lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
CZERWIEC 2008
nr 6/2008

To ci sami sąsiedzi!

Przystępując do sakramentów świętych, czy też doprowadzając dzieci do ich przyjęcia, zetknęliśmy się z działalnością kancelarii parafialnej. Być może irytowały nas wymogi i ilość potrzebnych dokumentów. Po latach przekonamy się, że to wszystko jest udokumentowane, uporządkowane i nam często potrzebne. Dodatkowo, z upływem lat, wytwory kancelarii parafialnej nabierają wartości historycznej, im bardziej zamierzchłe w czasie, tym cenniejsze. Księgi parafialne, szczególnie z czasów przełomowych czy burzliwych, są bezcennym źródłem wiedzy historycznej.

Przeglądając księgi metryczne parafii Niewodnica Kościelna, między innymi z czasów II wojny światowej, zauważyłem tajemnicze i intrygujące wpisy, które skłoniły mnie do pytań i dalszych poszukiwań, a w konsekwencji do odkrycia drobnej, ale ciekawej karty historii, którą chciałbym podzielić się z czytelnikami „W Służbie Miłosierdzia”.

Do parafii Niewodnica Kościelna należy wieś Zalesiany. Miejscowość ta w dalekiej przeszłości należała do rodu Kobylińskich, zasłużonego dla Ojczyzny, bardzo patriotycznego. Kobylińscy szczególnie zapisali się w walkach Powstania Styczniowego. Za walkę o polskość i niepodległość ponieśli największe ofiary: śmierć na polu bitwy, zsyłkę na Sybir, utratę majątku. Dobra wystawiono na licytację, która z góry była przesądzona, gdyż nikt z Polaków nie mógł do niej przystąpić. Wykupił je duchowny prawosławny, a jego córka wniosła te dobra do rodziny Łoszkiejtów jako wiano małżeńskie.

Po wybuchu I wojny światowej nowi właściciele wyjechali w głąb Rosji. Po zakończeniu wojny wrócił tylko syn Borys. Był kawalerem, prowadził rozrywkowy tryb życia. Dochody z gospodarstwa nie wystarczały na życie, więc powoli zaczął wyprzedawać ziemię. Jedną z działek, około 1,5 ha, kupił Żyd z Białegostoku, Mojżesz Żagier. Wkrótce na niej wybudował skromny dom, budynek gospodarczy i zamieszkał z rodziną, żoną Szyfrą i trojgiem dzieci. Jak przystało na przedstawiciela „narodu kupieckiego” parał się handlem. Rodzina prowadziła dwa domy. Od okolicznych rolników Mojżesz skupował mleko, zawoził je do swego mieszkania w Białymstoku, i z tej jakby bazy, po rozlaniu w butelki, żona, a później także córka roznosiły dla stałych klientów. Dla rolników, gdzie nie było stałego odbioru czy zbytu produktów rolnych, jego działalność była pożyteczna. Najstarszy syn wyjechał do swej „Ziemi Obiecanej” w ramach szerszej akcji przesiedlania się Żydów z Polski. Córka Salcia wyszła za mąż, chyba nieszczęśliwie, gdyż po pewnym okresie wróciła do rodziców. Sam Mojżesz zmarł tuż przed wybuchem II wojny światowej.

Za „pierwszego Sowieta” pozostali członkowie rodziny Żagier żyli spokojnie, byli lojalni wobec sąsiadów – Polaków, nie wciągnęli się w tryby machiny komunistycznej propagandy. Dla nich gehenna rozpoczęła się po zajęciu tych terenów przez armię niemiecką. Nie można ustalić, gdyż nikt nie ma takich uprawnień, czy ogrom przeżyć wobec śmiertelnego zagrożenia, czy czysto ludzkie wyrachowanie, zbliżyły te trzy osoby pochodzenia żydowskiego do Polaków i ich religii. Decydują się zostać katolikami, przy okazji zmieniając nazwisko na Żagierowicz. Przystąpili do chrztu świętego; najpierw dzieci: 9.01.1942 r. – Salomea (1912) i Marian (1916), później, bo 23.X.1942 r. matka – imię z chrztu Maria (1882). Mieszkańcy Zalesian zapamiętali, że bardzo cieszyli się z przyjętego chrztu świętego, byli gorliwi w poznawaniu i pełnieniu praktyk życia religijnego. Prawdopodobnie, jeszcze w roku 1942 dosięgła ich faszystowska ręka. W uroczystość Wszystkich Świętych, czy może w Dzień Zaduszny kobiety Maria i Salomea wybierały się do kościoła w Niewodnicy. Nie zdążyły wyjść z domu, przyjechało gestapo, wywieziono je i ślad po nich zaginął. Najprawdopodobniej nie przeżyły wojny. W chwili ich zatrzymania nie było Mariana. Przebywał na przymusowych robotach w pobliskiej Markowszczyźnie. Sąsiedzi jakimś sposobem szybko powiadomili go o tragedii. Natychmiast zdecydował się na ucieczkę. To była słuszna decyzja, gdyż jeszcze tego samego dnia Niemcy szukali go w grupie roboczej, wielokrotnie nachodzili dom myśląc, że wróci, o niczym nie wiedząc. Ukrywał się u sąsiadów, ciągłe zmieniając miejsce, a gdy to staje się zbyt niebezpieczne, opuścił Zalesiany, chronił się w dalszych miejscowościach, między innymi przez dłuższy czas na plebanii w Niewodnicy.

Po przejściu frontu w 1944 r. już nie musiał ukrywać się, wrócił do Zalesian, odwiedzał sąsiadów. Szczególnie długie chwile spędzał w domu Kalinowskich. Urzekła go nie tyle atmosfera domu, co piękna panna Regina. Przed wojną ją zapamiętał, jak od dwunastego roku życia krzątała się na dworze Łoszkiejta jako pomoc w kuchni. Po pewnym czasie Marian oświadczył się Reginie. Oświadczyny zostały przyjęte i w październiku 1944 r. w kościele w Niewodnicy zawarli małżeństwo. Szczęście małżeńskie nie trwało zbyt długo. Przeżycia wojenne, ukrywanie się w skrajnych warunkach odbiły się na zdrowiu Mariana. Był na tyle uczciwy, że jeszcze przed ślubem zwierzył się narzeczonej o stanie zdrowia. Szukano ratunku, między innym żona udała się do Białegostoku, odnalazła dom na ulicy Młynowej, w którym mieszkali rodacy Mariana. Nie odmówili pomocy, zdobyli potrzebne lekarstwo, lecz było już za późno. Mąż Marian Żagierowicz zmarł 27.VII.1945 r. na białaczkę. Na pewno ból umierania był jeszcze większy, gdy dowiedział się, że będzie ojcem. Już po śmierci, 10.IX.1945 r. urodził się syn, któremu żona dała imię po ojcu, Marian.

Niestety, po pięciu tygodniach, dokładnie 15.X.1945 r., dziecko zmarło z powodu biegunki.

Świadek, a później uczestniczka tych wydarzeń, Pani Regina (obecnie Drozdowska) żyje do dziś. W miarę swych lat cieszy się dobrym stanem zdrowia i bystrością umysłu.

Opisany przykład świadczy o współprzeżywaniu i wspieraniu się w tragicznych czasach ludzi żyjących obok siebie na Podlasiu, nie wyłączając tych, którzy byli odmiennej religii czy narodowości. Przeczy on opinii Tomasza Grossa zawartej w książce Sąsiedzi i innych jego publikacjach, jakoby Polacy pałali wielką nienawiścią do Żydów i przyczynili się do ich holokaustu. To nie są inni sąsiedzi, tylko inaczej postrzegani, w świetle prawdy oceniani. To ci sami sąsiedzi!

Ks. Andrzej Sadowski