lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2007
nr 12/2007

Przyszedł, przychodzi, przyjdzie…

Liturgia Słowa pierwszej niedzieli Adwentu przypomina, że powołanie chrześcijańskie realizuje się w nieustannym oczekiwaniu. «Czuwajcie, bo nie wiecie, którego dnia przyjdzie wasz Pan» (Mt 24,42). Dlaczego trzeba czuwać?

Przypatrzmy się najpierw pierwszemu oczekiwaniu na przyjście Pana – Jezusa Chrystusa. Stało się ono w Nazarecie. Bóg stał się człowiekiem w momencie Zwiastowania. Słowa Maryi: „niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1, 38), wypowiedziane do Anioła Gabriela, stały się początkiem nowego, dotąd nieznanego bytu: Boga Człowieka, Boga z Boga, Światła ze Światłości. Ludźmi czuwania na pierwsze przyjście Pana byli: Maryja, która uwierzyła, że „wypełnią się słowa powiedziane Jej przez Pana” (Łk 1, 45), Józef, który uwierzył Boskim snom i pozwolił zamieszkać w swoim domu żonie, która czekała na nie jego dziecko (por. Mt 1, 18-25), Elżbieta, która pierwsza swoją kuzynkę Maryję nazwała Theotokos – Matką Boga (por. Łk 1, 43), i Jan, który pod sercem swojej mamy ucieszył się z obecności kuzyna – Boga. To ludzie, którzy w pierwszym w dziejach człowieka Adwencie wiarą przyjęli do swego życia Boży plan zbawienia i przyzwoleniem woli włączyli się w jego realizację. Czas pierwszego, dziewięciomiesięcznego Adwentu był spokojny, przebiegał w klimacie kontemplacji wielkich rzeczy, które poprzez wcielenie uczynił światu Wszechmocny (por. Łk 1, 49). Niepokój wkradł się w ostatnie chwile tego adwentu. Słowo nie miało gdzie się urodzić. Przynajmniej przez mieszkańców Betlejem stało się nieoczekiwanym. Kto mógł się zresztą spodziewać, że Bóg stał się człowiekiem w dziewczynie z Nazaretu? Stamtąd nie mogło pochodzić nic dobrego (por. J 1, 46). Słowo stało się widzialnym Ciałem pośród zwierząt. To poniekąd ludzka kondycja po pierwszym nieposłuszeństwie. Jahwe obnażonego przez grzech człowieka ubiera w zwierzęce skóry (por. Rdz 3, 21). W nich człowiek trwa aż do Bożego Narodzenia, poprzez które ludzie przyoblekli się w nowego człowieka i wszystko stało się nowe (por. Ap 21, 5).

Bóg przyszedł na ziemię, „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami” (J 1, 14). A pomimo tego człowiek wciąż czeka i czeka, a Bóg wciąż przychodzi i przychodzi. To drugi Adwent, którego wypełnienie zależy tylko od człowieka. Bóg jest „przychodzącym”, o ile człowiek jest „chcącym” przyjścia. Jak „Przychodzący” spotyka się z „chcącym”? Przez wiarę. Jeśli z wiarą czytam Słowo, zapisane na stronicach Biblii, to Bóg sam przychodzi i do mnie przemawia. Kończy się wówczas Adwent i doświadczam Emmanuela – Boga wśród nas. To takie proste Boże Narodzenie. Wystarczy sięgnąć po Pismo Święte, obudzić wiarę, wczytać się w słowo napisane przez człowieka i usłyszeć Boga mówiącego wprost do mnie. Inne doświadczenie Boga przychodzącego wymaga od człowieka pójścia do kościoła. W czasie Eucharystii Bóg rodzi się w Słowie, chlebie i winie i taki daje się człowiekowi, i pragnie w człowieku pozostać. Wypełnienie oczekiwania na przyjście Pana staje się więc wtedy, kiedy uczestniczymy w Mszy Świętej i karmimy się Bogiem Słowa i Bogiem Chleba. Najtrudniejszym jest wypełnienie oczekiwania na przyjście Pana dokonujące się w człowieku – Świątyni Boga (por. 1Kor 3,16). Ile potrzeba wiary, aby wyznać Boga w kimś, kto jest trudny, z pogmatwanym charakterem, nieokrzesany z rozmaitych „wyrostków”, które są przeglądem konsekwencji grzechu pierworodnego. Człowiek niejednokrotnie jest zaprzeczeniem wiary w Boga-Miłość, zamiast być jej potwierdzeniem. Ten rodzaj adwentu trwa najdłużej, a jego wypełnienie przychodzi najtrudniej i wymaga od człowieka samozaparcia, cierpliwości i nieustannego mnożenia łaski wiary, nadziei i miłości. Znamy przecież ludzi, którzy doświadczyli i wciąż doświadczają spotkania z Bogiem w trudnym człowieku.

Trzeci adwent to oczekiwanie na Boga, który „przyjdzie sądzić żywych i umarłych” i na wieczność zaprowadzić swoje Królestwo. Pierwszy adwent, który zaczął się w Nazarecie, wypełnił się – Słowo stało się Ciałem. Drugi jest wciąż wypełniającym się – ile razy słucham Słowa, przyjmuję komunię, czynię miłość względem ludzi, tyle razy Bóg przychodzi. Trzeci adwent wypełni się na końcu czasów. Kiedy? „W chwili, kiedy się nie spodziewacie” (Mt 24, 44). Pierwsi chrześcijanie wierzyli, że stanie się to wkrótce. Pragnęli powtórnego przyjścia Pana tak bardzo, że nawet pozdrawiali się „Marana-atha” – „Niech Pan przyjdzie!”. A ja? Bardziej boję się, niż oczekuję przyjścia Pana. Niechętnie o powtórnym przyjściu Pana myślę, jeszcze trudniej przychodzi mi o tym mówić, bo nie jestem gotowy. Odkładam to na później: na emeryturę, na starość, na mniej zabiegane dni, na urlop. Dlaczego? Przecież będzie to początek wiecznej miłości, nieustannego kochania. Czy może być coś piękniejszego?

Adwent czterech niedzieli i dni pomiędzy nimi jest po to, aby wspomnieć to, co stało się dwa tysiące lat temu i dokonać bilansu z pragnienia spotkania z Tym, który przyszedł, przychodzi i przyjdzie, oraz zrobić wszystko, aby pragnęło się bardziej wiecznej miłości, nieustannego kochania.

ks. Radosław Kimsza