lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD 2008
nr 11/2008

Być człowiekiem

Mediolańskie więzienie San Vittore należy do najbardziej znanych w Italii. Jak w innych miejscach, więźniowie wywodzą się z różnych środowisk, mają od kilkunastu do kilkudziesięciu lat życia i własne przejścia z wymiarem sprawiedliwości. Jeśli coś ich łączy, to przede wszystkim stan ducha. Ograniczenie wolności zawsze boli, choćby człowiek zasłużył sobie na karę. Wyrzuty sumienia, a im bliżej końca odsiadki również obawy o przyszłość, dręczą bezlitośnie, tym bardziej, że za kratami czas płynie inaczej. Łatwo jest wpaść w desperację.

Wiedzą o tym strażnicy, wie kapelan, każdy na swój sposób troszczy się o więźniów. Don Luigi podarował wszystkim Dzienniczek św. Teresy od Dzieciątka Jezus. – Jak będziecie mieli problemy, to przeczytajcie sobie kawałek i pomódlcie się do Świętej. Pracownicy więziennej administracji przyglądali się temu z pobłażliwym uśmiechem. No bo wyobraźmy sobie zawodowego mordercę, który rozczytuje się w duchowych przeżyciach młodziutkiej francuskiej zakonnicy z końca XIX wieku.

Minęło kilka miesięcy. Pewnego ranka w pokoju kapelana zjawił się Salvatore, młody więzień czekający na proces za handel narkotykami. Położył na biurku zwinięty w kłębek sznur i zapisaną kartkę. – Wczoraj wieczorem chciałem ze sobą skończyć – wykrztusił na wpół blady. – Wydawało mi się, że życie nie ma sensu, że ludzie są podli. Chciałem więc z tym skończyć raz na zawsze. Zdobyłem sznur, napisałem list pożegnalny .... ale tej nocy przyśniła mi się ona – mała Teresa. – Przełykał z emocji ślinę. – Powiedziała, że jutro, to znaczy dzisiaj, wyjdę na wolność, że wszystko się ułoży. – Proszę księdza – chwycił oburącz kapelana aż ten się wystraszył – Niech ksiądz porozmawia z moim adwokatem.

– Ale namieszałem z tym Dzienniczkiem – pomyślał kapelan. Widocznie chłopak przeczytał jak św. Teresa modliła się kiedyś za skazanego na śmierć zbrodniarza i ten, stojąc na szafocie, poprosił o spowiedź.

– Słuchaj Salvatore – klepnął chłopaka po karku – najważniejsze, że nie zrobiłeś sobie nic złego. Z tym adwokatem to zobaczymy...

Tego dnia don Luigi biegał od rana po mieście. Nagromadziło się sporo spraw i nie było nawet czasu, żeby zadzwonić do adwokata. Ile razy sny są rozwinięciem naszych marzeń... Późnym popołudniem zajrzał jeszcze do księgarni. Tam wpadła mu do rąk książka Rotha Legenda o świętym pijaku. Autor opisuje w niej perypetie pewnego emigranta ze Śląska, przez które przeplata się niczym anioł dobroci postać św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Kapelan nie był przesądny lecz ten zbieg okoliczności trochę go zastanowił – a może jednak mu się ukazała... Kupił książkę i następnego dnia pobiegł rankiem do adwokata.

– Panie mecenasie. Nie chciałem zawracać panu głowy, ale Salvatore, ten młody więzień, pamięta pan... miał w nocy dziwny sen... – A tak, owszem – przerwał adwokat. – Jest już na wolności, policja znalazła dowody na jego korzyść, no i prokurator uchylił areszt.

Kiedy opowiedziałem tę historię ks. dr. Mirosławowi Korsakowi, kapelanowi więzienia przy ul. Kopernika, namówił mnie, żeby podzielić się nią z czytelnikami naszego diecezjalnego czasopisma. Robię to bardzo chętnie, tym bardziej, że przesłanie św. Tereski, jak się ją czasami zdrobniale nazywa, jest bardzo bliskie temu co głosiła s. Faustyna Kowalska i niedawno beatyfikowany ks. Michał Sopoćko.

Teresa od Dzieciątka Jezus należy do grupy Świętych, których życie było na pierwszy rzut oka zupełnie normalne, wręcz prozaiczne. Któż mógł przypuszczać, że przez jej wstawiennictwo Bóg będzie obdarzał ludzi Swoimi łaskami? Tymczasem ona, z siłą startującego samolotu wzbijała się w górę, osiągając kolejne szczeble doskonałości. Już sama rodzina Teresy była niezwykła. Jej rodzice, Louis Martin i Zélie Guérin marzyli początkowo o życiu zakonnym. Później, zawierając związek małżeński, postanowili powstrzymać się od współżycia cielesnego. Upomniani przez spowiednika, bo przecież małżeństwo nie jest klasztorem, wydali na świat aż dziewięcioro dzieci. Z racji na świątobliwość życia i cud przypisywany ich wstawiennictwu, zostali ogłoszeni błogosławionymi 19 października tego roku.

Dom rodziny Martinów na peryferiach Lisieux wygląda okazale. Żeby dostać się do środka, trzeba odczekać swoje w kolejce, bo zwiedzających jest tylu, że pomimo obszernego wnętrza nie sposób pomieścić wszystkich na raz.

Pokój Teresy znajduje się na pierwszym piętrze. W przeszklonych gablotach umieszczono zabawki, sukienki oraz przedmioty religijne. Na komodzie nieopodal łóżka stoi figurka Matki Bożej, z którą wiąże się historia uzdrowienia Teresy z nerwicy. Zapadła na nią w wyniku bolesnych przeżyć rodzinnych. Najpierw straciła matkę, która zmarła na raka piersi, potem najstarszą siostrę Paulinę, gdy ta zdecydowała się wstąpić do klasztoru. Niedługo potem kolejna siostra, Maria, odeszła do zakonu. Niezwykle wrażliwa Terasa wpadła w głęboki kryzys. Kiedy lekarze rozkładali bezradnie ręce, Matka Boska z figurki uśmiechnęła się do chorej dziewczynki i natychmiast znikły wszelkie problemy zdrowotne. Później, wzorem starszych sióstr, postanowiła wstąpić do miejscowego klasztoru Karmelitanek. Zabrała ze sobą cudowną figurkę Matki Bożej, dlatego w jej domu rodzinnym umieszczono replikę, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej realistycznie. Podczas przygotowań do lądowania w Normandii, alianci zbombardowali Lisieux, obracając w ruinę ponad 75% miasta. Pod bombami zginęło około 1200 osób. Dom św. Teresy od Dzieciątka Jezus oraz klasztor Karmelitanek wyszły z tego obronną ręką.

Teresa przekroczyła progi Karmelu w 1888 r. Klasztor powstał niewiele wcześniej, stąd mury tchnęły jeszcze świeżością i żyła założycielka wspólnoty matka Genowefa. Można powiedzieć, że z punktu widzenia duchowego, a także pod względem warunków bytowych, był to najlepszy czas dla 27 zakonnic żyjących w klasztorze. Jednak dopiero w towarzystwie Teresy poczuły się niczym w przedsionku nieba. O ile obowiązkiem każdego chrześcijanina jest życie według nauki Chrystusa, osoby zakonne starają się być pod tym względem perfekcyjne. Bardziej ambitne karmelitanki miały wyrzuty sumienia, że nie są w stanie dorównać wielkim świętym. Tymczasem ona wynalazła „małą drogę do świętości”, opartą na przekonaniu, że tych którzy uznają swoją ułomność duchową i fizyczną, Bóg nosi na własnych ramionach i pieści jak małe dzieci. Inspiracją stała się dla niej zasada funkcjonowania windy. Po raz pierwszy zobaczyła to urządzenie w czasie wyprawy do Italii. Potem, już w klasztorze, doszła do przekonania, że podobnie postępuje Pan Bóg. Wystarczy Mu się oddać, jakby wchodząc do windy, a On podźwignie człowieka do samego nieba. Teresa podkreślała ciągle, że Bóg ceni sobie nawet najdrobniejsze ludzkie ofiary, że nikogo nie przekreśla, że zawsze okazuje skruszonemu grzesznikowi Swoje miłosierdzie.

Ona sama nie zadowalała się osobistym dążeniem do doskonałości, czy „znoszeniem innych z miłością”, zgodnie z nauką św. Pawła, co bynajmniej nie jest proste. Przyjmuje na siebie cierpienia i pokusy innych, żeby tylko zdobyć ich dla Boga. Uważa, że to za mało współczuć bliźniemu pogrążonemu w problemach, za mało okazywać mu solidarność, trzeba zająć jego miejsce, choćby samemu ryzykowało się w ten sposób zatracenie. Im częściej czuje w ustach smak krwi spowodowany postępującą gruźlicą, tym bardziej rozpala w sobie miłość Boga i bliźniego.

Te akty heroicznej miłości, krzyżują się z momentami zwątpienia, gdyż ból jest tak wielki, że niemal odchodzi od zmysłów. Ostatecznie jednak przezwycięża słabość i wydając ostatni oddech wypowiada słowa: „Mon Dieu, je vous aime” (Kocham Cię mój Boże).

Woskowa postać Teresy, z zatopionymi wewnątrz relikwiami, znajduje się w bocznej kaplicy klasztornego kościoła w Lisieux. Ma na sobie karmelitański habit, trzymając w lewej dłoni krzyż, a w prawej złotą różę, dar papieża Piusa XI. Ojciec Święty mówił o kanonizowanej przez siebie zakonnicy: „gwiazda mojego pontyfikatu” i polecił wznieść na jej cześć monumentalną bazylikę. Napisał osobiście do biskupa diecezji Bayeux-Lisieux: „ma być wielka, piękna i jak najszybciej!”

Tak też się stało. Bazylika dorównuje rozmachem i bogactwem wnętrza średniowiecznym francuskim katedrom. Posiada nowoczesną bazę pielgrzymkową, łącznie z kinem i kafejką internetową. Jest niewątpliwie perłą Lisieux ale duszą tego normandzkiego miasteczka pozostaje skromny karmelitański kościół, namaszczony obecnością Teresy za jej ziemskiego życia. Ludzie modlący się przy kryształowej trumnie w której znajduje się woskowa figura Świętej, są przekonani, że to jej prawdziwe ciało. W tym wypadku cudu jednak nie było. Po śmierci, pochowano Teresę na cmentarzu, jak każdego zwykłego człowieka. Dopiero później przeniesiono jej kości do klasztornego kościoła. Od czasu kanonizacji, relikwie karmelitanki wędrują po całym świecie. W relikwiarzu używanym do oficjalnych peregrynacji umieszczono kości nóg. Teresa pragnęła bowiem zostać misjonarką, chciała głosić, że „Bóg jest miłością” w najodleglejszych zakątkach ziemi. Przełożona postanowiła już nawet wysłać ją do Sajgonu, gdzie Karmel z Lisieux otworzył swoją misję. Gruźlica i śmierć przekreśliły te plany.

Mam w domu plakat z fotografią Świętej oraz podpisem po rosyjsku: „Ja ischażu wsiu ziemliu cztoby wazwiestić Jewangelie” (Przemierzę całą ziemię, żeby głosić Ewangelię). Tak się złożyło, że kiedyś, podczas mojego pobytu w Petersburgu, ks. abp Tadeusz Kondrusiewicz sprowadził do miasta relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus, co obwieszczały wspomniane plakaty. Nie było zresztą potrzeby robienia wielkiej reklamy, bo ludzie zareagowali entuzjastycznie. Relikwie przyciągnęły tłumy katolików i prawosławnych. Mówiąc językiem mediów, niektórzy święci mają wymiar planetarny, szczególnie, gdy ktoś jest tak ludzki, jak św. Tereska.

K. N.