lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
WRZESIEŃ 2008
nr 9/2008

Armenia zawsze wierna (I)

Upał – pewnie z 40°C, a przed nami ośnieżony szczyt Araratu. To nie fatamorgana. Góra znajduje się niemal na wyciągnięcie ręki, tyle że po tureckiej stronie granicy, a my jesteśmy w Armenii. Z powodu braku przejść granicznych pomiędzy obu krajami nie można się do niej niestety zbliżyć.

– Dlaczego umieściliście Ararat w herbie waszego kraju ? – pytają Turcy – przecież jest nasz.

– Najpierw powiedzcie, dlaczego macie w godle narodowym księżyc – odpowiadają Ormianie – on na pewno nie należy do Turcji.

Jedni i drudzy doskonale znają historię tego regionu. Przed wiekami, góra Ararat znajdowała się niemal w środku królestwa Armenii. Rozciągało się ono, co trudno sobie dzisiaj wyobrazić, od Morza Śródziemnego, po Kaspijskie. Musiało bronić swoich granic przed Persami, Rzymianami, Bizantyjczykami i Turkami, aż w pewnym momencie znikło zupełnie z mapy świata. Obecne granice ustalono w 1918 roku, kiedy Armenia odzyskała niepodległość. Na krótko, gdyż wkrótce potem stała się jedną z republik radzieckich i dopiero od 1991 roku cieszy się znowu niezależnością. Według statystyk kraj liczy 3 mln mieszkańców. Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnich latach ponad 20 % wyjechało w poszukiwaniu pracy za granicę.

Kiedy wracają na wakacje do ojczyzny, mają nieraz po trzy paszporty. To wynika z ich życiowej zaradności i bardzo łatwej asymilacji w każdym miejscu. Przede wszystkim, czują się jednak Ormianami i chrześcijanami, choćby nawet nie byli ochrzczeni. Ta ignorancja wynika z wieloletniej komunistycznej ateizacji, lecz wiara w Chrystusa stanowi bez wątpienia fundament narodowej tożsamości. Ormianie powtarzają często, że chrześcijaństwo jest dla nich jak kolor skóry, którego nie sposób zedrzeć. Takie oświadczenie złożył przed bitwą z Persami, w odległym 451 roku, generał Vardan Mamikonian. Chcieli oni narzucić Ormianom wyznawaną przez siebie religię mazdejską. Mamikonian poległ w owej pamiętnej batalii pod Avarayr, lecz ocalił swój kraj. Znalazł rzesze naśladowców, praktycznie aż do naszych czasów, którzy woleli śmierć niż zaparcie się wiary.

Słowa Ewangelii zabrzmiały na ziemi ormiańskiej wkrótce po wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Tradycja przypisuje założenie pierwszych wspólnot chrześcijańskich Świętym Apostołom Tadeuszowi i Bartłomiejowi. Misjonarzowali oni w drugiej połowie I-go wieku na południu kraju (dzisiejsza Turcja), po czym udali się do Mezopotamii. Ich uczniowie kontynuowali głoszenie nauki Chrystusa, pomimo wrogiego nastawienia dworu królewskiego.

Przełom dokonał się na początku IV wieku za sprawą św. Grzegorza Oświeciciela. Pochodził on ze znakomitego rodu, który splamił się niestety zabójstwem króla. Z tego powodu cała rodzina przebywała na uchodźstwie w Kapadocji. Tam właśnie zetknął się Grzegorz z Kościołem i przyjął chrzest. Gdy tylko wkroczył w wiek dojrzały, postanowił odkupić grzech ojca królobójcy. Pomyślał sobie, że najlepszym na to sposobem będzie podjęcie się pracy misyjnej w Armenii. Największym darem jaki można zrobić drugiemu człowiekowi jest przecież doprowadzenie go do Chrystusa.

Królewscy agenci nie mieli problemów z odkryciem tożsamości misjonarza. Jego życie zawisło na włosku. Można było tylko snuć domysły w jaki sposób odpokutuje za winę ojca. Natychmiastowe zgładzenie wroga nie jest na Wschodzie wystarczającą karą. Trzeba go najpierw poniżyć, upodlić, wytoczyć zeń ostatnią kroplę krwi. Wtedy sam poprosi o śmierć. Dokładnie w ten sposób postąpiono z Grzegorzem. Po długich torturach wrzucono go do wyschłej studni, gdzie kłębiły się jadowite żmije.

W miejscu tym, nazywanym Khor Virap, stoi kamienny kościół z przylegającym doń klasztorem. Świątynia jest typowym przykładem architektury ormiańskiej. Bryła na planie krzyża greckiego przykryta spiczastą kopułą, nieliczne malowidła, prezbiterium podniesione przynajmniej o metr względem reszty wnętrza. Sanktuarium prezentuje się wręcz bajkowo na tle ośnieżonego Araratu.

Płynący po plecach pot, nie sprzyjał kontemplacji pięknych widoków. Zrobiliśmy tylko kilka pamiątkowych zdjęć. Nagle w drzwiach wyjściowych kościoła ukazał się niezwykły orszak. Najpierw czarny baran, ciągnący za sobą na postronku odświętnie ubranego mężczyznę. Za nim szła kobieta z dzieckiem w przybranym złotymi kokardami beciku, dalej kilkuosobowa grupa ludzi, najwyraźniej rodzina.

– O, Amerykanie! – zawołał mężczyzna, usiłując powstrzymać wyrywającego się rozpaczliwie barana. – Chcecie zrobić sobie z nami zdjęcie? Proszę bardzo !

Okazało się, że właśnie ochrzcili dziecko. Żeby dopełnić tradycji, musieli jeszcze tylko zabić barana, który najwyraźniej czuł, co się święci.

– Taka ofiara nazywa się „matagh” – tłumaczy ks. Petros Jesajan z Ordynariatu dla ormian katolickich, który towarzyszy nam na każdym kroku.

– Składa się ją przy okazji świąt, chrztów, ślubów lub na zakończenie pielgrzymki. Mięso z zabitego zwierzęcia (owcy, kozy, czy koguta), zostanie potem przyrządzone i rozdane ubogim… Wszyscy u nas tak robią! – dodaje na wszelki wypadek.

Podobne sytuacje zobaczymy jeszcze kilka razy. Najpierw, w kościele, odbywa się liturgiczne oczyszczenia zwierzęcia: kapłan odmawia psalmy pokutne i modli się o potrzebne łaski. Sama ofiara składana jest poza murami świątyni, na specjalnym podium z bieżącą wodą, bo musi być higienicznie. Jakby nie patrzeć, taka ludowa pobożność zacieśnia relacje z Bogiem i z ludźmi.

Docieramy wreszcie do studni, która z woli króla Tiridatesa III miała stać się grobem nieszczęsnego Grzegorza. Miała...., lecz wszystko potoczyło się inaczej. Jadowite węże nie zrobiły mu krzywdy, zaś pewna pobożna chrześcijanka ocaliła go od śmierci głodowej, przynosząc ukradkiem jedzenie.

Tylko nieliczni śmiałkowie, w tym najmłodszy z naszej grupy, schodzą na dno studni, po pionowej metalowej drabince. Jest głęboka, wąska, wewnątrz brakuje powietrza. Tym większy podziw należy się św. Grzegorzowi, który przesiedział w niej aż 13 lat. Król Tiridates znalazł się tymczasem w poważnych kłopotach. Zauroczony pięknem chrześcijanki Hrip´sime próbował ją uwieść. Dziewczyna pochodziła z Rzymu, gdzie doświadczyła już prześladowań za wiarę. Nie miała najmniejszego zamiaru łamać Bożych przykazań. Rozgniewany król skazał ją więc ze współtowarzyszkami na śmierć. Prawie natychmiast zapadł na straszliwą chorobę, jego twarz przybrała odrażające rysy zwierzęcia i całymi dniami błąkał się samotnie po lasach. Wtedy przypomniał sobie o Grzegorzu uwięzionym w studni. Dzięki jego interwencji odzyskał zdrowie i poprosił o chrzest. Zaraz potem, a stało się to około 301 roku, król ogłosił chrześcijaństwo religią państwową. Grzegorz zyskał sobie natomiast przydomek „Oświeciciela”, gdyż rozproszył mroki pogaństwa.

Trzeba było jednak jeszcze wiele wysiłków zanim Armenia przyjęła na dobre wiarę Chrystusową. Metropolita Cezarei Kapadockiej udzielił Grzegorzowi święceń biskupich i dał mu do pomocy misjonarzy. Również król Tiridates włączył się aktywnie w ewangelizację. Ufundował liczne kościoły i klasztory, przez co po śmierci zaliczono go do grona świętych.

Grzegorz ustanowił swoją siedzibę 20 km od Erewania, będącego już wówczas stolicą kraju. Nazwał to miejsce Eczmiadzyn, dosłownie „Jednorodzony zstąpił”, gdyż sam Chrystus kazał mu tam pobudować katedrę.

Kiedy u schyłku życia osiadł w pustelni na górze Sepuh, jego obowiązki przejął syn Aristakes. Po nim przyszli wnukowie i prawnukowie. Dziedziczenie urzędu z ojca na syna, trwało do 438 roku. Od tamtego czasu zwierzchnika apostolskiego Kościoła ormiańskiego wybierają przedstawiciele duchowieństwa i świeckich.

Karekin II jest 132. Najwyższym Patriarchą i Katolikosem wszystkich Ormian. Tak brzmi oficjalny tytuł biskupów zasiadających na historycznej katedrze w Eczmiadzynie. O jego słuszności przekonaliśmy się, oczekując na spotkanie z Jego Świątobliwością. Chodzi głównie o słowa „najwyższy” oraz „wszystkich”. Ludzie wychodzący z audiencji u Katolikosa rozmawiali różnymi językami. Przeszło 6 mln Ormian uznaje Karekina II za swojego duchowego zwierzchnika. Bywa nawet, że muzułmanie z ormiańskim rodowodem proszą go o pomoc w budowie meczetu.

Z prawnego punktu widzenia Eczmiadzynowi podlegają patriarchaty ormiańskie w Jerozolimie i Konstantynopolu, natomiast Katolikos Cylicji, rezydujący w libańskim Anteliasie, jest niezależny. Raz na siedem lat, biskupi ormiańscy z całego świata, zjeżdżają się do historycznej stolicy św. Grzegorza Oświeciciela, żeby dokonać konsekracji oleju krzyżma (mironu). Zabierają go potem do swoich diecezji, jako znak uświęcenia i jedności. Taka uroczystość odbędzie się 28 września, w tym samym dniu co beatyfikacja ks. Michała Sopoćki.

– Chcę podarować Waszej Świątobliwości książkę o Bożym Miłosierdziu – powiedział na przywitanie ks. Arcybiskup.

Katolikos przewrócił z zaciekawieniem kilka stron. – O Bożym Miłosierdziu... to dzisiaj bardzo ważne. cdn.

K. N.