lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
STYCZEŃ 2008
nr 1/2008

Upływa szybko życie

Na przełomie grudnia i stycznia uświadamiamy sobie bardziej niż kiedykolwiek upływ czasu. To, że on płynie, wiedzą nawet dzieci. Przechodzą z klasy do klasy, zmieniają nauczycieli i podręczniki. Starsi wypatrują w lusterku siwe włosy, aż w końcu machają ręką lub zaczynają je malować. Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki, bo napływają wciąż nowe wody – mawiał grecki filozof Heraklit.

Choć na mijający czas nie ma żadnego sposobu, można go przynajmniej trzymać pod kontrolą. Już nasi protoplaści mieli na to swoje metody. Za dnia przypatrywali się słońcu, nocą innym ciałom niebieskim. A kiedy niebo pokrywały chmury pozostawała klepsydra bądź zegary, w których czas wskazywała przepływająca z jednego do drugiego naczynia woda. Można było jeszcze wsłuchiwać się w pianie koguta, patrzeć na kolor ognia, za dnia białawy, o zmierzchu czerwony. Również koty pełniły rolę zegara. Gdy świeci słońce źrenice ich oczu są podłużne, im bliżej wieczora robią się okrągłe.

Precyzyjne odmierzanie czasu nabrało nowego znaczenia po uznaniu chrześcijaństwa za religię cesarstwa rzymskiego. Nie szło jedynie o to, żeby ludzie przychodzili punktualnie na Mszę Świętą. Obok niej praktykowano odmawianie o różnych porach „godzin kanonicznych” (jutrzni, prymy, tercji, nony, nieszporów i komplety), polegających na wspólnotowej recytacji psalmów. Ostatecznie „godziny kanoniczne” zostały wpisane w katalog obowiązków kleru oraz osób zakonnych ale świeccy byli i są mile widziani, choćby na nieszporach w oktawie Bożego Ciała.

Papież Sabinianus (604-606) zalecił umieszczanie na kościołach zegarów słonecznych. Miały one bardzo prostą budowę: kawałek pręta, który rzucał cień na zaznaczone wokół kreski, odpowiadające poszczególnym „godzinom kanonicznym”. Gdy cień pokrywał się z kreską bito w dzwony. Odtąd ich dźwięk regulował codzienne życie, wzywał do modlitwy i pracy.

Pod koniec X w. wynaleziono zegar mechaniczny, który pozwalał na odmierzanie czasu niezależnie od słońca. Jego mechanizm stanowiła belka z okręconym wokół niej sznurem, zakończonym odważnikiem. Kiedy pod wpływem siły ciężkości odważnik spadał do dołu, belka obracała się napędzając pierwsze koło zębate, te następne, aż po wskazówki.

Wynalezienie zegara mechanicznego przypisuje się papieżowi Sylwestrowi II. Nawet encyklopedie wydawane w komunistycznej Polsce nazywały go najbardziej uczonym człowiekiem swojej epoki. Mając zaledwie kilka lat został oddany przez rodziców do benedyktyńskiego klasztoru w Aurillac, na południu Francji, gdzie otrzymał zakonne imię Gerbert. W krótkim czasie dał się poznać jako wybitny astronom, matematyk i muzyk. Rządził krótko diecezjami w Reims i w Rawennie. Po wyniesieniu na Stolicę Piotrową 2 kwietnia 999 r., dążył do zjednoczenia państw europejskich na fundamencie wiary. Pragnął stworzyć coś w rodzaju chrześcijańskiej Unii Europejskiej z centrum w Rzymie. Rządy duchowe miał sprawować w niej papież, świeckie zaś cesarz germański. Panujący wówczas w Niemczech Otton III Rudy był wychowankiem papieża Sylwestra, który zastępował mu zmarłego ojca. Nie mogło się oczywiście odbyć bez kobiet. Na dworze cesarskim rządziły twardą ręką babka i matka młodego władcy, św. Adelajda, zakochana w Italii Niemka i Teofano, bizantyjska księżniczka. Nic więc dziwnego, że wzrastając w takim otoczeniu, Otton posiadał rozległą kulturę osobistą. Stąd także wziął się jego plan odrodzenia Imperium Rzymskiego, który współgrał doskonale z ideami papieża.

Mieszkańcy Wiecznego Miasta nie lubili władców z dynastii ottońskiej, postrzegając ich jak barbarzyńskich uzurpatorów, szanowali natomiast Ojca Świętego. Był on dla nich zastępcą Chrystusa na ziemi, ponadto owiewał go tajemny nimb mędrca obdarzonego nieziemskimi mocami. Wiedziano powszechnie, że w pałacu na Lateranie zgromadził bogaty księgozbiór oraz przyrządy astronomiczne. Nabył je jeszcze jako zakonnik, od arabskich uczonych w Katalonii. Arabowie mają wielkie zasługi w ocaleniu największych dzieł starożytności. W trakcie podbojów militarnych nie palili bibliotek, nie zabijali uczonych, starając się raczej posiąść mądrość minionych pokoleń. Powstało w związku z tym bardzo wiele tłumaczeń z greki na język arabski, które przekładano następnie na łacinę. Kontakty z muzułmańskim uczonymi zarzucali potem papieżowi nieprzyjaźni Rzymowi teologowie. Inni posunęli się jeszcze dalej, oskarżając go o uprawianie magii i konszachty w stylu Pana Twardowskiego. Wielka wiedza wzbudza zawsze w ignorantach strach, a przynajmniej podejrzliwość. Stąd już tylko krok do posądzeń o herezję i pychę.

Lud rzymski bacznie obserwował każdy gest papieża Sylwestra, wsłuchiwał się z bojaźnią w wypowiadane słowa. Wśród najmniej oświeconych warstw społeczeństwa panowało przekonanie, że w nocy z 31 grudnia 999 r. na 1 stycznia 1000 r. nastąpi koniec świata. Obok zabobonów, tę apokaliptyczną atmosferę podsycały mizerne warunki życia. Ludzie mieszkali w prowizorycznych chałupkach wciśniętych pomiędzy ruiny monumentalnych antycznych budowli. Niejeden raz, walące się ściany, czy kolumny grzebały pod swym ciężarem całe rodziny wraz z dobytkiem. Od czasu, gdy Konstantyn Wielki przeniósł stolicę imperium nad Bosfor budowano niewiele, ograniczając się do utrzymania istniejących już gmachów. Z racji na ich nieużyteczność, gdyż spadła znacznie liczba ludności, zaprzestano w końcu i tego. Akwedukty oraz podziemna kanalizacja, będące chlubą starożytnych, zostały albo zburzone podczas najazdów barbarzyńców albo się po prostu zatkały z braku konserwacji. Powstawały natomiast kościoły i warowne zamki rzymskiej arystokracji z górującymi nad miastem setkami wież. Crescenzi, Tuscolo, Frangipane, mogli dzięki temu kontrolować sytuację, gdy zaś wyczuwali słabość sąsiada, najeżdżali jeden drugiego.

Upadek miasta związany był także z powodziami. Głęboką na 13 metrów trawertynową nieckę, w której obecnie płynie Tybr, wybudowano dopiero na przełomie XIX i XX w. Wcześniej rzeka zalewała wszystko od centrum po peryferie. Na starszych domach zachowały się tabliczki wskazujące poziom wody podczas największych powodzi. Problemy nie kończyły się z jej ustąpieniem. Naniesiony muł, potopione zwierzęta, czy zgniła żywność sprzyjały różnego rodzaju epidemiom. Za każdym razem śmierć zbierała obfite żniwo i przynajmniej ona była na swój sposób sprawiedliwa.

Te okoliczności działały przygnębiająco. Rzymianie odczuwali bezsilność wobec potęgi zła lecz pomimo wszystko chcieli żyć. Nie ma w człowieku większej siły niż wola przetrwania. Dlatego 31 grudnia 999 r. zebrał się przed rezydencją papieską na Lateranie niemały tłum. Okalający ją plac pozostaje do dzisiaj tradycyjnym miejscem zgromadzeń, począwszy od Mszy Świętej na Boże Ciało, po koncert rockowy organizowany 1 maja przez związki zawodowe. Razem z okolicznymi ulicami może on pomieścić nawet milion osób. Nie wiadomo dokładnie ilu przyszło tam w ostatni dzień owego pamiętnego roku. Pewne jest, że im bardziej zbliżała się północ, tym bardziej narastało napięcie. Z różnych stron rozlegały się głosy. – Ratuj Ojcze Święty! Obroń nas przed zagładą!

O czym myśleli? Niewykluczone, że obawiali się trzęsienia ziemi albo, że Tybr zatopi miasto. Może spodziewali się Chrystusa, który przy dźwięku trąb anielskich zstąpi z niebios, aby dokonać Sądu Ostatecznego.

Na środku placu stał w tamtym czasie posąg konny imperatora Marka Aureliusza, zdobiący obecnie Kapitol. Istniał przesąd, iż przy końcu świata brąz z jakiego wykonane były figury jeźdźca i konia przemieni się w złoto. Mity rodzą się zazwyczaj z faktów. I rzeczywiście, przy okazji ostatnich prac konserwatorskich stwierdzono, że posąg był pierwotnie pozłacany. Zgromadzeni na placu spoglądali nań rządni znaku, lecz jak wiadomo „nocą wszystkie koty są czarne”.

Papież natomiast obserwował tłum z okien swojej komnaty. Ci ludzie wzbudzali litość i on, o umyśle jasnym jak słońce, postanowił rozwiać ciemności kłębiące się w ich umysłach. Wyszedł na balkon. Niczego nie tłumaczył, nie pocieszał lecz od razu rozpoczął odmawianie „Litanii do Wszystkich Świętych”.

– Święta Maryjo, Święty Józefie, Święci Piotrze i Pawle...

– Módlcie się za nami – odpowiadał jak jeden mąż tłum.

Płynęły kolejne wezwania. Wszyscy tak się przejęli modlitwą, że nikt nie zwrócił uwagi na wybijające północ dzwony. Po zakończeniu litanii papież rozłożył szeroko ramiona.

– Na to nowe tysiąclecie, które właśnie rozpoczęliśmy, niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec, i Syn, i Duch Święty.

Kreślił znak krzyża nad miastem i światem, Urbi et Orbi, a tłum wiwatował najradośniej jak tylko umiał. Zabawa przeciągnęła się do rana. Nazwano ją od imienia Ojca Świętego „sylwestrową” i odtąd corocznie witano w ten sposób Nowy Rok. Naturalnie każda epoka dodawała do tego świętowania nowe elementy. W agendzie ceremonii papieskich pojawiła się Msza Święta dziękczynna odprawiana obecnie, z woli Benedykta XVI, w Bazylice św. Piotra na Watykanie. Typowo rzymskim zwyczajem było jeszcze niedawno wyrzucanie z domów na ulicę, starych, niepotrzebnych rzeczy. Wylatywały przez okno garnki, meble, telewizory, co w połączeniu z kanonadą petard stanowiło poważne zagrożenie życia. Jeśli ktoś nie dysponował garażem, to tej nocy wyprowadzał samochód na położone przy wjeździe do miasta parkingi. Dzisiaj prawo zakazuje podobnych praktyk, ale lepiej zachować ostrożność.

Rok tysięczny okazał się bardzo ważny dla naszej ojczyzny. Papież Sylwester II utworzył w Polsce metropolię kościelną, czym utwierdził na ziemiach piastowych tak chrześcijaństwo jak cywilizację, bo one zazwyczaj idą ze sobą w parze. Bardzo możliwe, iż był także reżyserem słynnego zjazdu gnieźnieńskiego. Cesarz Otton III nazwał wówczas Bolesława Chrobrego swoim bratem i współpracownikiem, wieńcząc jego skronie własnym diademem. Gestem tym wyniósł de facto Chrobrego do godności królewskiej. Podobna fortuna uśmiechnęła się do władcy Węgier księcia Stefana.

W drodze powrotnej do Rzymu, cesarz zabrał ze sobą pośród innych darów ramię św. Wojciecha, zabitego przez pogańskich Prusów. Jego śmierć za wiarę mocno nim wstrząsnęła, gdyż łączyły obu więzi przyjaźni. Również Ojciec Święty miał okazję poznać in persona cnoty praskiego biskupa. Czegóż więcej trzeba do kanonizacji niż osobiste doświadczenie głowy Kościoła? Relikwię złożono w kościele na Wyspie Tybrowej w Rzymie. Za czasów pogańskich, w tym samym miejscu stała świątynia Eskulapa, do której schodzili się chorzy z całego miasta. Teraz ich potomkowie mieli pielgrzymować do szczątków słowiańskiego męczennika. To było pierwsze przyjęcie naszego kraju do Unii Europejskiej.

Niestety już w styczniu 1001 r., rzymska arystokracja zaczęła organizować bunty przeciwko cesarzowi. Niemiecki ordnung był dla niej antypatyczny z samej swej natury, przede wszystkim zaś ograniczył dotychczasową samowolę. Jednocześnie ziomkowie Ottona III domagali się jego powrotu do ojczyzny. W tej sytuacji władca postanowił opuścić Wieczne Miasto. Tułał się zdezorientowany po Italii i wkrótce potem zakończył swój żywot w wieku zaledwie 22 lat, przypuszczalnie otruty przez wrogów. Papież Sylwester II towarzyszył mu do końca, następnie powrócił do Rzymu. 12 maja 1003, odprawiając Mszę Świętą w Bazylice św. Krzyża Jerozolimskiego, on także odszedł do Pana.

„Pojedyńczy dzień jest dla mnie ważny jak cały rok” napisał kiedyś do Ottona. Tłumaczył mu, że nie można zmarnować ani chwili, że nie należy niczego odkładać na później. Czas bowiem ucieka bezpowrotnie.

K. N.