lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MARZEC 2008
nr 3/2008

Kraj herbatą i winem płynący (II)

Z powodu niewystarczającej liczby kościołów, z reguły skromnych jak betlejemska stajenka, Msze Święte odprawiane są również w domach prywatnych. Cóż, po dziesięcioleciach walki z religią, trudno przywrócić w jednej chwili sytuację sprzed rewolucji październikowej, gdy katolików było więcej i posiadali piękne świątynie. Najlepszym przykładem może być miasto Batumi nad Morzem Czarnym. Starsze pokolenie skojarzy je zaraz z letnim wypoczynkiem albo przynajmniej z piosenką Alibabek: „Batumi, ech, Batumi, herbaciane pola Batumi...”

Miasto jest stolicą autonomicznego regionu Adżarii. Jak przystało na nadmorski kurort są tu szerokie promenady wysadzane palmami, plaże (niestety kamieniste), parki i ośrodki wypoczynkowe. Zaraz na peryferiach zaczynają się pola herbaciane, które niczym z lekka pofałdowany zielony dywan, biegną daleko poza krańce horyzontu.

Batumi zawdzięcza swój rozwój Polakowi w służbie rosyjskiej, generałowi Żygulskiemu. Osuszył on nadmorskie trzęsawiska, dzięki czemu rozbudowano port, no i oczywiście klimat stał się zdrowszy. Pod koniec XIX wieku miasto zaroiło się od ludzi interesu, marynarzy oraz carskich urzędników spędzających tu kanikuły. Wśród przyjezdnych sporą grupę stanowili katolicy obrządku łacińskiego. Na Mszę Świętą chodzili do parafii ormiańskiej, aż w końcu zamarzył się im własny kościół. Kiedy okazało się, że zebrana na ten cel suma jest niewystarczająca, gruziński katolik i patriota Stefan Konstantynowicz Zubalaszwili hojnie wyłożył resztę. Chciał uczcić w ten sposób pamięć swej matki Elżbiety, która przed śmiercią wyraziła takie pragnienie. Co obiecał to uczynił: 4 maja 1903 r. biskup Edward baron Ropp, pochowany notabene w białostockiej archikatedrze, konsekrował wspaniałą neogotycką świątynię pw. Narodzenia Matki Bożej. Uroczystości kościelne i świeckie trwały trzy dni. Biskup przemawiał w języku francuskim, polskim i niemieckim. Polaków prosił o szacunek do własnego Kościoła oraz o umiłowanie ojczyzny.

Po wcieleniu Gruzji do Związku Radzieckiego, batumski kościół zamieniono na zakład badań naukowych. Uratował się w ten sposób przed dewastacją, która dotknęła wiele innych obiektów sakralnych. W ramach pierestrojki władze przekazały go diecezji prawosławnej i obecnie pełni rolę katedralnego soboru.

Kilka lat później odrodziła się jak feniks z popiołów parafia katolicka. Jedynym racjonalnym wyjściem była budowa nowej świątyni, choć nie bardzo wiedziano skąd wziąć fundusze. Wtedy powtórzyła się historia sprzed wieku, tyle że z pomocą przyszedł Ojciec Święty Jan Paweł II.

Regionem Adżarskim rządził wówczas Asłan Abaszydze, z urodzenia książę, z wyboru sowiecki aparatczyk, nazywany z powodu swojej niesubordynacji względem Tbilisi „lwem morskim”. On sam lubił, gdy ludzie mówili do niego „dziadku”, bo i sprawował władzę na sposób paternalistyczny, dawał komu chciał, tego pochwalił, tamtego skarcił. Był swojego rodzaju dyktatorem-filantropem.

Postawa Papieża, który zainteresował się losem swych wiernych w odległym zakaukaskim kraju, wzruszyła Abaszydze. Z wielkodusznością iście książęcą podarował na świątynię obszerny plac w okolicach portu, a kiedy już była gotowa zorganizował w wielkim stylu uroczystość konsekracji. Batumska opera wystawiła nawet „Aidę” na cześć przybyłego z Rzymu abp. Tricarico, ściągając z Warszawy i Moskwy odpowiedniej klasy artystów.

– Od 40 lat pracuję w dyplomacji – powtarzał arcybiskup – ale nigdzie czegoś podobnego nie widziałem.

Możnaby odnieść wrażenie, iż katolicy cieszą się szczególnymi względami. To niestety tylko pozory, bo rzeczywistość wygląda mniej różowo. Chociaż Kościół katolicki istnieje w Gruzji od 800 lat, nie posiada dotąd osobowości prawnej, jednym słowem jest i go nie ma. Wystarczy powiedzieć, że świątynie parafialne zarejestrowane są na prywatne osoby.

We wrześniu 2003 r. pojawiła się szansa uregulowania tej kłopotliwej sytuacji. Watykański minister spraw zagranicznych (dokładnie sekretarz do spraw relacji z państwami) abp Jean-Louis Tauran miał podpisać z rządem gruzińskim umowę bilateralną, dotyczącą statusu wspólnoty katolickiej. Kiedy już wylądował na lotnisku w Tbilisi, dali o sobie nieoczekiwanie znać przeciwnicy umowy. W niektórych kręgach pokutują niestety wobec Kościoła katolickiego zadawnione uprzedzenia, czy wręcz obawy o prozelityzm. Tymczasem jeśli istnieje jakieś zagrożenie to raczej ze strony amerykańskich sekt, działających swobodnie pod płaszczykiem różnych firm. W ogóle pełno jest sprzeczności: z jednej strony panuje ogromne przywiązanie do tradycji, z drugiej bezkrytycznie imituje się Zachód. To samo dotyczy historii kraju: podczas gdy w Tbilisi istnieje Muzeum Okupacji Sowieckiej, w Gori, rodzinnym mieście Stalina, kwitnie w najlepsze jego kult, tyle, że nazwy ulic wypisane są po angielsku: potężny pomnik dyktatora stoi na „Stalin Square”, natomiast jego dom – prosta chatynka, znajduje się przy „Stalin Avenue”. Przykłady można by jeszcze długo mnożyć, ale władze muszą się zawsze liczyć z sentymentami tłumu. Przekonali się o tym na własnej skórze kolejni prezydenci.

Wobec istniejącego napięcia, rząd gruziński wycofał się w ostatniej chwili z wcześniejszych obietnic. Wydano oficjalny komunikat, że okoliczności nie pozwalają na podpisanie umowy. Od tamtego czasu Micheil Saakaszwili zastąpił na fotelu prezydenckim Eduarda Szewardnadze, lecz sytuacja gruzińskich katolików niewiele się zmieniła.

Pomimo tego, praca duszpasterska idzie pełną parą. Razem z posługą sakramentalną i katechezą, prowadzona jest działalność charytatywna. „Biednych zawsze będziecie mieli między sobą”, mówi Pan Jezus. Tu jednak sytuacja jest tragiczna. Saakaszwili rozprawił się co prawda z postsowieckim porządkiem, szczególnie z korupcją, ale ubóstwo pozostało. Widać je dosłownie na każdym kroku, bez różnicy wieś czy miasto. Nierzadko brakuje bieżącej wody, gazu i prądu. Świadczenia medyczne są płatne, zaś miesięczna emerytura wynosi średnio 21 dolarów. Kościół katolicki niczym ewangeliczna wdowa, nie wymawia się brakiem środków. „Caritas” wydaje obiady dla potrzebujących, prowadzi domy opieki społecznej, Ojcowie Kamilianie mają szpital polikliniczny „Redemptor Hominis”, gdzie leczy się za darmo. Nikt nikogo nie pyta do jakiej przynależy religii, wystarczy, że jest biedny. W tej sprawie katolicy i prawosławni są całkowicie zgodni.

Kontakty pomiędzy obiema wspólnotami osiągnęły swe apogeum podczas spotkań katolikosa­‑patriarchy Eliasza II z Papieżem Janem Pawłem II. Po raz pierwszy rozmawiali ze sobą w Rzymie jeszcze za czasów Związku Radzieckiego. Niezależnie od wyznawanej religii, czy światopoglądu, większość obywateli Kraju Rad uważała Papieża Polaka za kogoś bliskiego. W przypadku Gruzinów poczucie to było o tyle silniejsze, że oba nasze narody walczyły o odzyskanie niepodległości spod carskiego jarzma. Jednocześnie, Cerkiew gruzińska i Kościół katolicki doświadczyły w okresie komunistycznym bolesnych prześladowań. Wydawało się, że wraz z powrotem wolności religijnej będzie już tylko lepiej, ale każda epoka niesie nowe problemy.

W dniach 8-9 listopada 1999 r. Ojciec Święty odbył pielgrzymkę do Gruzji. Przyleciał prosto z Indii i w zetknięciu z chłodnym klimatem nabawił się poważnego przeziębienia. Pomimo wysokiej gorączki z determinacją realizował kolejne punkty programu.

Kiedy prezydent Szewardnadze ucałował przy powitaniu rękę Jana Pawła II, kręgi niechętne wizycie oskarżyły dawnego ministra spraw zagranicznych ZSSR, o zdradę narodowych i religijnych ideałów. Zapomniano, że to właśnie Watykan uznał jako jeden z pierwszych niepodległość Gruzji. „My dzisiaj bardziej potrzebujemy Papieża niż On Gruzji”, przeciął dyskusje prof. Guram Mamulia, intelektualista i były dysydent, ochrzczony, co podkreślał z dumą w patriarszej katedrze Sioni, tej samej, gdzie znajduje się krzyż św. Nino.

Z zainteresowaniem oczekiwano na wizytę Papieża u patriarchy, który zaprosił go oficjalnie razem z prezydentem jako „głowę państwa watykańskiego”. Obaj duchowni przekazali sobie na oczach wszystkich braterski pocałunek, zapalili świece w katedrze Svetiskhoveli w Mcchecie i podpisali apel o pokój na Kaukazie. Te gesty były jakby wyłomem w murze, przez który teraz można rozmawiać.

Gdy rozeszła się wieść o śmierci Jana Pawła II, patriarcha wysłał na Jego pogrzeb swojego delegata, który wziął także udział w inauguracji pontyfikatu Benedykta XVI. To również ma swoją wymowę, więc trzeba mieć nadzieję, że wzajemne kontakty będą się dalej rozwijały.

K. N.