lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
PAŹDZIERNIK 2007
nr 10/2007

Po drugiej stronie rzeki (cz. I)

Jordania bierze swą nazwę od Jordanu, który płynie wzdłuż jej zachodniej granicy. Przed „wojną sześciodniową” 1967 r. była niemal o połowę większa, obejmowała wschodnią Jerozolimę, Betlejem, Hebron i Jerycho. Ostatecznie, pod presją krajów arabskich, zrezygnowała z tego obszaru na rzecz utworzenia tam suwerennego państwa palestyńskiego.

W ammańskim muzeum wojska, nazywanym „Memoriałem męczenników”, jest zaledwie wzmianka o klęsce z 1967 r. Lepiej opowiadać momenty chwały. Abu Mussa, muzułmanin pracujący w jednej ze stołecznych szkół katolickich, oprowadza po ekspozycji wyraźnie przejęty. Zatrzymuje się przed gablotą z generalskim mundurem i oznajmia dobitnie – Sir John Glubb! Pasza! Robi minę jakby chciał powiedzieć – To był dopiero ktoś! Niestety za mało zna angielski.

Generał Glubb, z pochodzenia Anglik, zorganizował od podstaw siły zbrojne Jordanii, która w 1946 r. przekształciła się z emiratu pod mandatem brytyjskim w niepodległe państwo. Dzięki niemu odniesiono największe zwycięstwa, wspominane dotąd z łezką w oku, bo to bardzo odległa historia.

Jordania jest monarchią konstytucyjną, posiada dwuizbowy parlament oraz lokalne samorządy. W rzeczywistości jednak cała władza spoczywa w rękach króla Abdullaha II. Jego podobiznę można zobaczyć na każdym kroku. Raz nosi mundur wojskowy, to znowu elegancki garnitur lub kostium do gry w tenisa. Przeciętny człowiek czuje na sobie jego wzrok 24 godziny na dobę i nie ma wątpliwości kto sprawuje rządy. Ale może w krajach arabskich potrzeba takiego absolutnego władcy, bo w przeciwnym wypadku wdarłaby się zaraz anarchia. W Jordanii pozostała żywa świadomość przynależności plemiennej i poszczególne grupy rywalizują ze sobą o wpływy.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że po inwazji muzułmańskiej, chrześcijaństwo przetrwało tu wyłącznie w plemionach beduińskich, które w przeciwieństwie do ludności miejskiej nie uległy islamizacji. Na pustyni łatwiej było po prostu zachować wiarę. Dlatego nie trzeba się dziwić, gdy ktoś utrzymuje, że ma w rodzinie kilkunastu księży i tyleż sióstr zakonnych. Chrześcijanie są ze sobą bardzo silnie skoligaceni na bazie przynależności plemiennej i to pomaga im w codziennym życiu.

Spośród prawie 6 mln mieszkańców Jordanii, niemal połowę stanowią Palestyńczycy, uchodźcy z terenów zajętych przez Izrael. To wzajemne współżycie wymuszone przez bieg historii miewało w przeszłości różne dramatyczne momenty, łącznie z wojną domową. Nie zmienia to faktu, że ludność palestyńska posiada duży udział w rozwoju kraju. W połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia Amman był wielkości Białegostoku, obecnie liczy 1,2 mln mieszkańców i ciągle rośnie. Osiedla mieszkaniowe, gmachy banków oraz hoteli charakteryzuje gustowna architektura; ulice są w perfekcyjnym stanie, gdziekolwiek spojrzeć jest czysto. Równie dobrze ma się gospodarka oparta na wydobyciu soli potasowych i fosforytów, eksportowanych głównie do Arabii Saudyjskiej. Do ich transportu wykorzystywana jest jedyna w kraju linia kolejowa, łącząca niegdyś Damaszek z Mekką. Pociągów pasażerskich w ogóle nie ma, bo się nie opłacają.

Ważne źródło dochodu narodowego stanowi turystyka. Do samej tylko Petry, okrzykniętej przez internautów jednym z cudów świata, przyjeżdża każdego miesiąca 60-70 tysięcy ludzi. Podobnie prosperuje pustynia Wadi Rum, najbardziej spektakularna na Bliskim Wschodzie przez formy swych skał i kolory piasku. Ruch jest na niej tak duży, że musiano ustawić znaki drogowe: uwaga wielbłądy ! Garbusy hodowane pod gołym niebem, ryzykują bowiem życiem z powodu szarżujących jeepami Beduinów. Ich strategia jest prosta: im bardziej zadziwisz turystów, tym napiwek – słynny bakszysz – będzie hojniejszy.

Napływ gości z zagranicy stwarza zapotrzebowanie na przewodników, hotele, restauracje. W praktyce turystyka zapewnia utrzymanie coraz większej grupie mieszkańców i stymuluje rozwój kraju.

Nie wszystko wygląda oczywiście tak różowo. Ostatnimi laty przybyło do Jordanii około 750 tysięcy uchodźców z Iraku, co spowodowało skok cen z negatywnymi skutkami głównie dla klasy średniej, do której należą chrześcijanie. Najuboższa część społeczeństwa żyje dotąd pod namiotami, jak w czasach biblijnych i nie chodzi bynajmniej o Beduinów cieszących się faworami dworu królewskiego. W stołecznym Ammanie niektóre dzielnice otrzymują wodę tylko raz na tydzień. Ludzie radzą sobie instalując w domu specjalne zbiorniki, ale jest z tym wiele problemów, szczególnie latem.

Na terytorium Jordanii rozegrały się różne wydarzenia z historii zbawienia. – Jesteśmy w 100 % Ziemią Świętą – zapewnia bp Selim Sayegh, wikariusz generalny łacińskiego patriarchy Jerozolimy. Mojżesz zakończył swe życie na Górze Nebo. Uriasz Chetyta zdradzony przez żonę Betszebę z królem Dawidem, poniósł śmierć podczas oblężenia Ammanu (wówczas Rabba). Na wschdnim brzegu Jordanu Pan Jezus przyjął chrzest od Jana; w Gedarze uwolnił dwóch opętanych przez złe duchy, które wstąpiły w stado wieprzy i razem z nimi rzuciły się do jeziora Genezaret. Można by tu jeszcze długo wyliczać biblijne epizody. Jakie miejsce robi największe wrażenie to oczywiście sprawa osobistych preferencji.

Idąc w porządku chronologicznym trzeba zacząć od góry Nebo. Znajduje się ona na południe od Ammanu w pobliżu miasta Madaba, gdzie żyje druga pod względem wielkości wspólnota katolicka Jordanii.

Nebo wznosi się 800 metrów nad poziomem morza. Przy dobrej pogodzie można zeń dostrzec główne miasta Judei, w pierwszym rzędzie Jerycho, nocą zaś światła Jerozolimy. Ten sam widok oglądał przed śmiercią Mojżesz. „Rzekł Pan do niego: Oto kraj, który poprzysiągłem Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi (…), lecz tam nie wejdziesz. Tam w krainie Moabu, według postanowienia Pana umarł Mojżesz, sługa Pański” (Pwt 34,4-5). Poniósł srogą karę za chwilę niewierności. Do Mojżesza odwołują trzy największe religie monoteistyczne: żydowska, chrześcijańska i muzułmańska. Kościoły chrześcijańskie obchodzą jego liturgiczne wspomnienie 4 września.

Zapiski starożytnych pielgrzymów, w tym hiszpanki Egerii oraz lokalna tradycja z okolic Madaby kojarzą z Mojżeszem dwa wierzchołki góry Nebo – Siyagha oraz Mukhayya. Oba kupiła w 1932 r. Franciszkańska Kustodia Ziemi Świętej. Rok później ruszyły prace archeologiczne. Na Siyagha, najbardziej zwróconym ku Jordanowi, odkryto ślady konstrukcji jeszcze sprzed narodzenia Chrystusa. Za czasów chrześcijańskich cesarzy przebudowano je na kościół i klasztor. W trakcie badań natrafiono na dobrze zachowane mozaiki podłogowe, nałożone jedna na drugą w różnych epokach. Kiedy franciszkanie zrekonstruowali kościół, najstarsza z nich, przedstawiająca sceny myśliwskie i pasterskie pozostała na swoim miejscu, inne umieszczono na ścianach.

Przy takiej ilości zabytków zgromadzonych w jednym miejscu, poważny problem stanowią różni zbieracze staroci, a nawet zwykli ludzie, którzy chcą sobie zabrać coś na pamiątkę Problem jest stary jak samo pielgrzymowanie do Ziemi Świętej. Kroniki z IV w. odnotowały, że pewien człowiek całując odnaleziony krzyż Chrystusa, odgryzł kawałek relikwii, próbując następnie wynieść go w ustach. Od tamtego czasu podczas każdej adoracji czuwało dwóch rosłych diakonów, aby zapobiec podobnym ekscesom. – Dzisiaj też trzeba pilnować – mówi franciszkański kustosz Ziemi Świętej o. Pierbattista Pizzaballa. – W przeciwnym razie rozebraliby nam do fundamentów wszystkie sanktuaria.

Na krawędzi góry stoi dzieło włoskiego rzeźbiarza Gianpaolo Frantoni: kilkumetrowy pal z oplatającym go wężem. Całość przypomina z daleka wiszącego na krzyżu Chrystusa. Artysta nawiązał do węża z brązu umieszczonego przez Mojżesza na tyczce. Jeśli ktoś ukąszony przez prawdziwego węża spojrzał na niego, pozostawał przy życiu. Pan Jezus z kolei powiedział o sobie: „Podobnie jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, żeby został wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy kto w niego wierzy miał życie wieczne (J 3, 14-15).

Jeśli upał nie daje się zbytnio we znaki, można medytować godzinami, spoglądając w kierunku Ziemi Obiecanej, tej geograficznej, po zachodniej stronie Jordanu i tej eschatologicznej.

Pierwsza znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Dotarcie do niej wymaga jednak długiego oczekiwania na przejściu granicznym i drobiazgowych kontroli. „Patriarchat łaciński obejmuje Jordanię, Izrael i Palestynę, to znaczy trzy granice i setki check-point”, mówi w wywiadzie dla włoskiego czasopisma „Famiglia Cristiana”, patriarcha koadiutor Fouad Twal.

Dotarcie do „eschatologicznej Ziemi Obiecanej” wymaga jeszcze większego wysiłku.

c.d.n.

K. N.