lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MARZEC 2008
nr 3/2008

Panie Ty wszystko wiesz! Ty wiesz, że Ciebie kocham

Wyśpiewaliśmy nasze Gorzkie Żale, obeszliśmy krzyżowe drogi. Wszystko dla wspomnienia tamtych żali wypłakanych przez Matkę Bolesną w czwartej stacji Drogi Krzyżowej i na szczycie Golgoty i u grobu Syna; żalu płaczek żydowskich i Marii Magdaleny, co bardzo umiłowała Mistrza z Nazaretu. Tyle wokół umęczonego i ukrzyżowanego Jezusa dobrych, odważnych kobiet. Przezwyciężyły lęk miłością, bo same Jego miłości doświadczyły.

A panowie Apostołowie… Gdzie oni są? Pouciekali. Najpierw Judasz – zadufany w sobie samotnik, straszny egoista. Wszystko sam i wszystko sobie. Sam zdradził, sobie kradł, z wyrzutami sumienia po wydaniu Jezusa sam chciał sobie poradzić, sam odniósł trzydzieści srebrników, które wcześniej zgarnął do swojej kieszeni i w końcu sam się powiesił.

Po Judaszu uciekł od Jezusa Piotr – słomiany zapaleniec. Uciekł, ale natychmiast zaczął powracać. Wprawdzie w drodze powrotnej trzykrotnie zaparł się Mistrza, ale gorzko zapłakał. Pomimo to nie uciekł w samotność. Poszedł do chrystusowych ludzi i dzięki temu nie zżarły go wyrzuty sumienia. Razem z Tomaszem, Natanaelem z Kany Galilejskiej, synami Zebedeusza i dwoma innymi uczniami doczekał się decydującego spotkania. I choć stało się ono kolejny raz nad Jeziorem Tyberiadzkim, to jednak jak bardzo różniło się od tego, po którym Piotr zostawił wszystko i poszedł za Jezusem z Nazaretu. Teraz staje przed Nim ze świadectwem dojrzałości wiary, co raz po raz się łamała, na ostatni egzamin. A egzaminacyjne pytania… „– Szymonie, synu Jana, czy miłujesz mnie bardziej niż oni? – Tak Panie! Ty wiesz, że Cię kocham. – Nie pytam czy kochasz. –Szymonie synu Jana, czy miłujesz mnie? – Tak Panie! Ty wiesz, że Cię kocham. – Nie rozumiesz pytania. Skoro tak, to Szymonie synu Jana, czy kochasz mnie?. – Panie wyznaję Twoją wszechwiedzę. Ty wiesz o wszystkim. Ty wiesz, że Cię kocham. – Dojrzała Twoja wiara Piotrze. Pójdź za mną! – Dokąd? Całe Twoje życie szliśmy do Jerozolimy. Osiągnęliśmy cel naszej podróży. – Pójdź za mną do Rzymu. Tam będziesz pasł owce moje. Tam wyciągniesz swoje ręce po męczeńską śmierć, a ktoś inny przepasze Ciebie i poprowadzi dokąd nie chcesz. I niech ciebie nie obchodzą inni. Ty pójdź za mną”.

Piotr posłuchał Mistrza. Za Jego wezwaniem poszedł do Rzymu. I tam, na watykańskim wzgórzu wyciągnął ręce, by przywiązano je do krzyża. Miał wówczas powiedzieć: „Nie jestem godzien umierać, jak mój Mistrz, bo ja trzykroć się Go zaparłem. Ukrzyżujcie mnie, ale głową w dół”. Mówią, że wcześniej próbował uciec przed śmiercią. Taką miał naturę. Jednak ostatecznie zawsze nadzieją, wiarą i miłością umiał utrzymać się przy Jezusie. Tak było i tym razem. Na via Appia, która i dziś do Rymu prowadzi i z niego wyprowadza miał spotkać Światłość. „ – Widzisz tę jasność, która zbliża się ku nam? (…) Jakowaś postać idzie ku nam w blasku słonecznym.

– Rabbi! Co ci jest? – zawołał z niepokojem [Nazariusz]. A z rąk Piotra kostur podróżny wysunął się na ziemię, oczy patrzyły nieruchomo przed siebie, usta były otwarte, w twarzy malowało się zdumienie, radość, zachwyt. Nagle rzucił się na kolana z wyciągniętymi przed się ramionami, a z ust jego wyrwał się okrzyk: – Chryste! Chryste!... I przypadł głową do ziemi, jakby całował czyjeś stopy. Długo trwało milczenie, po czym w ciszy ozwały się przerywane łkaniem słowa starca: – Quo vadis, Domine?... – Gdy ty opuszczasz lud mój, do Rzymu idę, by mnie ukrzyżowano po raz wtóry”. (H. Sienkiewicz, Quo vadis).

Piotr poszedł za Mistrzem a Mistrz poszedł za Piotrem. I tak jest do dzisiaj. Ile razy obiecywałeś sobie, że choćby wszyscy odwrócili się plecami życia do Boga, to na pewno nie ty. A za chwilę znów te same grzechy, których miałeś już nigdy nie popełnić. A Jezus? Nigdy się tobą nie zmęczył. I zawsze wychodził naprzeciw ciebie z pytaniem: „Czy mnie miłujesz?”. A w tym pytaniu była zawsze nadzieja przebaczenia grzechu i darowania łaski. I wówczas mówiłeś z wiarą „Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, że Ciebie kocham”. Czy tak było i tym razem? Spotkałeś Zmartwychwstałego i takie zadał ci pytanie? Co odpowiedziałeś?

ks. Radosław Kimsza