lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LIPIEC 2008
nr 7/2008

Niezwykłe oblicze

Ojciec Carmine Cucinelli, gwardian kapucyńskiego klasztoru w Manoppello, prowadzi mnie do swojego biura. – Teraz opowiem jak powstaje bisior. Wyciąga z szafy dużą, niemal półmetrową muszlę, poczym opiera ją pionowo na stole. – Każda małża wytwarza kleisty śluz. Wybiera sobie dogodne miejsce na głębokości około 6-10 m i przy pomocy tej wydzieliny przyczepia się do piasku lub skały. Na zrobienie metra kwadratowego bisioru potrzeba kilkuset muszli. Wydobyty z nich śluz podlega kilkakrotnemu płukaniu, aż zrobi się elastyczny. Tak uzyskany produkt jest starannie rozczesywany, następnie przędzie się zeń nici które trafiają do warsztatu tkackiego.

Obok leży pudełko włókien o brunatno-złocistej barwie. Kiedy zabieram na pamiątkę niepozorny kłaczek, czuję na sobie karcący wzrok zakonnika. Trudno nie przyznać mu racji, bo gdyby wszyscy postępowali podobnie musiałaby wydać fortunę. Producentów bisioru można bowiem dzisiaj policzyć na palcach jednej ręki. Starożytni nazywali go jedwabiem morskim, lecz w rzeczywistości jest o wiele delikatniejszy i niemal przeźroczysty, o złotym połysku.

Ojciec Carmine bierze do rąk skrawek materiału. – Z okazji wizyty papieża Benedykta XVI, 1 września 2007 roku, postanowiliśmy podarować mu bisiorową zakładkę do książki. Napisałem na niej mazakiem imię Ojca Świętego, ale po kilkunastu minutach znikło. Na bisiorze nie sposób czegokolwiek namalować, można go co najwyżej rozjaśnić, zanurzając w soku cytrynowym.

Wykład o tej szlachetnej tkaninie nie jest przypadkowy. W Manoppello znajduje się niezwykły wizerunek Chrystusa na chuście z bisioru, o wymiarach 24 cm x 17 cm. Światowej sławy historyk sztuki ojciec Heinrich Pfeiffer, SJ twierdzi, że pochodzi ona z Grobu Pańskiego, podobnie jak całun, nazywany „turyńskim”. Wspomina o tym w swojej Ewangelii św. Jan Apostoł, opisując widok Grobu po Zmartwychwstaniu Chrystusa. Jan był tam osobiście razem z Piotrem dlatego jego świadectwo jest wyjątkowo cenne. „Nadszedł potem także Szymon Piotr … Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na innym miejscu” (J 20, 6-7). Nietrudno sobie wyobrazić, że kosztowna chusta należała do Matki Bożej albo do jednej z pobożnych kobiet, które posługiwały Chrystusowi. Zwyczaj zasłaniania twarzy zmarłego praktykuje się zresztą do dzisiaj. Pamiętamy dobrze ten moment z pogrzebu Papieża Jana Pawła II.

Po Zmartwychwstaniu Pana Jezusa, jego najbliżsi zachowali grobowe płótna. Przypuszczalnie za sprawą św. Jana Ewangelisty chusta znalazła się w Efezie, skąd powędrowała do Camulii w Kapadocji i dalej do Konstantynopola. Zaginęła pod koniec VII wieku, lecz już około 705 roku pojawiła się w Rzymie. Dzięki temu uratowała się przed zniszczeniem w okresie herezji obrazoburczej, choć bizantyjscy szpiedzy szukali jej po całym cesarstwie.

Tymczasem powstała opowieść o Weronice, która podczas Drogi Krzyżowej otarła Chrystusowi twarz, On zaś pozostawił jej z wdzięczności swój wizerunek. Warto przypomnieć, że „Weronika” oznacza z greckiego „prawdziwy obraz”. Imię to przylgnęło nieodłącznie do chusty, którą noszono w procesjach i wystawiano na widok publiczny, głównie podczas Roku Świętego. Średniowieczne ryciny, pełniące rolę kroniki filmowej lub jak ktoś woli telewizyjnej migawki, utrwaliły tamte chwile dla potomnych. Zachowało się ich sporo w rzymskich antykwariatach i to po zupełnie przystępnej cenie. Nawet niewprawne oko dostrzeże podobieństwo twarzy Chrystusa do wizerunku czczonego w Manoppello. W XVII wieku, ryciny i oficjalne kopie chusty sporządzane na użytek dworów królewskich, ukazują już nieco inne oblicze Pana Jezusa. Twarz jest bardziej wydłużona i ma przymknięte oczy. Skąd taka zmiana ?

Ojciec Pfeiffer ma na to wytłumaczenie: autentyczną relikwię zastąpiono kopią namalowaną z pamięci, dzisiaj niemal całkowicie wyblakłą. Chociaż czasami stosuje się takie praktyki, żeby uchronić orginał przed kradzieżą lub zniszczeniem, tutaj przyczyna była dokładnie odwrotna.

Istnieją w związku z tym różne teorie. Jedna z nich łączy zamianę chusty z „Sacco di Roma”, czyli najazdem oddziałów cesarza Karola V w maju 1527 roku. Dokonały one w Wiecznym Mieście ogromnego spustoszenia. Sam papież musiał ratować się ucieczką do Zamku Anioła, podczas gdy cudowny wizerunek Chrystusa ukryto w Manoppello, odległym od Rzymu około 170 km. Osada ta, położona w regionie Abruzzo u podnóża masywu górskiego Maiella, była wówczas całkowicie odizolowana od cywilizowanego świata. Wszystko uczyniono w tak wielkiej tajemnicy, że nawet po minięciu zagrożenia nie sposób było odnaleźć relikwii.

Inna hipoteza mówi o kradzieży. Na początku XVI wieku rozpoczęto wznoszenie nowej Bazyliki św. Piotra na Watykanie. Wraz z postępem prac budowlanych burzono mury starej świątyni i około 1608 roku przyszła kolej na kaplicę, w której przechowywana była „chusta Weroniki”. Cenna relikwia miała znaleźć się w nowym, specjalnie zaprojektowanym miejscu. Wiadomo jednak, że każdej przeprowadzce towarzyszy zamieszanie. Wykorzystał je przypuszczalnie ród Colonnów, nieprzyjazny papieżowi Pawłowi V i w ten sposób chusta trafiła do Manoppello. Tu należy dodać, że watykańscy kanonicy odrzucają wyniki badań o. Pfeiffera. W każdą V Niedzielę Wielkiego Postu ukazują relikwię wiernym i mają swoje argumenty na jej autentyczność. Pewien kanonik zwierza się jednak prywatnie – Gdybyśmy nawet byli w błędzie, nie ma problemu. Przecież Pan Bóg może udzielić swoich łask zarówno przez orginał jak i przez kopię.

Podczas Mszy św. kościół w Manoppello wypełnia się po brzegi. Są grupy pielgrzymkowe z Niemiec, Czech i USA. Nie brakuje nawet Japończyków, gdyż odkrycie ojca Pfeiffera i ubiegłoroczna wizyta papieża Benedykta XVI zrobiły temu miejscu sporą reklamę.

Pośród wiernych siedzących w ławkach rozpoznaję siostrę Blandinę Schlömer. Zafascynowana fenomenem Manoppello, postanowiła osiąść tu na stałe i przy okazji stała się sławna. Przeprowadziła szereg badań nad zbieżnością chusty z Całunem Turyńskim. Już wcześniej, stwierdzono w laboratorium, że ślady krwi na obu tkaninach mają tą samą grupę. Siostra zajęła się zewnętrznym podobieństwem wizerunków. Obie twarze pasują do siebie jak ulał co najmniej w 10-u miejscach. Różnica polega na tym, że obraz odciśnięty na Całunie przedstawia Zmarłego, podczas gdy oblicze z Manoppello można nazwać fotografią żywego człowieka. Siostra Blandine nie ma wątpliwości – To Zmartwychwstały Chrystus w momencie „przebudzenia się” ze snu śmierci. Wizerunek na całunie utworzyły krew i pot Zmarłego, wymieszane z wonnymi olejkami. Na chuście w Manoppello wszystko jest wymalowane jakby promieniami światła. A przecież laser wynaleziono zupełnie niedawno.

Oblicze Chrystusa czczone w sanktuarium jest bardzo wyraziste, pod warunkiem, że patrzy się na nie z boku. Wyraz twarzy zmienia się w zależności od natężenia światła podczas gdy oczy wędrują za tobą po całej świątyni. „O milczące oblicze Chrystusa cierpiącego i zmartwychwstałego, który gdy jest miłowany i przyjmowany, dokonuje przemiany życia” – modlił się w Manoppello papież Benedykt XVI, pomijając sprawę autentyczności wizerunku. – „Chcemy zaczerpnąć z Twoich oczu, patrzących na nas z łagodnością i współczuciem, siłę miłości i pokoju”.

W gruncie rzeczy chodzi właśnie o to, a sprawę autentyczności wizerunku zostawmy historykom.

K. N.