lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LISTOPAD 2008
nr 11/2008

Niewyczerpana Baryłka Kościoła

Do historii przeszło tegoroczne lato ze swoimi żywymi kolorami, które można było podziwiać do późnego wieczora. Coraz mniej żywe są wakacyjne wspomnienia, zacierają się krajobrazy, które jeszcze tak niedawno budziły zachwyt. Świat jakby zasypia i nie budzi go już świt zaraz po północy. Wszystko pokryła mgła, tworząc smutne, choć artystyczne pejzaże sfumato. Można by było podpisać je „Nadzieja”, nadzieja, że przyjdzie wiosna, że znów długie staną się dni, że ożyją smutne późną jesienią kolory. Także Kościół, w listopadowe dni, wprowadza nas w przemijającą postać tego świata, malując barwami wiary, przykrytymi sfumato nadziei Nową Ziemię. Pokazał nam ją najpierw 1 listopada, w Uroczystość Wszystkich Świętych, w apokaliptycznej wizji św. Jana Apostoła. Otworzyło się nad nami niebo i ujrzeliśmy „ogromny tłum, którego nikt nie mógł policzyć, ze wszystkich narodów, ludów i języków” (Ap 7,9). To było niebo. Szukaliśmy w nim wiarą tych, którzy spośród nas odeszli. Następnego dnia były Zaduszki (Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych). Modliliśmy się wówczas za tych, którzy są w czyśćcu, żyjących nadzieją, która zawieść nie może. Brakuje tylko piekła. Dlaczego? Wielu chciałoby usłyszeć: „bo go nie ma”. Jest piekło. Powiedział o jego istnieniu Jezus (por. Mt 5, 22.29; 13, 42.50; Mk 9, 43-48). Nie słyszeliśmy o nim w listopadowe dni, bo w piekle nie ma nadziei. Jest tam pewność wiecznej utraty życia w Bogu to znaczy w Miłości. Mówiąc o rzeczach ostatecznych, Kościół przypomina nam także Paruzję – powtórne przyjście Pana Jezusa na końcu świata. Niektórzy z teologów mówią, że to nie Jezus przyjdzie do świata, ale świat przyjdzie do Jezusa. Na pewno będzie to spotkanie na progu wiecznego życia.

O przyszłym życiu, w kontekście nadziei tłumaczył św. Paweł mieszkańcom Tesalonik: „Nie chcemy, bracia, byście nie wiedzieli o losie tych, którzy umierają. Nie smućcie się zatem, jak inni, którzy nie mają nadziei. Jeżeli bowiem wierzymy, że Jezus umarł i zmartwychwstał, to wraz z Nim Bóg przywróci do życia także tych, którzy zasnęli zjednoczeni z Jezusem” (1 Tes 4, 13-14). Skąd i po co nadzieja? Towarzyszy ona człowiekowi wraz wiarą i miłością od momentu Chrztu Świętego. Jest ona darem Boga ofiarowanym człowiekowi, by ten nie stracił sprzed oczu celu chrześcijańskiego życia. Często mówi się o „mrokach wiary”, o jej ciemnościach. Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, większość swojego życia przeżyła w strasznej ciemności wiary. Gdyby nie miłość i nadzieja, ciemność ta byłaby nie do zniesienia. Nadzieja to ta rzeczywistość, dzięki której pragniemy nieba, życia wiecznego, ufając temu, co obiecał Chrystus, wsparci nie o nasze siły, ale o pomoc Ducha Świętego. Stąd trzeba się modlić o pomnożenie w nas nie tylko wiary i miłości, ale także i nadziei.

Z nadzieją na spotkanie pana młodego wyszło także dziesięć panien, druhen młodej. Wszystkie miały w ręku zapalone lampy. Według tradycji żydowskiej uroczyste zaślubiny i wesele odbywały się rok po zaręczynach. Wieczorem pan młody przychodził do panny młodej, aby zabrać ją od rodziców i zaprowadzić do swojego domu, w którym było też wesele. Niejednokrotnie młody spóźniał się. Powodem tego nie były zakorkowane ulice, brak szacunku dla wybranki, kolejka u fryzjera, albo splamiony przed wyjściem garnitur, który trzeba było oczyścić. Zazwyczaj powodem spóźnienia pana młodego były przedłużające się weselne przygotowania. Dziesięć ewangelicznych panien wyszło z tego samego miejsca – z domu panny młodej i w tym samym celu – spotkać pana młodego. Pomimo to tylko pięć było gotowych na spotkanie. Pozostałym zabrakło oliwy do lamp. W poszukiwaniu tego o czym zapomniały, przegapiły przyjście pana młodego i straciły możliwość uczestniczenia w weselu. Pan Jezus posłużył się tym opowiadaniem do zobrazowania Paruzji, swojego powtórnego przyjścia, na końcu czasów. To On jest oczekiwanym panem młodym, pannami są wszyscy ochrzczeni, zapaloną lampą życie wiary, nadziei i miłości, zapoczątkowane we chrzcie św., zaś oliwą nieustanna współpraca człowieka z ofiarowaną przez Boga łaską. Czas powtórnego przyjścia Chrystusa nie jest znany (por. Łk 12, 35). Stąd potrzeba czuwania, nieustannego czuwania, z zapaloną lampą łaski i zapasową oliwą zaspokajanego pragnienia życia w Bogu.

Znam wielu roztropnych, którzy czuwają z pięknie płonącymi lampami prawdziwie chrześcijańskiego życia i oliwą w baryłce zaświadczającą o rzeczywistym pragnieniu zjednoczenia się z Bogiem na wieczność. Niestety spotykam także mądrych z pięknie płonącymi lampami, zadowolonych i dumnych, chwalących się swoimi osiągnięciami na rodzinnych biennale czy koleżeńskich targowiskach próżności, niemających oliwy w sercu (a czasami i w głowach), uprawiających pogoń za wiatrem. Podobni są do dzieci w piaskownicy, przechwalających się zabawkami, które prędko się znudzą albo zniszczą. Szukają próżnej sławy a nie nieprzemijającej mądrości. Czy znaczy to, że w chrześcijaństwie nie ma miejsca na sukces, karierę (nie karierowiczostwo!)? Jezus pochwala miłujących prawdziwą mądrość, to znaczy tych, którzy jej źródło odnaleźli w Bogu i nie zrobią niczego wbrew Niemu, wbrew prawdzie i uczciwości. To są właśnie ci, którzy czuwają z zapalonymi lampami, w spokoju, gotowi na przyjście Pana i dolewają oliwy łaski z niewyczerpanej baryłki Kościoła.

ks. Radosław Kimsza