się okradać? Nie powinni.

ks. Marek Czech