lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2008
nr 10/2008

Armenia zawsze wierna (II)

Katolikos przyjmuje nas w swoim gabinecie. Wydawało się, że wymienimy kilka grzecznościowych zdań, jakiś uścisk dłoni i na tym koniec. Nic podobnego. Czas płynie, a rozmowa toczy się w najlepsze. Padają nazwiska Ormian, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii Polski.

– Mówią, że nawet Jan Paweł II miał ormiańskie korzenie – wtrąca Katolikos. – Ale to chyba tylko życzenie ludzi.

Opowiada o swoich spotkaniach z Papieżem i postępach w dialogu ekumenicznym.

Po Soborze Chalcedońskim (451 r.) w którym biskupi ormiańscy nie uczestniczyli z powodu wojny z Persami, doszło do nieporozumień w zakresie nauki soborowej o dwóch naturach, Boskiej i ludzkiej, zjednoczonych w jednej Boskiej Osobie Chrystusa.

Ormianie obawiali się zarazem rosnącego w siłę Bizancjum. Sobór podniósł bowiem rangę patriarchy Konstantynopola, co stworzyło zagrożenie dla narodowej i kościelnej autonomii. Odtąd poszli własną drogą.

– Niech nasi teologowie dalej wyjaśniają różnice, a my bierzmy się do dzieła – mówi Katolikos. – Za dużo straciliśmy już czasu!

Karekin II ma opinię człowieka czynu. Wiele zrobił dla wydźwignięcia kraju z postsowieckiej zapaści i chce robić dalej, ramię w ramię z katolikami.

Jan Paweł II myślał podobnie. Kilka dni później odwiedzamy szpital jaki ufundował w Ashocku, na granicy ormiańsko-gruzińskiej. Nosi on nazwę „Redemptoris Mater” (Matka Odkupiciela), tak samo jak encyklika napisana przez Papieża. Szpital znajduje się na wysokości ponad 2000 metrów, otoczony malowniczo grzbietami gór. Jeszcze przed chwilą narzekaliśmy na lipcowy upał, teraz powietrze zrobiło się rześkie.

– Zimno? – śmieje się internistka, która razem z koleżanką kardiologiem, oprowadza nas po oddziałach. – W styczniu temperatura spada do 40 stopni poniżej zera.

Tłumaczy, że ten region jest jednym z najbiedniejszych w Armenii. Ludzie zamieszkujący górskie wioski, żyją w bardzo prymitywnych warunkach, często bez bieżącej wody, czy prądu. Za to mają papieski szpital.

Drugiego takiego nie widziałam – podkreśla nasza przewodniczka. – Pacjenci przyjeżdżają tu nawet z Erewania i Gruzji. Jeśli chcecie, zaraz zrobimy wam badania.

Jakoś nikt nie wyraża ochoty, więc zwiedzamy dalej: chirurgia, dermatologia, oddział dziecięcy. Na ginekologii ordynator oświadcza solennie, że aborcji „zdieś niet i nikagda’ nie budziet”. Pewnie wziął nas za inspekcję z Watykanu.

Szpital posiada normalną administrację z dyrektorem na czele. Rolę gospodarzy pełnią zakonnicy ze Zgromadzenia Kamilianów. Mają na wszystko oko, od etyki po sprawy materialne. Całe wyposażenie sprowadzili z Italii. Ponadto każdy pracownik został „zaadoptowany” przez jakąś włoską rodzinę i poza normalną pensją otrzymuje od niej pomoc. Nic dziwnego, że takie warunki przyciągają dobrych specjalistów.

Szpital w Ashocku to nie jedyny gest Jana Pawła II wobec Armenii. Ludzie pamiętają o potępieniu ludobójstwa jakie dotknęło ich przodków, o wielokrotnym poparciu na arenie międzynarodowej. A im mniejszy naród, tym bardziej ceni sobie każdą oznakę solidarności.

Opinia publiczna odkryła przy okazji, że w kraju żyją katolicy. Komuniści zatarli po nich wszelkie ślady. Skonfiskowali kościoły i szkoły. Kilkunastu księży zostało rozstrzelanych, jednemu wykłuto oczy, żeby nie mógł odprawiać Mszy Świętej, a ostatni, Horsep Chobanyan, zmarł w 1975 r.

Punktem zwrotnym było paradoksalnie trzęsienie ziemi w 1988 r., które pogrzebało żywcem kilkaset tysięcy osób. Ówczesny zwierzchnik Kościoła ormiańsko-apostolskiego Wazken I, poprosił Matkę Teresę z Kalkuty, żeby przysłała siostry do opieki nad sierotami. Zaraz potem, uzyskał pozwolenie władz na przyjazd katolickich księży i zgodził się na utworzenie diecezji, nazwanej ze względów ekumenicznych „Ordynariatem Europy Wschodniej”.

Wierni wywodzą się z unii zawartych w różnych okresach przez biskupów ormiańskiego Kościoła apostolskiego. Mają swojego patriarchę w Bejrucie, uznając zarazem najwyższą władzę papieża.

W Armenii żyje ich około 180 tysięcy, z czego większość w Erewaniu. Tutaj zamieszkał także katolicki arcybiskup Nechan Karakéhéyan. W budynku po dawnym instytucie technicznym umieścił Kurię, kaplicę pełniącą funkcję świątyni parafialnej oraz niższe seminarium duchowne. Korzystamy z jego gościny. Rano, po Mszy Świętej, prowadzimy długie rozmowy przy obfitym śniadaniu. Ksiądz Petros, prawa ręka Arcybiskupa, zadbał nawet o chałwę, która smakiem przypomina mi czasy dzieciństwa. Dzisiaj już chyba takiej w Polsce nie produkują.

– Sąsiedzi uważali nas początkowo za sektę – mówi gospodarz.

– Aż podczas papieskiej pielgrzymki w 2001 r. zjawili się tutaj Jan Paweł II z katolikosem. Od tamtej pory traktują nas zupełnie inaczej. Wierni też zaczęli przychodzić liczniej na Mszę Świętą.

Arcybiskup Nechan jest synem ormiańskich uchodźców w Grecji. Tam przyszedł na świat. Armenię odwiedził po raz pierwszy w latach 60-tych i od razu odprawił potajemnie kilka Mszy Świętych. Odtąd przyjeżdżał corocznie pod pretekstem odwiedzin krewnych. Z chwilą utworzenia Ordynariatu Europy Wschodniej przeniósł się tutaj na dobre.

Inną znaną twarzą ormiańskiego katolicyzmu, jest siostra Arusiak ze Zgromadzenia Niepokalanego Poczęcia. Otworzyła już kilka ośrodków opiekuńczo-wychowawczych i właśnie buduje z rozmachem szkołę. Spotykamy ją w Tsaghkadzorze, niedaleko jeziora Sewan.

– Ludzie garną się do Kościoła – opowiada zakonnica.

– Ale jak już przyjdą, okazuje się, że nie znają ani religii, ani zasad moralnych. Mówią: przyślemy do was na kurs przynajmniej nasze dzieci. Potem będziemy się od nich uczyć. W ten sposób powstał pomysł zorganizowania letnich wakacji pod hasłem: „Zmienić życie dziecka przez duchowy i fizyczny pokarm”.

Siostra przerywa co chwilę opowiadanie, wydając polecenia współpracownikom, którzy szykują pomieszczenia dla pierwszego turnusu. Większość życia poświęciła pracy z młodzieżą ormiańską w USA, dlatego doświadczenia i kontaktów jej nie brakuje. To jest jedną z tajemnic sukcesu.

– Podczas wakacji przewija się tutaj około 800 dzieci z całego kraju. Program przewiduje naukę prawd wiary w wydaniu ekumenicznym, poznawanie tradycji narodowych oraz zasad życia społecznego. Jest dużo sportu i oczywiście rozrywka. Widzicie ten kościół na górze? – pyta siostra.

– Każdego roku, wielu uczestników przyjmuje na zakończenie wakacji chrzest. Proboszcz ormiańsko-apostolski chrzci swoich, katolicki swoich. Ja daję obu na ofiarę.

Pomimo oficjalnego rozdziału Kościoła od państwa, władze propagują otwarcie wartości chrześcijańskie, widząc w tym skuteczny sposób na odrodzenie społeczeństwa.

Wystarczy wyjechać na ważniejszą drogę. Oto na pierwszej planszy, pomiędzy reklamą telefonów i kredytów bankowych, matka z niemowlęciem. U dołu napis wielkimi literami: „życie”. Druga ukazuje księdza, który chrzci dziecko. Na kolejnej absolwent uczelni otrzymuje dyplom. Podpisane: „powodzenie”. Kilometr dalej dyrektor ściska rękę podwładnego: „sukces”. Wreszcie młoda para w dniu ślubu kościelnego. Napis: „wierność”. Czas pokaże, czy reklama przyniesie efekty.

Niezależnie od tego, w ważniejszych sanktuariach widać ożywienie. Poszukiwanie wartości duchowych stało się prawdziwym fenomenem ostatnich lat. Ludzie pielgrzymują całymi rodzinami, od niemowlaków na ramionach rodziców, po dziadków.

Do niektórych miejsc trudno jest dotrzeć. Parę razy o mało nie rozbiliśmy użyczonego nam auta na kamienistych wertepach. Wokół puszcza, podobno pełna niedźwiedzi, droga biegnie po krawędzi głębokiego kanionu, aż tu nagle wyłania się wieża starożytnego monasteru. Takie położenie uratowało niejeden obiekt sakralny przed zburzeniem. Nie oszczędzono niestety Erewania, gdzie najpiękniejsze kościoły i stare dzielnice zostały rozebrane do fundamentów. Za bardzo rzucały się w oczy, przypominając burżuazyjne czasy. Miasto jest przez to mało atrakcyjne z turystycznego punktu widzenia. I pomyśleć, że liczy sobie tyle lat co Rzym.

Najciekawszym obiektem jaki można zobaczyć w stolicy, jest biblioteka narodowa Matenadaran. Zgromadzono w niej ponad 17 tys. bezcennych kodeksów. Są księgi Pisma Świętego i dzieła Ojców Kościoła, traktaty z nauk humanistycznych i ścisłych, zdobione przepięknymi miniaturami, o kolorach tak żywych, jakby zostały namalowane wczoraj. Niemal każdy klasztor ormiański miał swoje skryptorium, gdzie pracowali kopiści poligloci. Księgi przechowywano następnie w glinianych wazach zakopanych w ziemi, co chroniło je przed pożarami i złodziejami. Czas jednak robił swoje. Teraz czuwa nad nimi sztab specjalistów.

Szczególną troską otaczane są egzemplarze Pisma Świętego. Mają one dla Ormian podobne znaczenie jak ikony dla prawosławnych. W potocznym języku Biblia nazywa jest „tchnieniem Boga”. Stąd nawet podczas czystek etnicznych ludzie troszczyli się bardziej o święte księgi niż o własne życie. Gdy Turcy zmuszali ich pod groźbą śmierci do przejścia na islam, odpowiadali zgodnie: „Mamy Ewangelię za Ojca i Kościół ormiański za matkę”. Dzisiaj coraz częściej deklarują to samo.

K. N.