lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2008
nr 4/2008

W obcasie „włoskiego buta”

Południowa Italia cieszy się tradycyjnie złą sławą. Wysoka przestępczość, w tym ta zorganizowana nazywana popularnie „mafią”, zacofanie cywilizacyjne, niefrasobliwy charakter mieszkańców..., długo by tu jeszcze wymieniać czynione zarzuty. Ten negatywny wizerunek pogłębił się ostatnio przy okazji kryzysu związanego z wywózką śmieci. Pomimo tego, jakaś dziwna siła ciągnie ludzi w dolną część „włoskiego buta”. Nigdzie nie ma bowiem tak pięknych plaż, na każdym kroku można coś ciekawego zwiedzić oraz dobrze zjeść ! I nawet jeśli zdarzają się niedogodności, to w końcu ucieczka od uporządkowanego trybu życia już sama w sobie jest odpoczynkiem. Do pewnego czasu oczywiście.

Jednym z miejsc, które przyciąga corocznie turystów jest Matera, wojewódzkie miasto w regionie Basilicata, nazywanym w starożytności Lucania. Jeszcze pół wieku temu jego mieszkańcy byli na ustach wszystkich z racji na prymitywne warunki życia. Dzięki specjalnej ustawie przeprowadzili się do nowoczesnych osiedli, zaś ich dotychczasowe domostwa stały się nie lada atrakcją, objętą opieką UNESCO jako dziedzictwo ludzkości.

Dla turysty pozbawionego samochodu, dojazd do liczącej 60 tysięcy mieszkańców Matery może okazać się niemal wyprawą na księżyc, jeśli wcześniej dokładnie wszystkiego nie sprawdzi.

Wczesnym niedzielnym porankiem dotarłem do Bari, po prawie siedmiu godzinach podróży z Rzymu. Żeby nie tracić czasu chciałem jak najszybciej przesiąść się na lokalne apulijskie linie kolejowe, które zapewniały połączenie do Matery.

– To niemożliwe – oznajmił zapytany w barze człowiek – u nas w dni świąteczne lokalne pociągi nie kursują. Pokazałem mu ściągnięty z internetu rozkład jazdy, ale ten tylko wzruszył ramionami – Co tam oni mogą wiedzieć!

Ktoś pocieszył mnie, że po 10-tej są połączenia autobusowe. – Może coś podstawią, proszę w każdym razie spróbować.

Zabrzmiało to mało zachęcająco, z drugiej strony nie miałem wielkiego wyboru. Ponieważ czasu było sporo, pomaszerowałem do bazyliki św. Mikołaja, oddalonej zaledwie o 15 minut. Zaraz po przekroczeniu progu świątyni zwraca uwagę znajdujący się w prezbiterium nagrobek królowej Bony (zm. 1557). Żona Zygmunta Starego i matka Zygmunta Augusta klęczy ze złożonymi do modlitwy dłońmi, prosząc Boga o przebaczenie dla swoich zabójców. Aż chciałoby się jej powiedzieć: nie trzeba było wyjeżdżać z Polski, nasi by cię nie otruli.

Osoby wchodzące do bazyliki nie zwracają jednak większej uwagi na nieszczęsną polską władczynię. Robią znak krzyża, uwieńczony charakterystycznym ucałowaniem kciuka (to jest całus dla Pana Jezusa) i kierują się do krypty, gdzie spoczywają doczesne szczątki św. Mikołaja. Od 9 maja 1087 roku, kiedy ekspedycja miejscowych marynarzy sprowadziła je z anatolijskiej Miry, przewinęły się tutaj miliony ludzi.

Przed kratą oddzielającą ołtarz, pod którym znajdują się relikwie, dwóch młodych mężczyzn i dwie kobiety, przypuszczalnie ich żony, odśpiewywali po rosyjsku modlitwy do św. Mikołaja. Minęło pięć, dziesięć minut, a oni ciągle śpiewali, żegnając się po wschodniemu i robiąc głębokie skłony. Tymczasem przez kryptę przewijali się coraz to nowi ludzie, zaś z góry zaczęły dobiegać odgłosy odprawianej Mszy Świętej. Prawosławna Służba Boża miała rozpocząć się w krypcie godzinę później. – No to masz prawdziwy ekumenizm – pomyślałem sobie i zaraz trzeba było biec na przystanek autobusowy.

Tam stała już pokaźna kolejka, zjawisko mało znane w Italii. Z reguły, w urzędach, barach, czy sklepach, klienci cisną się ze wszystkich stron, nie przejmując się tym, że ktoś przyszedł wcześniej. – Chytrość to oznaka inteligencji – słyszę często od moich włoskich kolegów.

Kolejka na przystanku wynikała z tego, że większość oczekujących na autobus stanowili obcokrajowcy Japończycy, Amerykanie, Francuzi. Matera zyskała światową sławę dzięki filmowi Pasja w reżyserii Mela Gibsona. Od września do grudnia 2002 roku najstarsza dzielnica miasta nazywana „Sassi” (kamienie) pełniła na planie filmowym rolę starożytnej Jerozolimy. Wcześniej Pasolini nakręcił tu Ewangelię według św. Mateusza, a Richard Gere grał króla Dawida w filmie Beresforda.

Autobus na szczęście nie zawiódł. Zaraz przy wjeździe do Matery pojawiły się drogowskazy z napisem „Sassi”. Równie dobrze można by napisać „centrum”, bo chociaż są to obrzeża miasta, zamieszkiwane przez zaledwie 350 rodzin, koncentruje się tam całe życie obywatelskie i religijne.

Pierwsi ludzie osiedlili się tutaj już w czasach neolitu. Naturalne pieczary, strumienie i lasy zapewniały im doskonałe warunki, przez co populacja stale rosła. W późniejszym okresie zaczęli przybywać emigranci z wysp greckich, gdzie robiło się ciasno oraz rzymscy osadnicy. Poszerzali istniejące groty, tworząc kilometry niewidocznych dla oka labiryntów. Wykuwali nowe domy w wapiennym stoku góry, jeden obok drugiego, tam gdzie było wolne miejsce. Kiedy go zabrakło, zaczęto stawiać dom na domu, mnożąc jednocześnie dobudówki. W rezultacie można mówić o urbanistycznym chaosie, lecz to właśnie on stanowi o uroku starej Matery.

Co bogatsi mieszczanie wznosili sobie prawdziwe pałace, przestrzegali kryteriów panującego w danym momencie stylu architektonicznego. Przeciętna rodzina zadowalała się jednym pomieszczeniem, w którym żyli obok siebie ludzie i zwierzęta. Było tłoczno w środku i na zewnątrz, żadnej higieny, żadnej intymności.

– Proszę wejść do środka – zachęca mężczyzna stojący w drzwiach jednego z domów.

– Mieszka Pan tutaj ?

– Nie..... ale wszystko zostało jak kiedyś. Zapraszam!

W ręku trzyma bloczek biletów wstępu. Okazuje się, że można zarobić nawet na pokazywaniu ludzkiej biedy.

Wewnątrz panuje półmrok rozświetlony ogniem z paleniska, nad którym wisi osmalony kocioł. Pod ścianą stoi żelazne łóżko o nieproporcjonalnie wysokich nogach.

– Dlaczego takie wielkie ?

Na twarzy mężczyzny pojawia się profesjonalny uśmiech. – Pod łóżkiem było miejsce dla ptactwa domowego. Schodziło się tutaj na noc, zresztą i za dnia biegało po całej izbie.

Na ścianie wisi spora drewniana skrzynka otoczona plejadą narzędzi potrzebnych do codziennego życia, prawdziwa galeria sztuki użytkowej.

– A tam?

– To niemowlęca kolebka. Pod nią stała krowa i ogrzewała dziecko swoim ciepłem. Czy to nie pomysłowe?

Przytakuję z grzeczności chociaż nie życzyłbym nikomu dzieciństwa w podobnych warunkach. Kardynał Luigi Poggi opowiadał mi kiedyś, że przyszedł na świat jako wcześniak, settimino (tzn. w siódmym miesiącu ciąży), na dodatek pod koniec listopada. Rodzice ustawili wokół niego butelki z gorącą wodą, którą regularnie wymieniali, dzięki czemu przeżył. Takie sposoby stosowano na północy Włoch około 1917 roku, ale w wojewódzkiej Materze, jeszcze w drugiej połowie XX wieku ludzie nie mieli elektryczności i kanalizacji, gnieżdżąc się w mrocznych, wilgotnych pomieszczeniach razem ze zwierzętami. Wodę przynoszono z płynącego poniżej strumienia, przechowując ją następnie w kamiennych cysternach, wykopanych jeszcze przez starożytnych. Obok robiono pranie, grzebano zmarłych, przerabiano oliwki na olej.

W 1945 roku, włoski pisarz Carlo Levi napisał książkę – reportaż o życiu mieszkańców historycznego regionu Lucania. Mówi tam także o Materze. Już sam tytuł książki jest symboliczny, a zarazem prowokacyjny: Chrystus zatrzymał się w Eboli. Chodzi o miasto położone nieopodal Lucanii, gdzie panuje jeszcze względna normalność. Dalej zaczyna się kraina zapomniana przez wszystkich.

Chrystus dotarł oczywiście do Matery i to dzięki wierze ludzie nie pogrążyli się w całkowitej desperacji.

Ewangelia przyszła tutaj razem z anachoretami, którzy zamieszkiwali groty na skraju miasteczka. Istnieje różnica pomiędzy izolacją, będącą, czymś z natury negatywnym oraz życiem w samotności. Anachoreta, żyje sam, ale w sercu nosi cały świat razem ze wszystkimi jego bolączkami. Dążąc do osobistej doskonałości, pamięta o innych. Ludzie to czuli i z wdzięczności podrzucali świątobliwym mężom żywność. Przy okazji uczyli się od nich prawd wiary. Do rozwoju religijności przyczynili się także mnisi pochodzący z Kapadocji i Syrii. Opuszczali swoją ojczyznę nie chcąc porzucić kultu św. ikon, jak nakazał cesarz obrazoburca Leon III Izauryjski (zm. 740). Władza cesarska rozciągała się również na Italię, ale tu ważniejszy był autorytet papieża, który otaczał uchodźców opieką. Istnieje legenda o cudownym ocaleniu czczonej w Konstantynopolu ikony Chrystusa, którą na bramie pałacu miał zawiesić Konstantyn Wielki. Kiedy cesarz Leon nakazał usunięcie świętego obrazu i już planował jego publiczne spalenie, patriarcha German, który później w proteście zrezygnuje z urzędu, powierzył ikonę morzu. Niesiona prądami morskimi dopłynęła do brzegów Italii, gdzie papież św. Grzegorz II wydobył ją z wody i umieścił w swojej kaplicy.

Ale wróćmy do mnichów. Podczas gdy na ziemiach kontrolowanych przez cesarskich urzędników mieli oni często do wyboru zawarcie małżeństwa lub oślepienie, tak zarządził na przykład namiestnik Efezu Michał Lachanodrakan, tutaj mogli spokojnie dążyć do świętości. Zamieszkiwali pieczary połączone z kościołem gdzie gromadzili się na Eucharystii i modlitwie. Archeolodzy naliczyli w Materze aż 150 takich kościołów. Zwiedzając je, łatwo zauważyć przenikanie się tradycji bizantyjskiej i łacińskiej, bo do mnichów wschodnich dołączyli niebawem benedyktyni. Bywa, że świątynia na planie krzyża greckiego ma łacińskie, nieprzesłonięte niczym prezbiterium, innym znów razem, nawa główna jest wydłużona jak w kościołach rzymskokatolickich, ale ołtarz oddzielony został murem na którym wymalowani są święci, jednym słowem ikonostas. Dostojne bizantyjskie madonny, mają słodkie zachodnie rysy, św. Jan Chryzostom dzieli ścianę razem ze św. Franciszkiem z Asyżu, św. Barbara ze św. Łucją.

– Freski są poważnie zniszczone, bo kiedy mnisi przeprowadzili się do klasztorów, zamieszkały tu całe rodziny – tłumaczy przewodniczka. – Wiadomo, gotowanie, brak miejsca, dzieci ... ale nikt nie miał złej woli !

Wierzę jej, bo znam pobożność Włochów, szczególnie tych z południa. Dużo w niej uczuciowości, tajemnych gestów przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ale jest zawsze wielki szacunek do miejsc, osób i rzeczy poświęconych Bogu. Kiedyś podarowałem właścicielce baru, do którego chodzę co rano, piękny różaniec. Nie wiem, czy się na nim modli ale już na drugi dzień powiesiła go przy kasie, obok krzyża, oraz zdjęć św. Ojca Pio. Wiara, jeśli jest żywa, wyraża się na wiele sposobów.

Zdarzało się, że kiedy w przerwach kręcenia filmu Pasja aktor Jim Cavieziel ucharakteryzowany na Pana Jezusa spacerował sobie po starym mieście, mieszkańcy Matery żegnali się pobożnie na jego widok, a nawet przyklękali. Tamten okres był dla miejscowych doskonałą okazją do zarobku. Wielu udało się wystąpić na planie jako statyści. Dniówka – 63 euro, nie była może czymś nadzwyczajnym lecz w tym regionie, gdzie głównym bogactwem są oliwki, pomidory i cebula, liczy się każdy grosz. Tak oto dialekt, jakim posługują się na co dzień w Materze zaistniał w kadrze filmowym obok aramejskiego, łaciny oraz greki. Chodzi o scenę sądu przed Piłatem, gdy podburzony przez arcykapłana tłum domaga się śmierci Chrystusa, wołając „ukrzyżuj go!”. Statyści krzyczeli oczywiście po „materańsku”. Włosi są urodzonymi aktorami, ciągle grają, tak, że granica pomiędzy fikcją i rzeczywistością praktycznie nie istnieje. Tym sposobem maskują skutecznie różne braki, nie mając sobie równych w robieniu dobrego wrażenia.

Na ścianie jednego z domów udostępnionych do zwiedzania widzę znajomy mi wizerunek Matki Boskiej. Pochylona lekko głowa, skrzyżowane na piersiach ręce, półksiężyc. Nie ma wątpliwości, że to nasza Ostrobramska.

– Co tu robi ten obraz? Pytam zdziwiony. Patronką miasta jest przecież Madonna della Bruna z kościoła katedralnego. Maryja trzymająca Dzieciątko Jezus ma nieco ciemną twarzy, stąd wziął się przydomek „Bruna”. Jej wielkim czcicielem był papież Urban VI (zm. 1389 r.), który przed wyborem na Stolicę Piotrową sprawował władzę pasterską w tutejszej archidiecezji.

Nie uzyskuję odpowiedzi. – Ja tylko zastępuję kolegę – wzrusza ramionami chłopak obsługujący turystów.

Zagadkę wyjaśnił mi kilka dni później ks. Andrzej Duczkowski, zasłużony duszpasterz włoskiej Polonii. Okazało się, że przez dwa lata, 1944-1946, mieściło się w Materze Centrum Wyszkolenia 2 Korpusu Polskiego, konkretnie szkoły podchorążych piechoty, artylerii oraz pomocniczej służby kobiet. Może któryś z Kresowiaków wżenił się we włoską rodzinę albo obdarował kogoś obrazem.

Kolorowe przewodniki z wyidealizowanymi zdjęciami Matery nie mówią o tym ani słowa, a przecież to nasze wojsko przyniosło im wolność. Polacy kojarzą się zazwyczaj z papieżem Janem Pawłem II albo z emigracją zarobkową. Coraz częściej jednak słychać wśród zwiedzających naszą mowę.

K. N.