lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
SIERPIEŃ 2008
nr 8/2008

Życie jest niewinne

Skurcze były w coraz bardziej regularnych odstępach czasu. Za każdym razem jak przychodziły, mocno bolało. Czuła wtedy jakby jej ciało, bez jej woli, samo przygotowywało się do porodu. Na razie jednak dało się to wszystko wytrzymać. Położne zostawiły ją samą, każąc siebie przywołać, kiedy skurcze będą częstsze. Samotność, w tej sytuacji, wcale nie była przyjemna. Wolałaby, żeby ktoś teraz przy niej był, pocieszył, dodał otuchy. Rodzice nie mogli być jednak przy niej ponieważ sala porodów rodzinnych była zajęta i musiała rodzić na sali, na którą nie wpuszczano bliskich. Tak więc była sama. Sam na sam z własnym strachem i złymi wspomnieniami, które właśnie teraz zaczęły napływać do jej głowy jak jakaś wysoka, ciemna fala.

W myśli zobaczyła bardzo wyraźnie, szczegółowy przebieg wydarzeń, jakie miały miejsce dziewięć miesięcy temu, tamtego najgorszego wieczoru w jej życiu. Widziała siebie jak wraca z 18 urodzin od Karoliny, koleżanki z klasy. Była wtedy taka beztroska, jeszcze cała rozgrzana od wesołych tańców z przyjaciółmi, cała w skowronkach. Do domu było już niedaleko. Wystarczyło jeszcze tylko przejść dookoła parku, albo krótszą drogą - przez park. Przystanęła na chwilę, zastanawiając się, którą drogę wybrać. Było już ciemno, nigdzie ani żywej duszy. Przez park, trochę strach. Ale z drugiej strony tyle razy tędy chodziła i nic się jej złego nie stało. Nie ma się czego bać, przez park będzie bliżej – zdecydowała i poszła. Nie uszła stu metrów, jak usłyszała za sobą szelest poruszonych gałęzi. Obejrzała się. Z krzaków wyłonił się jakiś cień i zaczął się do niej zbliżać. Przyspieszyła kroku, aby jak najszybciej pokonać dystans oddzielający ją od końca parkowej alei. Nigdy nie wydawała się jej ona, tak przerażająco długa. Nagle, poczuła że ktoś ją chwyta jedną ręką za szyję, drugą zatyka jej usta i powala na zimny asfalt. Wszystko działo się momentalnie. Zdążyła jedynie zapamiętać, że twarz napastnika była zakryta kominiarką, i poczuć na swojej twarzy jego oddech przesycony nieznośnym fetorem alkoholu. Potem chwycił ją za głowę i uderzył nią w twardy asfalt. Wszystko zawirowało, zrobiło się zupełnie ciemno.

Kiedy odzyskała przytomność, pierwsze co zobaczyła, to pochylone nad sobą cierpiące i pełne miłości twarze rodziców. Usiłowała podnieść się ze szpitalnego łóżka, jednak nie dała rady. W głowie jej wirowało, wszystko bolało. Jednak najgorszy ból przyszedł później, kiedy dotarła do niej świadomość, co jej zrobił ten potwór. Zło, którego doznała, jak czarna plama oleju rozlała się na jej czystej duszy. Nienawiść wdarła się do serca. Znienawidziła najpierw swojego oprawcę, później to dziecko, które nosiła poprzez jego zbrodnię w swym łonie. A na koniec siebie i cały świat. Próbowała targnąć się na własne życie, więc przeniesiono ją na oddział zamknięty. Była pod ciągłą troskliwa opieką.

Gdy tylko doszła do jako takiego zdrowia, zdecydowała że to dziecko, które poczęło się wskutek gwałtu, nie może żyć. Nie czuła się matką tego dziecka, gdy o nim myślała, widziała tylko czarną kominiarkę, i wyzierające z niej oczy pełne zła.

Któregoś razu, kilka dni przed zaplanowanym terminem aborcji, snując się szpitalnymi korytarzami, sama nie wiedząc jak, znalazła się na oddziale porodowym. Ze stanu otępienia, który był jej najczęstszym stanem umysłu od czasu tragedii, wyrwał ją nagle płacz niemowlęcia. Coś ukuło ją w serce, dreszcz przeszedł po całym ciele. Jakby za głosem jakiegoś zaczarowanego fletu, zaczęła iść w stronę, z której dochodził ten dziwny płacz - jakby wołanie. Stanęła w otwartych drzwiach sali, na której pielęgniarka myła niemowlę. Kiedy tylko spojrzała na nie, ono przestało płakać, odwróciło swoją malutką główkę w jej stronę i w milczeniu spojrzało jej prosto w oczy.

To wydarzenie sprawiło, że pomimo silnych leków nasennych, nie mogła całą noc zasnąć. Lecz o dziwo nie męczyły ją żadne koszmary, jak to było każdej poprzedniej nocy. Czuła przyjemną ulgę, czarną kominiarkę zastąpiła malutka twarzyczka niemowlęcia, a złe oczy oprawcy, oczęta pełne pokoju i miłości. Wróciły piękne wspomnienia jej szczęśliwego dzieciństwa, przypomniała sobie o kochających ją ludziach, rodzicach, rodzeństwie, dziadkach. Przypomniała sobie o Bogu. Zaczęła się modlić – i płakać. Łzy zmywały rudą rdzę z jej oczu, oczyszczały duszę. Rano oświadczyła lekarzom, że się rozmyśliła i jednak urodzi to dziecko. Postanowiła, że odda je jakimś kochającym rodzicom do adopcji.

Skurcze zaczęły być częste i coraz bardziej bolesne. To wyrwało ją ze świata wspomnień. Zawołała położne. Te zaraz przyszły i po krótkim badaniu stwierdziły, że już się zaczęło. Pomogły jej położyć się na specjalne łóżko porodowe. Okropnie się bała. Silny ból odbierał jej świadomość, co się z nią właściwie dzieje. Nie wiedziała co ma robić. Wprawdzie przed porodem chodziła na kurs do szkoły rodzenia, ale w sytuacji obecnego cierpienia, jakby o wszystkim zapomniała. Na szczęcie były przy niej doświadczone położne, które krzyczały jej do ucha wyraźne komendy – przyj albo oddychaj. Posłusznie starała się wykonywać te polecenia. Jak długo to trwało, nie miała pojęcia, zdawało się jej, że bez końca. Jednak w pewnym momencie poczuła, że dziecko z niej wyszło. Mocny ból nagle ustał. A kiedy otworzyła zaciśnięte powieki, zobaczyła że położna trzyma na rękach malutkiego człowieczka, czerwonego od krwawego śluzu, który go pokrywał. Za chwilę usłyszała jego pierwszy krzyk. Dla niej brzmiał on jak najpiękniejszy śpiew nowego życia. Położna położyła delikatnie malca na jej brzuchu, a ten instynktownie, niemal od razu, zaczął szukać pokarmu. Trochę mu pomogła, niemowlę nieporadnie przyssało się do jej piersi. Opanowało ją błogie odprężenie, czuła jak ból zsuwa się w jej świadomości na drugi plan, a jego miejsce zajmuje uczucie, jakiego nigdy wcześniej nie doznała. Było ono tak silne, że ten ogromny wysiłek i wszystkie nieznośne cierpienia jakie nią jeszcze przed chwilą targały poszły momentalnie w niepamięć. Teraz liczyło się tylko to dziecko i więź jaka ją z nim łączyła. Zrozumiała, że nie potrafi, że nie chce jej zerwać.

Adam Białous