lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
WRZESIEŃ 2008
nr 9/2008

Droga do beatyfikacji

Rozmowa z ks. Henrykiem Ciereszko, biografem Sługi Bożego ks. Michała Sopoćki

Archidiecezja Białostocka żyje przygotowaniami do beatyfikacji Sługi Bożego ks. Michała Sopocki. Poprzedził ją proces beatyfikacyjny. Ksiądz uczestniczył przez wiele lat w pracach związanych z tym procesem. Napisał biografię ks. Sopocki do potrzeb procesu.

Jak to się dzieje, że podejmuje się proces beatyfikacyjny konkretnej osoby? Jakie muszą być spełnione warunki, aby rozpocząć taki proces?

W środowiskach ludzi wierzących zdarza się, że mówi się o czyimś świętym życiu, o poświęceniu Bogu i ludziom, nadzwyczajnej miłości Boga i ludzi. Wierzy się, że dana osoba może więcej uprosić u Boga. Pojawiają się głosy, nieraz wprost wyrażane prośby wobec władz kościelnych, aby taką osobę wyróżnić, przedstawić jako wzór do naśladowania. I tu gdzieś należy dopatrywać się początku tego, co formalnie potem przyjmuje kształt procesu beatyfikacyjnego w Kościele. Oddolnie ze strony społeczności wiernych wypływa pragnienie, aby uczcić daną osobę, uznać za świętą, a władza kościelna odpowiadając na te oczekiwania podejmuje działania, najpierw wstępne, prowadzące do rozeznania warunków wymaganych do podjęcia procesu beatyfikacyjnego i po upewnieniu się, że takie zachodzą, formalnie wszczyna proces beatyfikacyjny.

Warunki potrzebne do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego, to wyraźne powszechne przekonanie o świętym życiu danej osoby, istnienie oznak wypraszania łask od Boga przez wstawiennictwo tej osoby – jest to jakby głos ludu wiernego, czy piękniej mówiąc głos Kościoła. Natomiast od strony władzy kościelnej dochodzi jeszcze rozeznanie, że ukazanie postaci przez ogłoszenie świętą, przyczyni się do odnowienia wiary, ożywienia życia wspólnoty wierzących.

A jak było z rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego księdza Sopoćki? Czym ks. Sopoćko szczególnie się wyróżniał? Może tym, iż był spowiednikiem św. Faustyny Kowalskiej?

Do rozpoczęcia procesu doszło przez ujawnienie się wskazanych powyżej ogólnie okoliczności. Przekazano, że już na Jego pogrzebie mówiono o nim: to był święty kapłan. Czyli można powiedzieć, że umierał w opinii świętości. Księdza Sopoćkę wyróżniało niewątpliwie to, że był niestrudzonym głosicielem prawdy Miłosierdzia Bożego. Z historii jego życia wynik - zwłaszcza w wymiarze wewnętrznym, czyli tym, który dotyczy, drogi jego wiary, współpracy z łaską Bożą, otwartości na Boże natchnienia, oddania całkowicie sprawom Bożym - że był przygotowany przez Boga do swej misji życiowej: apostolstwa Miłosierdzia Bożego, a wcześniej wybranym do roli spowiednika świętej wizjonerki. Nie wyróżnia go to, że spowiadał świętą, ale to, jak odpowiedział na Boże wezwanie do posługi wobec niej i misji głoszenia prawdy Miłosierdzia Bożego. Zadanie to wykonał w sposób heroiczny, a przez osobisty wysiłek współpracy z łaska Bożą rozwinął w sobie głębokie i bogate życie chrześcijańskie zgodnie ze swym kapłańskim powołaniem, czyli osiągnął świętość życia.

Gdy zaś chodzi o stronę formalnych już działań i procedur kościelnych, to do Kurii Arcybiskupiej w Białymstoku, po kilku latach od śmierci ks. Sopoćki, zaczęły napływać prośby o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, świadectwa o otrzymanych łaskach przez Jego wstawiennictwo. To dało podstawy biskupowi Edwardowi Kisielowi, by tę sprawę oficjalnie podjąć. W lutym 1987 roku przedstawił ją postulatorowi polskich spraw beatyfikacyjnych w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie, który ją przyjął i udzielił pełnomocnictwa do przygotowania procesu w diecezji ks. Stanisławowi Strzeleckiemu, mianując go wicepostulatorem procesu. Tego zaś zadaniem było zebranie wszelkiej dokumentacji dotyczącej osoby ks. Sopoćki, jego pism, korespondencji, wspomnień o nim, informacji o opinii świętości i łaskach za jego wstawiennictwem, a także przygotowania listy świadków, czyli osób znających księdza, które poświadczyłyby o jego świątobliwym życiu. Następnie biskup Kisiel po uzyskaniu pozytywnej opinii ze strony Episkopatu Polski o stosowności przeprowadzenia procesu beatyfikacyjnego, zwrócił się z prośbą do prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie o zezwolenie na rozpoczęcie procesu na szczeblu diecezjalnym. Stolica apostolska nie wniosła żadnych zastrzeżeń i tak została otwarta droga do formalnego otwarcia procesu beatyfikacyjnego w diecezji. Biskup Kisiel powołał trybunał, który miał przeprowadzić dochodzenie kanonizacyjne w diecezji, czyli przesłuchać świadków. Uroczysta inauguracja procesu nastąpiła 4 grudnia 1987 roku, kiedy to odbyła się pierwsza publiczna sesja wstępna, powołanego wcześniej trybunału.

A jak przebiegały już wprost prace procesowe? Jak długo trwały? Kim byli świadkowie? Czy były jakiś trudności, przeszkody?

Sesje trybunału w większości poświęcone były przesłuchaniom świadków. Powołano 67 świadków. Świadkami były osoby znające Sługę Bożego w różnych okresach jego życia. Krewni ks. Sopoćki, siostrzeńcy, bratanice, księża, których uczył jako profesor w seminarium duchownym w Wilnie i w Białymstoku, osoby świeckie, które związane były z Nim przez jakieś wspólne dzieła np. przez apostolstwo Miłosierdzia Bożego, siostry zakonne ze zgromadzenia, które założył. Składali oni zeznania według opracowanego przez wicepostulatora formularza. Pytano o znajomość życia ks. Sopoćki, Jego dokonania, a przede wszystkim o Jego życie według cnót chrześcijańskich, czyli o postawę wiary, miłości Boga i bliźniego, o Jego ufność do Boga, o sprawiedliwość, posłuszeństwo, roztropność, itd. Były też sesje dotyczące skompletowania całej dokumentacji, oceny pism – czy nie było w Jego nauczaniu jakiegoś błędu przeciw wierze. Zgodnie z procedurą procesową dokonano 30 XI 1988 roku ekshumacji ciała ks. Sopoćki i przeniesienia z cmentarza farnego w Białymstoku, gdzie był pogrzebany, do budującego się kościoła Miłosierdzia Bożego na Białostoczku. Specjalnych przeszkód, czy trudności nie było, ale prace trybunału pochłaniały wiele czasu i wnikliwej uwagi jego członków, ażeby jak najpełniej wydobyć prawdę o życiu i świętości Sługi Bożego, a także, aby nie przeoczyć czegoś. Z każdej sesji sporządzany był szczegółowy zapis zeznań świadków, już to wymagało czasu i pracy. Łącznie odbyły się 72 sesje robocze. Specyficzny charakter i symboliczną wymowę miała ostatnia zamykająca proces na szczeblu diecezjalnym sesja trybunału. Wyznaczono ją na dzień imienin Sługi Bożego, tj. 29 IX 1993 roku. Tak się złożyło, że w przeddzień tej daty, zmarł - wtedy już - arcybiskup Edward Kisiel, który położył wielkie zasługi dla wszczęcia procesu i bardzo się troszczył o jego przebieg. Rozpoczęte przez niego dzieło dopełniało się przy innej już jego obecności, kiedy to jego ciało spoczywało w, sąsiadującej z salą posiedzenia trybunału, kaplicy.

Najważniejszym punktem kończącej sesji było komisyjne opieczętowanie całego materiału procesowego zebranego przez czas trwania procesu, w tym głównie zeznań świadków. Dodać trzeba, że wszystko zostało wcześniej przetłumaczone na język włoski, a obejmowało – powiedzmy – tylko około tysiąca stron. Tak sporządzone akta procesowe zostały w niedługim czasie dostarczone do Rzymu do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Tak szczegółowo Ksiądz opowiada, czy więc był Ksiądz uczestnikiem tych prac? Może pełnił jakąś ważną rolę w procesie?

W pracach trybunału nie brałem udziału. Nie byłem formalnie wyznaczony do konkretnej funkcji, ani też nie miałem specjalnej nominacji ze strony diecezji, tym bardziej Kongregacji. A związek mój z procesem rozpoczął się od jakby przypadkowej rozmowy przy obiedzie z ks. profesorem Strzeleckim, diecezjalnym postulatorem sprawy, niedługo po rozpoczęciu mojej pracy w seminarium duchownym w 1990 roku. Ksiądz profesor zagadnął mnie: a może by ksiądz napisał krótką biografię ks. Sopoćki do procesu beatyfikacyjnego. Materiały są zebrane, tylko siąść i pisać. Z tej zapowiedzi wyglądało to na dość proste zadanie. A z tego może być potem książka – ciągnął dalej profesor. Nie miałem wtedy jeszcze wiele zajęć, zostać autorem książki, to pobudziło trochę moją ambicję, ale też przede wszystkim trudno było odmówić swemu profesorowi. No i też były i szlachetniejsze motywy. Skoro jest potrzeba zrobienia czegoś dla diecezji, dla beatyfikacji, więc dlaczego odmawiać. No i otwierała się swoista przygoda spotkania się z niezwykłą postacią, wybitnego kapłana, kandydata na ołtarze. Powiedziałem tak. I tak się zaczęło.

Jaka więc była moja rola w procesie! Najogólniej mówiąc opracowywałem materiały, które „stworzył” proces. W tym najistotniejsze i najbardziej pracochłonne było pisanie krytycznej (czyli źródłowo udokumentowanej) biografii Sługi Bożego. Z zapowiadanych kilkudziesięciu stron, rozrosła się do ok. 500. Bowiem należało ukazać życie i działalność ks. Sopoćki w kontekście historycznym, religijnym, kulturowym i społecznym. Ponadto wniknąć w sferę Jego wiary, życia duchowego, a więc przedstawić sylwetkę duchową, odpowiadając na pytanie, czy rzeczywiście była to święta osoba. To trzeba było wydobyć z analizy wydarzeń Jego życia, dokonań, oraz wyczytać w jego własnych refleksjach duchowych odnotowanych w „Dzienniku”, który prowadził i „Wspomnieniach z przeszłości”, Jego dziełach spisanych, korespondencji, a także w zeznaniach świadków procesowych.

Poza biografią uczestniczyłem jeszcze w redagowaniu tzw. „positio”, tj. księgi zawierającej: opis prowadzenia procesu, krytyczną biografię oraz opis życia Sługi Bożego według cnót chrześcijańskich. Taka księga jest przedstawiana w Kongregacji komisjom teologów i kardynałów, które orzekają, czy faktycznie kandydat na ołtarze żył według cnót chrześcijańskich w stopniu heroicznym. Na początku roku 2002 przyszły z Rzymu wieści, że jeśli do końca maja tegoż roku udałoby się dostarczyć do kongregacji „positio”, to jawią się szanse, na dokonanie beatyfikacji ks. Sopoćki w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach podczas wizyty papieskiej planowanej na sierpień tegoż roku. Tymczasem wszystko było w przysłowiowym proszku. I to był może jeden z „cudów” ks. Sopoćki, bo w przeciągu niecałych trzech miesięcy powstała ponad 1000-stronicowa księga we włoskim tłumaczeniu.

To taki był mój udział w pracach procesu. Cieszę się, że mogłem coś uczynić dla tej pięknej sprawy.

To bardzo interesujące, co Ksiądz opowiada. Ale wróćmy jeszcze do przebiegu procesu po przekazaniu akt do Kongregacji w Watykanie, i jak ostatecznie doszło do oczekiwanej beatyfikacji?

To może już tylko konkretne daty i etapy procesu na szczeblu Kongregacji. W 1995 roku Kongregacja po zbadaniu akt, wydała dekret o przyjęciu procesu na szczeblu diecezjalnym. Od tego momentu zależało wszystko od możliwości czasowych pracowników Kongregacji, jako, że prowadzone są setki procesów beatyfikacyjnych i czeka się w kolejce na podjęcie spraw. A od nas, czyli diecezji, zależało na kiedy dostarczone będzie „positio” oraz przeprowadzone odrębne dochodzenie, dokumentujące cud za przyczyną Sługi Bożego. Udowodniony cud jest niezbędnym warunkiem do beatyfikacji. O opracowywaniu „positio” już opowiedziałem. Dotarło ono rzeczywiście do Kongregacji w na początku czerwca 2002 roku. Wtedy też udało się przeprowadzić proces o cudzie. Wracając jeszcze do owej szansy beatyfikacji w Łagiewnikach w 2002 roku. Udało się nam dostarczyć niezbędne materiały („positio” i dokumentację cudu). Ale jak już wspomniałem „moce przerobowe” Kongregacji niestety nie były w stanie przygotować beatyfikacji. Ale owa wieść z Rzymu na początku 2002 roku okazała się o tyle opatrznościowa, że zmobilizowała nas do błyskawicznego opracowania „positio” i przeprowadzenia dochodzenia o cudzie. Czyli w tym momencie wszystko było już ostatecznie przygotowane dla Kongregacji do orzeczenia heroiczności cnót Sługi Bożego i zatwierdzenia cudu. I trzeba powiedzieć, że nam się poszczęściło. W 2004 roku 20 grudnia ogłoszony został dekret Kongregacji, zatwierdzony przez Papieża, o heroiczności cnót Sługi Bożego, a w trzy lata później 17 grudnia 2007 roku, podobny dekret dotyczący cudu. Droga do beatyfikacji została otwarta. W styczniu 2008 roku Benedykt XVI zatwierdził datę i miejsce beatyfikacji. I tak czekamy na tę radosną uroczystość, oczywiście też duchowo do niej się przygotowując, miedzy innymi przez peregrynację obrazu Jezusa Miłosiernego.

Rozmawiała Anna Łukaszewicz

Przedruk z Miesięcznika Społeczno­‑Informacyjnego Mieszkańców Gminy Juchnowiec Kościelny „Nasza Gmina”