lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2008
nr 5/2008

Pocieszyciel

Przed Zesłaniem Ducha Świętego wracamy do wielkoczwartkowego Wieczernika. W atmosferze bliskiego rozstania Jezus wygłasza testament. Pośród ostatnich, ziemskich słów jest obietnica Ducha Świętego: „To wam powiedziałem przebywając wśród was. A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, on was wszystkiego nauczy i przypomni wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14, 23). Słowa te niosą nadzieję, że smutek Apostołów z rozstania z Mistrzem i smutki chrystusowych uczniów wszystkich czasów będą zamienione przez tajemniczego Posłańca w radość.

W Starym Testamencie Bóg był pocieszycielem. Przez usta Proroka Izajasza mówił Jahwe: „Ja i tylko Ja jestem twoim pocieszycielem” (Iz 51, 12). Jestem Tym, który pociesza, jak matka swe dziecko (por. Iz 66, 13). Starotestamentalny Bóg Pocieszyciel, kiedy nadeszła pełnia czasów, wcielił się w Osobę Jezusa Chrystusa, który w Ewangelii według św. Jana jest „pierwszym pocieszycielem” (por. 14, 15), pocieszycielem otwartych ramion, zapraszającego, by wtulili się w nie Ci wszyscy, którzy są utrudzeni i obciążeni, by w nich szukali pocieszenia (Mt 11, 28).

Dzieło Jezusa Pocieszyciela kontynuuje Duch Święty Pocieszyciel, który pozostał na zawsze (por. J 14, 16). Jego pocieszającej obecności może doświadczyć każdy człowiek. Nie jest ona taka, jak śmiech po dobrym dowcipie. Pocieszenie, jakim obdarza Duch Święty jest prawdą i sięga tam, gdzie zagościł smutek, do duszy człowieka. To pocieszenie ma w sobie znamiona doskonałości, bo leczy smutek nie tak, jak czyni to świat, który pocieszając gotuje zwykle kolejne utrapienie. Pocieszenie, które daje świat jest swoistym środkiem przeciwbólowym, który znieczula, ale nie leczy. To pocieszenie świata często przybiera formę kolejnej dawki narkotyku, alkoholowego otępienia, zagłuszającego huku dyskoteki, rytmów odtwarzanej muzyki, nieustannie włączonego telewizora, wiecznej ucieczki od siebie, od prawdy o sobie, od chwil ciszy i samotności, które wprowadzają w dialog z najgłębszymi pokładami serca i są zdolne dotknąć źródła smutku i wewnętrznych niepokojów. Tylko w tym klimacie można „zlokalizować” smutek i pokazać go Pocieszycielowi. Pocieszenie, którym Duch Święty chce obdarzyć jest zawsze proporcjonalne do smutku. Nie jest ono pocieszeniem świata, który w pomyślności cieszy się, zaś w niepowodzeniu śmieje się i potępia. Pocieszenie, które proponuje świat jest jak szklanka Coca-Coli, z której ulatuje gaz a wraz z nim smak napoju. Pocieszyciel zaś działa na wzór źródła wypływającego z ziemi – potrafi krystaliczną, źródlaną wodą na zawsze zalać ziemię, albo pędzić potokiem i zachwycać pięknem.

Chrześcijanin jest wezwany, by pocieszeniem żyć i by pocieszycielem się stawać. Skoro ma być alter Christus, jak drugi Chrystus to znaczy, że ma się stawać drugim Pocieszycielem. Jak? „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy. Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą której doznajemy od Boga” (2Kor 1, 2-4). Prawdziwe pocieszenie jest darem Boga, Ojca wszelkiej pociechy, darem, który przychodzi do tego, kto w utrapieniu, przychodzi, ale nie pozostaje dla niego samego, lecz przemienia się potrzebę pocieszania innych, stawania się uosobieniem Ducha Pocieszyciela.

Duch Święty potrzebuje człowieka. Potrzebuje go, by być Pocieszycielem. Nie ma On swoich ust, rąk, oczu, by nimi pocieszać. Ma ręce, oczy i usta człowieka. Nimi chce się posłużyć, by na smutnej twarzy pojawił się uśmiech, a w niespokojnym sercu zagościł pokój. Doświadczonego daru pocieszenia nie wolno pozostawiać w sobie. Im więcej będziesz pocieszał, tym bardziej będziesz pocieszany. W odkrywaniu swojego chrześcijańskiego powołania św. Franciszek z Asyżu poszedł jeszcze dalej. Modlił się, by nigdy nie oczekiwał, by być pocieszanym, ale by pocieszał; by nie był przez innych rozumiany, ale by rozumiał; by nie był kochany, ale by kochał.

W oczekiwaniu na Ducha Pocieszyciela, na dzień Pięćdziesiątnicy, chcę wspomnieć z wdzięcznością tych, co biją rytmem Ducha Pocieszyciela w konfesjonałach; pocieszycieli w domowym Hospicjum dla terminalnie chorych i tym przy Sobieskiego i Świętojańskiej; pocieszycieli z szpitali, domów dla samotnych i bezdomnych; pocieszycieli dzieci porzuconych; pocieszycieli owładniętych nałogami; tych wszystkich pocieszycieli, którzy sercem czują smutek bliźniego i sercem, wpierw doświadczywszy pocieszenia, umieją pocieszać.

ks. Radosław Kimsza