lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2008
nr 5/2008

Jak owce pośród wilków

Każda epoka ma swoje czarne listy. Bez różnicy na to, czy figurują na nich autentyczne kanalie, czy niewinne ofiary, rezultatem jest publiczna infamia.

Biblijny prorok Nahum umieścił na czarnej liście Niniwę. Nie pozostawia na niej suchej nitki: „miasto krwawe i kłamliwe, ladacznica pełna wdzięku”, to tylko niektóre epitety, jakimi obdarza stolicę starożytnej Asyrii. Jej największa świetność przypadła na panowanie króla Sennacheryba (704-681 przed nar. Chr.). „Była miastem bardzo rozległym – na trzy dni drogi” mówi Księga proroka Jonasza. Odkrycia archeologiczne dodały nowe szczegóły. Aglomeracja rozciągała się wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Tygrys. W centrum wznosił się pałac królewski, dwa razy większy niż francuski Wersal. Imponował on zresztą nie tylko swoim ogromem, czy przepychem. Jego archiwum liczyło 24 tysiące glinianych tabliczek pokrytych pismem klinowym. W 1872 r. George Smith zidentyfikował pośród nich opis potopu zbieżny z wersją biblijną.

Chrześcijanie, żydzi i muzułmanie kojarzą zazwyczaj Niniwę z prorokiem Jonaszem. Miasto nawróciło się dzięki jego przepowiadaniu, czym wybłagało sobie u Boga odpuszczenie win. Iraccy chrześcijanie tradycji wschodniej praktykują na krótko przed Wielkim Postem tzw. „Post Niniwy”, będący formą pokuty za grzechy. Pomijam tu opinie współczesnych biblistów co do historycznych aspektów Księgi Jonasza. Dla mnie wymowne jest przekonanie ludzi żyjących obecnie w tamtych stronach. Pierwszy lepszy taksówkarz zawiezie cię bez problemu do meczetu Nebi Junus, który postawiono, jak głosi lokalna tradycja, w miejscu pochówku Jonasza. Przed najazdem arabskim, ów meczet był oczywiście kościołem chrześcijańskim.

W 612 r. przed narodzeniem Chrystusa, Medowie i Babilończycy doszczętnie spalili Niniwę. Wkrótce jednak, na drugim brzegu rzeki powstało nowe miasto – Mosul. Żyje w nim około 900 tysięcy mieszkańców, głównie muzułmanów sunnitów. Liczbę wyznawców Chrystusa szacuje się na około 80 tys., przy czym w promieniu 40 km znajdują się wioski niemal całkowicie chrześcijańskie.

Ewangelię przynieśli w te strony św. Tomasz Apostoł i św. Addaj. Z tamtej pierwotnej ewangelizacji wywodzi się Kościół asyryjski (prawosławny) i Kościół chaldejski będący w jedności z Papieżem. Dołączyli do nich: jakobici i syro-katolicy, ormianie apostolscy i katoliccy, melchici, łacinnicy i protestanci. Różnią się od siebie pod wieloma względami, czasami dyskutują czyja wiara jest lepsza. Jednocześnie już od dziecka trzymają się razem. – To nasz – mówią o chrześcijańskim ministrze, czy adwokacie, co samo w sobie jest już wystarczającą gwarancją.

Saddam Hussejn lansował świecki model państwa. W gruncie rzeczy był przecież socjalistą. Dla doraźnych korzyści okazywał czasami sympatię wobec islamu, ale ówczesna konstytucja nie faworyzowała żadnej religii. Nowa iracka konstytucja uchwalona w sierpniu 2005 r. mówi, że ustawodawstwo państwowe musi inspirować się prawem koranicznym (szarią). Oznacza to stopniowe przekształcanie Iraku w republikę islamską. Już teraz chrześcijanie zmuszani są do płacenia „podatku religijnego”.

– Przyszli do mojej matki ludzie z meczetu i powiedzieli: nawróć się na naszą muzułmańską wiarę albo płać – opowiada kleryk z Mosulu. – Jeśli nie masz pieniędzy oddaj nam córkę, inaczej wszystkich was zabijemy.

Wielu chrześcijan jest z tego powodu u kresu wytrzymałości. Płacą, bo co innego mogą zrobić.

– Chcą zagarnąć całą naszą własność – tłumaczył zachodnim „mediom” chaldejski arcybiskup Paulos Faraj Rahho. Kiedy obejmował archidiecezję mosulską w 2001 r. ludność Iraku cierpiała z powodu międzynarodowego embarga. Dwa lata później wybuchła wojna przeciwko Saddamowi. Arcybiskup robił co mógł, żeby wszystko normalnie funkcjonowało. Do 1947 r. Mosul był siedzibą patriarchów Kościoła chaldejskiego, po których pozostała wspaniała rezydencja, starożytne kościoły i klasztory. Miał się o co troszczyć. Wychodząc naprzeciw potrzebom duszpasterskim, bo miasto stale rosło, wybudował własnym sumptem nową świątynię, rozwijał wolontariat. Przede wszystkim zaś był wszędzie i dodawał ludziom otuchy swoją obecnością.

Wielu niestety przestało chodzić do kościoła z obawy przed zamachami. Wszystko zaczęło się od 1 sierpnia 2004 r. Gdy wierni wychodzili ze świątyń po wieczornym nabożeństwie, wybuchły bomby przed kościołami w Bagdadzie i Mosulu. Zginęło 12 osób, 60 było rannych. Potem kolejne zamachy na kościoły, seria morderstw znanych chrześcijan i porwania. Katolikom zarzuca się często, że są sojusznikami prezydenta Busha, choć nikt tak głośno nie sprzeciwiał się inwazji na Irak jak Papież Jan Paweł II. Iluż ofiar można by było uniknąć, gdyby posłuchano Jego głosu !

Chrześcijanie coraz częściej wyjeżdżają z kraju. Oblicza się, że od wybuchu wojny emigrowała niemal połowa. I chociaż żadna grupa religijna w Iraku nie została tak zdziesiątkowana, dla muzułmańskich ekstremistów to ciągle za mało. Wiedzą dobrze, że w celu całkowitej eliminacji chrześcijaństwa trzeba rozprawić się z duchowieństwem – „uderz w pasterza, a rozproszą się owce” mówi Pismo Święte.

7 grudnia 2006 r. pod rezydencję abp. Rahho zajechała furgonetka wypełniona po brzegi bombami. Uzbrojeni w karabiny maszynowe mężczyźni weszli do środka i podniesionym głosem kazali wszystkim opuścić budynek. Kucharka, portier, siostry, wyszli od razu. Do kompletu brakowało arcybiskupa, który na szczęście przebywał poza domem i jego osobistego sekretarza ks. Ragheeda Ganniego. Ten z kolei ukrył się na wszelki wypadek w piwnicy. Pozostała jeszcze niedołężna siostra arcybiskupa na wózku lecz ona nie miała dla napastników najmniejszego znaczenia. Wyraźnie zawiedzeni terroryści zaminowali dom i wmieszali się w tłum, który stał w bezpiecznej odległości, gotowy do grabieży ewentualnych resztek. Na skutek eksplozji z rezydencji ostały się jedynie ściany nośne; na jednej z nich pozostał lekko przekrzywiony obraz papieża Jana Pawła II. Ksiądz Ragheed i inwalidka ocaleli w cudowny sposób. O ile duchownego uratowały grube mury piwnicy, bomba podłożona obok wózka kobiety nie wybuchła.

Na drugi dzień abp Rahho odprawił pośród ruin Mszę Świętą.

– Widzicie, Piotr-Papież pozostał na swoim miejscu – powiedział wskazując na portret Jana Pawła II – i my weźmiemy z Niego przykład!

Nie narzekał, że teraz będzie musiał tułać się po obcych, czy szukać pieniędzy na odbudowę rezydencji. W związku z poważną chorobą serca, zaproponowano mu leczenie w Hiszpanii. Arcybiskup podziękował i wysłał do hiszpańskiego szpitala swojego wikariusza generalnego. – On ma pierwszeństwo, bo jest o 20 lat starszy ode mnie.

Co pewien czas otrzymywał listy z pogróżkami. Był świadomy, że nie ma żartów. Bojówka porwała jego sąsiada syro-katolickiego arcybiskupa Georgesa Casmoussę. Został on na szczęście uwolniony ale przemoc dotykała kolejnych księży. – Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu zostawiam na stole testament, a drugi egzemplarz mam ze sobą w kieszeni – mówi patriarcha chaldejski.

Arcybiskup Rahho również przystosował się do nowej sytuacji. Dręczyła go jednak obawa, że coś złego może spotkać któregoś ze współpracowników. I stało się. 3 czerwca 2007 r. uzbrojeni ludzie zatrzymali samochód ks. Ragheeda. Wracał ze Mszy Świętej razem z trzema subdiakonami i żoną jednego z nich. Wszystkich wyprowadzono z samochodu, oddalono kobietę, następnie zastrzelono jednego po drugim. Do ciała księdza przymocowano ładunki wybuchowe. Gdyby zbiegli się ludzie, wystarczyłoby przyciśnięcie „pilota”, takiego samego jak używa się do telewizora i ofiar byłoby znacznie więcej. Na szczęście Irakijczycy są coraz bardziej ostrożni. Zwłoki przeleżały na ulicy kilka godzin, aż w końcu zabójcy oświadczyli łaskawie, że można je zabrać.

Arcybiskup pochował swojego sekretarza w kościele pw. Mar Addaja w Karamles, 30 km od Mosulu. Uznał, że w mieście jest zbyt niebezpiecznie. Serce płakało mu z żalu. Ksiądz Ragheed miał zaledwie 35 lat życia i niespełna 7 kapłaństwa. Zrobił rzymskie studia i rwał się do pracy z ludźmi. Ileż pokładał w nim nadziei. Nie czas jednak na lamentacje, gdy Kościół niczym rzucana falami łódź, próbuje utrzymać się na powierzchni. Miesiąc później, u grobu swojego sekretarza wyświęcił nowego kapłana.

W Mosulu narastała tymczasem agresja wobec chrześcijan. Próbowano porwać arcybiskupa Rahho, lecz on zręcznie wymykał się napastnikom.

– Gdyby zażądali za mnie okupu, nie dajcie ani dolara – powiedział patriarsze chaldejskiemu.

W piątki Wielkiego Postu, duchowny przewodniczył nabożeństwu „Drogi Krzyżowej”. Zachęcał wiernych, by na wzór Chrystusa przyjęli krzyż i przebaczyli prześladowcom. Podobne wskazania dają księża na całym świecie, jednak w Mosulu brzmiały one jak prowokacja. Każdy dzień naznaczony jest tutaj śmiercią kogoś bliskiego. Ale pasterz musi zawsze głosić naukę Chrystusa. Musi ją głosić i według niej żyć.

W piątek 29 lutego wszystko odbyło się zgodnie z planem. Po zakończeniu „Drogi Krzyżowej” w parafii pw. Świętego Ducha, abp Rahho pożegnał się z ludźmi i wsiadł do kurialnego samochodu. Obok kierowcy było z nim dwóch młodych mężczyzn, coś w rodzaju eskorty, bo wierni chcieli, żeby nie poruszał się samotnie. Od pewnego czasu byli więc zawsze razem. Wspólnie modlili się, spożywali posiłki. Ekscelencja wyrósł w wielodzietnej rodzinie, dlatego łatwo przyzwyczaił się do swoich opiekunów.

Zaledwie ruszyli z miejsca zajechały im drogę trzy samochody terenowe. Ochroniarze nie zdążyli nawet sięgnąć po broń. Kilka krótkich serii z karabinu maszynowego i obaj razem z kierowcą pozostali nieruchomi na siedzeniach. Napastnicy wyciągnęli arcybiskupa z auta. Nie krzyczał, nie szamotał się. Wrzucili go do bagażnika jednego z jeepów i odjechali.

Po dwóch dniach zaczęły się rozmowy z porywaczami. Zażądali najpierw miliona dolarów, później 2,5 miliona. Po kilku dniach oznajmili, że patriarcha musi zakupić nowoczesną broń i ukryć ją w kościołach. – Jeśli nie przyłączycie się do świętej wojny przeciw niewiernym, uznamy was za zdrajców – zagroził głos w słuchawce telefonu.

Stało się oczywiste, że porywacze nie mają wcale zamiaru uwolnienia zakładnika. Chodziło tylko o jakąś grę polityczną.

12 marca wieczorem osoba prowadząca pertraktacje otrzymała wiadomość, że arcybiskup źle się czuje. Następnego dnia, że zmarł. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami znaleziono jego ciało w peryferycznej dzielnicy Mosulu Al-Intissar. Sekcja zwłok wykazała, że nie żył od 5 dni. Jaka była przyczyna śmierci dotąd nie wiadomo. Władze utrzymują, że zgon 66 letniego arcybiskupa nastąpił z powodu choroby serca. Niektórzy twierdzą jednak, że został on uduszony.

Jego pogrzeb zgromadził tłumy, podobnie jak kilkanaście dni wcześniej egzekwie zabitych w dniu porwania mężczyzn. Wszyscy zostali pochowani w tym samym kościele, gdzie spoczywały zwłoki ks. Ragheeda.

Przez kilka dni rozbrzmiewały głosy potępiające zbrodniczy czyn. Nawet największe autorytety duchowe islamu wyrażały swoją dezaprobatę.

– Jesteśmy dumni z synów narodu irackiego, którzy wyznają religię chrześcijańską – zapewnił premier Nouri al Maliki. – Obiecujemy, że zabójcy nie unikną sprawiedliwości.

Trzy tygodnie później terroryści zastrzelili jakobickiego ks. Joussefa Adela. Nie żądali nawet okupu. Był jednym z symboli swojego Kościoła i to wystarczyło, żeby go zabić.

Łaciński arcybiskup Bagdadu Jean Benjamin Sleiman mówi o przyczynach obecnej sytuacji w swojej książce W irackiej pułapce (Dans le piège irakien, Paris 2006). Uważa, że przy okazji obalenia reżimu Saddama, zburzone zostały filary, na jakich opierało się państwo: parlament, administracja, wojsko, policja. Ich miejsce zajęły różne ekstremalne siły. Zanim zbudowano nowe struktury, było już za późno, żeby opanować chaos. Jego ofiarami są w pierwszej kolejności chrześcijanie – najbardziej bezbronni z bezbronnych.

K. N.