lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
STYCZEŃ 2005
nr 1/2005

Podróże kształcą czyli znaki Opatrzności

Wróciłem niedawno z Ustki, gdzie spędziłem dwa tygodnie na turnusie rehabilitacyjnym. Nie był to jednak czas poświęcony li tylko dla podreperowania zdrowia. W wolnych chwilach wpadałem do pobliskiego Słupska w celach turystycznych. Zdarzyło się raz w niedzielę, że nieoczekiwanie trafiłem na Mszę Świętą w kościele św. Jacka. Mile byłem zaskoczony, kiedy po Ewangelii ks. prałat Jan Girotowicz, proboszcz miejscowej parafii, oddał głos goszczącemu tu kapłanowi, koledze Sługi Bożego Ks. Jerzego Popiełuszki. Kapłan nastawił magnetofon z nagraniami fragmentów kazań wygłaszanych na jego Mszach za Ojczyznę. A przy okazji dzielił się wspomnieniami z życia Sługi Bożego. Zakończył swoje wystąpienie ostatnim kazaniem Sługi Boże go na krótko przed zbrodniczym napadem i zamordowaniem Księdza Jerzego. Wtedy w kościele nastała dłuższa chwila ciszy przerywana tu i ówdzie westchnieniami żalu i z trudem ukrywanych odruchów szlochu.

Ta szczególna, wielce poruszająca Msza w miesiącu poświęconym "Świętych obcowaniu" stanowiła dla mnie, a mniemam, że dla wszystkich jej uczestników, niezapomniane rekolekcje. Zaraz po Mszy udałem się do zakrystii, by podziękować księdzu prałatowi i jego gościowi za to niezwykłe duchowe przeżycie, zważywszy, że znalazłem się w Kościele św. Jacka przypadkowo.

Ksiądz prałat uśmiechnął się tylko, mówiąc: - Proszę pana, nie ma przypadków. Sprowadziła tu pana Opatrzność! Oglądałem się za kimś takim, jak pan, bo chciałbym w najbliższym czasie, aby jakiś twórca przeczytał kilka modlitw poetyckich na Mszy Świętej ku zbudowaniu wiernych.

Przyznam, że wiersze-modlitwy czytane od ołtarza były dla mnie wielkim przeżyciem. I oto ta moja incydentalna obecność w Słupsku stała się okazją dla księdza prałata do zaproszenia mnie ma kilka imprez patriotycznych i spotkań autorskich do pobliskiej szkoły na terenie jego parafii. Byłem zbudowany niezwykłą inicjatywą integrującą miejscową społeczność. W szkole podstawowej nr 1 w Słupsku został zorganizowany wieczór rodzinnego śpiewania pieśni patriotycznych. Śpiewały babcie z wnuczkami i dziadkami, rodzice z dziećmi, a także rodzeństwa od kilkulatków do dorosłych. Były też chóry stanowiące zespoły ludzi w wieku "złotej jesieni". Na koniec śpiewali razem wszyscy uczestnicy spotkania. Ująwszy się za ręce tworzyli wielki rodzinny wieniec braterskiej społeczności. Takie integrujące spotkanie w dobie atomizacji społeczeństw jest godne naśladowania - pomyślałem wtedy - także na naszej Podlaskiej Ziemi.

Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy z księdzem Janem na plebanię i tam chciałem go pożegnać, nie pozwolił mi iść do autobusu.

- Mamy jeszcze wiele spraw do załatwienia! - powiedział i zaprosił mnie do Kościoła św. Jacka na najbliższą niedzielę (gdzie na kolejnych dwu Mszach czytałem wiersze-modlitwy z "Jerozolimskich śladów". Nie byłem atoli sam. Okazało się niebawem, że była to kolejna wielka impreza z koncertem Harcerskiego Zespołu Mandolinistów "Frygi" pod dyrekcją harcmistrza Stanisława Gortata, dyrygenta i założyciela zespołu. Było to kolejne wielkie przeżycie, jako że zespół ten jest laureatem wielu prestiżowych konkursów międzynarodowych między innymi w Belgii, Włoszech, Mongolii.

To "przypadkowe", jak sądziłem początkowo, spotkanie z księdzem prałatem Janem Girotowiczem przypomina mi wcześniejsze, sprzed trzydziestu kilku lat niezwykłe poznanie się ze śp. Księdzem doktorem Kazimierzem Świetlińskim w czteromilionowym Detroit w USA. Dlatego nie od rzeczy będzie dołączyć i to świadectwo. Przekonałem się już wtedy, że prowadzeni jesteśmy mocno trzymani za rękę przez Opatrzność...

Był rok 1966.Po przebyciu Atlantyku na pokładzie M/S "Batory" znaleźliśmy się w kanadyjskim Montrealu, by po kilkugodzinnym odpoczynku nad Zatoką św. Wawrzyńca popłynąć jej wodami do portu Detroit w USA. Po "wyokrętowaniu" - jak to fachowo nazywali marynarze - ruszyłem z bagażem wraz z innymi pasażerami do postoju taksówek. I tu rozczarowanie. Po wszystkich przyjechali kuzyni samochodami, ja zaś pozostałem sam na postoju. Musiałem skorzystać z telefonu, by powiadomić rodzinę w Grand Rapids. Odbierająca wiadomość kuzynka, zawołała zaskoczona: - O boy! Henry pojechał po ciebie carem do Dansing!

Zaproponowała, bym zadzwonił za godzinę, lub przyjechał autobusem. Wybrałem to pierwsze, bo przy pięciu dolarach w kieszeni wariant drugi był niemożliwy do zrealizowania. Zostawiwszy zatem bagaż w sejfie, opuściłem port, by rozejrzeć się w mieście. Pomyślałem o polskim kościele. Kiedy niebawem natknąłem się na kościelną wieżę postanowiłem zajść na plebanię. Amerykański kapłan połączył mnie telefonicznie z Saint Stanislau?s Church.

- Ksiądz Kazimierz Świetliński, słucham! - odezwał się głos w słuchawce. Przedstawiłem się krótko, relacjonując moją sytuację.

- A skąd pan? - zapytał.

- Z Białegostoku...

- A zna pan księdza Abramowicza? To mój kolega ze studiów...

- Kto w Białymstoku nie zna budowniczego Kościoła św. Rocha? - zawołałem.

- A zetknął się pan z kimś z Towarzystwa Chrystusowego? - usłyszałem kolejne pytanie.

- Nie - odrzekłem lecz zaraz dodałem - O ile sobie przypominam, wybierał się tam mój kolega...

- A jak się nazywa? - przerwał mi,

- Franek Dąbrowski.

- A chce pan z nim rozmawiać?!

Myślałem, że ksiądz żartuje.

- Przecież to niemożliwe! - zawołałem.

- Ja się pana pytam, czy chce pan z nim rozmawiać? - powtórzył pytanie.

- Oczywiście, jeśli jest taka możliwość...

Czekałem chwile i wreszcie odezwał się znajomy głos:

- Franek Dąbrowski, słucham.

Skończyło się na tym, że po krótkim czasie przyjechał jakiś ksiądz wielkim "krążownikiem" i zaprosił mnie do wnętrza. Mówił źle po polsku, jakimś archaicznym językiem. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Umożliwiono mi kontakt z rodziną. Ksiądz Kazimierz zaczął pocieszać, żeby się o mnie nie martwiono, bo jestem w dobrych rękach...

Przez cały czas mego pobytu w Ameryce miałem kontakty z Towarzystwem Chrystusowym, a ksiądz dr?Kazimierz Świetliński był moim cicerone po muzeach i świątyniach tego wielomilionowego miasta. A potem wielokrotnie odwiedzał mnie w Białymstoku. Razem pielgrzymowaliśmy do Niepokalanowa. Pod koniec lat bodajże siedemdziesiątych mieliśmy spotkać się jak zwykle, w warszawskiej "Romie" - hotelu dla księży. Niestety, ksiądz poczuł się źle i nasze spotkanie nie doszło do skutku. Po kilku tygodniach przyszło powiadomienie z Detroit o śmierci kapłana,

Ksiądz doktor Kazimierz Świetliński był znanym działaczem polonijnym. Jako kapelan obsługiwał przeróżne spotkania weteranów, na które mnie często zapraszał. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Zaproponowano mi nawet prowadzenie wakacyjnego obozu młodzieży w ramach Związku Sokolstwa Polskiego. Niestety, mój roczny urlop bezpłatny kończył się i musiałem wracać do kraju.

Te i inne znaki Opatrzności towarzyszyły mi zresztą dużo wcześniej już od najmłodszych lat dzieciństwa. A szczególnie w czasach wojny. Ale to już przekracza ramy niniejszych wspomnień.

Mieczysław Czajkowski