lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2008
nr 5/2008

Jedno stare zdjęcie...

Czasem jedno zachowane zdjęcie potrafi powiedzieć tak wiele o minionym czasie, o historii, która już nie wróci. A właściwie trzeba powiedzieć, że „stara fotografia ożywa” wówczas, gdy żyją jeszcze osoby, które potrafią coś o niej powiedzieć, rozpoznać postacie, które zostały uwiecznione na starej kliszy, na pożółkłym papierze. Czasem przygodne spotkanie rodzi wspomnienia, a nawet wyciska łzy wzruszenia.

Tak było podczas wizyty duszpasterskiej w parafii św. Wojciecha, gdy w jednym ze starszych domów na terenie parafii, miałem okazję spotkać panią Eugenię Lewandowską. Pokazała mi stare zdjęcie i rozpoczęła wspominać o czasach i ludziach, których znałem jedynie z kart historii. I chociaż czasy te wydawały mi się, nawet dla historyka, tak bardzo odległe, to jednak zaciekawiły mnie na tyle, że ... rozmowę dokończyliśmy następnego dnia. Już na spokojnie, bez zbędnego pośpiechu, jaki niesie „kolęda”.

 

Pani Eugenia, z domu Piekarówna, pokazała mi starą fotografię wykonaną 7 sierpnia 1947 r. Przedstawiała ona diecezjalny Zarząd Związku „Caritas” Archidiecezji Wileńskiej, wówczas z siedzibą w Białymstoku, katolickiej organizacji, która w latach powojennych (aż do 1950 r.) niosła pomoc ludności naszego miasta i polskiego skrawka archidiecezji zubożałej wskutek działań wojennych. Eugenia Piekarówna przez rok była członkiem Zarządu, na przełomie 1947 i 1948 r.

Udało się rozpoznać na zdjęciu większość osób. Uwiecznieni są na nim stojący od lewej: Władysława Sarel, Jadwiga Kukliczówna, ks. Jan Laska – wikariusz parafii, a zarazem dyrektor Parafialnego Oddziału „Caritas”, Maria Niwińska – kierowniczka sekratariatu, Eugenia Piekarówna (później Lewandowska), Władysław Werpachowski – główny księgowy i siedzący od lewej: dwaj nieznani z imienia i nazwiska członkowie Zarządu, mecenas N. Rogowski, ks. Adam Abramowicz – proboszcz parafii św. Rocha, a jednocześnie dyrektor Związku „Caritas” i ks. Piotr Maziewski – wikariusz parafii św. Rocha i dyrektor parafialnego Oddziału Związku.

Władysława Sarul i Jadwiga Kukliczówna działały w Związku charytatywnie, zaś pozostałe osoby z Zarządu były „na etacie”, otrzymywały wynagrodzenie za swą pracę. Ksiądz Maziewski przyjmował do pracy.

Transporty charytatywne przychodziły do Białegostoku przeważnie koleją lub przywożono dary z Warszawy, otrzymaną do tego celu ciężarówką. W większości pochodziły ze Stanów Zjednoczonych i innych państw Europy Zachodniej, w ramach pomocy materialnej udzielonej społeczeństwu polskiemu po okresie wyniszczającej II wojny światowej. Dary rozładowywano na dworcu PKP, a następnie przewożono do parafii św. Rocha, gdzie składano je w kotłowni leżącej najbliżej dworca. Przy pracach tych pomagali parafialnie. Dary przychodziły często w postaci ogromnych bel, które trzeba było posortować. Tym zajmowały się siostry ze Zgromadzenia Sióstr Świętej Rodziny. W dwóch pomieszczeniach przeznaczonych na tymczasowe magazyny, siostry przy pomocy organisty i służby kościelnej dzieliły dary. Wydzielano je potrzebującym na podstawie wniosków składanych przez osoby ubogie do Zarządu Oddziału. Członkowie Zarządu odbywali wywiad środowiskowy odwiedzając domy ubogich lub zaciągając o nich informacji poprzez sąsiadów. Rozpatrywano wniesione podania i w miarę możliwości starano się przyjść z pomocą najbardziej potrzebującym, szczególnie dzieciom, sierotom i matkom samotnie wychowującym dzieci. Na ostatnim piętrze plebanii, w pokoju przeznaczonym również na magazyn, wręczano wyznaczonym osobom pomoc charytatywną.

Ciężarówka „Caritas” rozwoziła także dary w teren do wiejskich parafii, tam, gdzie powstały już Parafialne Oddziały Związku „Caritas”. Według ustalonych wcześniej rozdzielników rozdysponowywano darami. Działo się to zawsze w obecności miejscowego proboszcza, który kwitował odbiór darów.

W Białymstoku, w parafii św. Rocha mieściła się siedziba Diecezjalnego Zarządu Związku „Caritas” mieściła się siedziba, ale w parafii istniał również Parafialny Oddział Związku. Drugi oddział istniał w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ksiądz Antoni Sasinowski był dyrektorem tegoż oddziału. Współpracowała z nim Jadwiga Kalinowska. Była ona córką farnego organisty, który w parafii prowadził wraz z Lewandowskim chór parafialny, w którym spotykali się ludzie zaangażowani nie tylko w śpiew, ale i życie Kościoła. Po konsekracji biskupa Czesława Falkowskiego, wykładowcy i profesora białostockiego seminarium, opuścił on Białystok zabierając ze sobą, nie tylko organistę, pana Kalinowskiego, ale całą jego rodzinę, również Jadwigę Kalinowską, która przez pewien czas była nawet sekretarką biskupa.

Po tym fakcie ks. Sasinowski przyjechał do ks. Abramowicza w parafii św. Rocha i prosił o Eugenię Piekarównę, pochodzącą z parafii farnej, by zachciała przenieść się do oddziału Związku „Caritas” w parafii farnej. Nie chciała się ona rozstać z parafią św. Rocha, ale ze względu na chór, w którym śpiewała i w którym poznała swego przyszłego męża Antoniego Lewandowskiego, zgodziła się na przejście.

W parafii farnej do Zarządu Oddziału Caritas należał ks. Antoni Sasinowski, Maria Sobolewska – z Lasów Państwowych, Elżbieta Kałłaurowa – wdowa po polskim oficerze i przełożona Sióstr Szarytek. Siostry miłosierdzia bardzo czynnie zaangażowały się bowiem w działalność Związku, w ten sposób realizując swój zakonny charyzmat. Po przenosinach z parafii św. Rocha do parafii farnej Eugenia Piekarówna została sekretarką Parafialnego Oddziału Związku.

W parafii farnej magazyny „Caritas” znajdowały się na terenie klasztoru Sióstr Szarytek. Od podwórza, za budynkiem znajdował się duży metalowy garaż, blaszak, który przeznaczono na tymczasowy magazyn. Klucze do magazynu były u księży A. Sasinowskiego i P. Maziewskiego i tylko w ich obecności otwierano magazyn i zajmowano się wydawaniem darów. Przy sortowaniu i wydawaniu darów pomagały siostry, szczególnie siostra przełożona.

W obu białostockich parafiach odbywały się spotkania formacyjne i organizacyjne Zarządów Parafialnych Oddziałów „Caritas”. W parafii św. Rocha organizował je i przewodniczył im ks. Maziewski, zaś w parafii farnej ks. Sasinowski. Księża utrzymywali również kontakt z Centralą „Caritas” w Krakowie, jak również z ks. Karolem Pękalą odpowiedzialnym z ramienia Episkopatu Polski za pomoc charytatywną w trudnym okresie lat powojennych. Duchowni uczestniczyli w kursach i spotkaniach organizowanych przez Krajową Centralę „Caritas” w Krakowie i Warszawie. Spotkania formacyjne w białostockich parafiach odbywały się w miarę systematycznie – raz na dwa tygodnie.

W styczniu 1950 r. ogólnopolski Związek „Caritas” został przez władze komunistyczne rozwiązany. Upaństwowieniu uległ cały majątek Związku, ruchomy, jak i nieruchomy. Pierwszym prezesem państwowego „Caritas” został pan Muszyński. Siedziba nowego Związku, choć ze starą nazwą, mieściła się przy ul. Waszyngtona 1... ale to już całkiem inna historia.

Choć konsekwencje upaństwowienia kościelnego „Caritas” były poważne i nie ominęły zaangażowanych jego członków. Eugenia Piekarówna, po mężu Lewandowska, miała problem ze znalezieniem pracy. W „Caritas” pracowała do stycznia 1950 r. Nie była naocznym świadkiem brutalnego wkroczenia do siedziby Parafialnego Oddziału Związku „Caritas” milicjantów i pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, gdyż ze względu na stan zdrowia (oczekiwała przyjścia na świat pierwszego dziecka) udała się na urlop zdrowotny. Po urodzeniu córeczki, gdy szukała pracy, była wielokrotnie odsyłana „z kwitkiem”, gdyż w swych dokumentach jako miejsce ostatniej pracy widniał wpis Zarząd Związku „Caritas” Archidiecezji Wileńskiej. Nie pomagały znajomości, życzliwość osób jej przychylnych, ani pomoc byłych współpracownic z „Caritas”, które pracowały w świeckich instytucjach. Czuła się tak, jakby miał „wilczy bilet”. Po kilku miesiącach poszukiwań znalazła w końcu pracę w Białostockim Przedsiębiorstwie Surowców Włókienniczych i to tylko dzięki życzliwości Adama Dobrońskiego, pełniącego obowiązki dyrektora, który okazał się przedwojennym kapitanem Wojska Polskiego. Ówczesny bowiem kadrowy był zbyt „czerwony”, by samowolnie zatrudnić byłą pracownicę „Caritas”. Musiała odbyć trzymiesięczny okres próbny. Dopiero interwencja p.o. dyrektora otworzyła przed nią drzwi zakładu. W księgowości tegoż przedsiębiorstwa przepracowała 21 lat.

Mogła co prawda znaleźć wcześniej pracę. Była bowiem namawiana do dalszej działalności w świeckim zarządzie „Caritas”, ale nie chciała się na to zgodzić. Nie było to w zgodzie z jej sumieniem. Uważała bowiem, iż upaństwowienie „Caritas” wyrządziło zło nie tylko Kościołowi w Polsce, ale i ubogim, którzy zostali pozbawieni środków materialnych i dobrze zorganizowanej pomocy charytatywnej.

Eugenia Lewandowska nie uniknęła również inwigilacji ze strony Służby Bezpieczeństwa. Była kilkakrotnie wzywana do siedziby UB przy ul. Mickiewicza 5 i nagabywana do współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa. Za każdym razem odmawiała.

Pierwszy raz została zatrzymana przez pracowników UB wiosną 1949 r., wprost na ulicy. Zaproszono ją „grzecznie” do samochodu. Została przewieziona do siedziby UB. Tam oficer przesłuchujący ją wypytywał o działalność Związku „Caritas” szczególnie interesując się księgą osób wpłacających dobrowolne datki na rzecz Związku.

Kolejny raz została zatrzymana podstępem. Ksiądz Sasinowski otrzymał telefon, rzekomo z Urzędu Miasta, by sekretarka Parafialnego Oddziału „Caritas”, czyli pani Eugenia Piekarówna, wyjaśniła następnego dnia jakieś rzekome nadużycia w kwestii kartek żywnościowych, gdyż to ona odbierała kartki dla parafii farnej. Została umówiona na konkretną godzinę i miała się udać na spotkanie. Ale jeszcze tego samego dnia, wieczorem na plebanię farną przybył pan Malinowski, pracownik Urzędu Miejskiego, który podsłuchał rozmowę, iż Eugenia Piekarówna ma zostać aresztowana. Ta jednak nie wiedząc, czy aby to znów nie jest jakiś podstęp, udała się jednak następnego dnia do Urzędu Miasta. Tam czekał już na nią pracownik UB, który zaprowadził ją do swej siedziby i próbował ją zastraszyć. Szantażował zwolnieniem z pracy ojca, pracującego w wodociągach, i brata, pracującego w miejskiej elektrowni. Prosiła, aby jej więcej nie niepokoić, gdyż nic nie wiedziała na temat działalności „Caritas”. Przesłuchujący ją oficer kazał podpisać zobowiązanie, iż nikomu nie powie o treści rozmowy, ale Eugenia Piekarówna go nie podpisała. Ksiądz Sasinowski zaniepokojony faktem, iż długo nie wracała z Urzędu Miasta, zadzwonił do magistratu, gdzie dowiedział się o tym, iż została aresztowana przez UB.

Ostatni raz została zatrzymana przez pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, również wprost na ulicy, bez żadnego wcześniejszego zawiadomienia, w czerwcu 1949 r. gdy była w drugim miesiącu ciąży. Była przesłuchiwana przez tego samego oficera co za dwoma poprzednimi razami. Gdy oficer na chwilę się odwrócił skorzystała z jego nieuwagi i wymusiła torsje. Została co prawda skrzyczana za swe zachowania, ale gdy oficer się dowiedział, iż jest w ciąży wypuścił ją natychmiast i już później nie była niepokojona żadnymi przesłuchaniami.

Dziękuję bardzo pani Eugenii Lewandowskiej za udostępnienia zdjęcia, życzliwą i szczerą rozmowę, oraz za zgodę na publikację wspomnień.

Proszę wszystkie osoby, które przechowują w swych szufladach stare zdjęcia, dokumenty, a nawet obrazki prymicyjne, dotyczące historii Kościoła w Białymstoku o podzielenie się nimi i ich udostępnienie. Za wszelkie wspomnienia i wiadomości dotyczące kościelnych dziejów naszego miasta będę serdecznie wdzięczny.

ks. Adam Szot