lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
WRZESIEŃ 2007
nr 9/2007

Słoń jak słoń

Od tysięcy lat oswaja się słonie. To największe ze stworzeń, może być bez problemu dźwigiem, spychaczem, aktorem cyrkowym, a nawet maszyną wojenną. Lecz, żeby umieszczać je na pomnikach?

Tymczasem w Rzymie, pomiędzy akademią dla papieskich dyplomatów i kościołem Santa Maria Sopra Minerva, stoi kamienny słonik z egipskim obeliskiem na karku. Tak zdecydował papież Klemens VII, który przyczynił się do powstania wielu barokowych arcydzieł, począwszy od kolumnady Berniniego na Placu Świętego Piotra.

Jego Świątobliwość miał trzy doktoraty, zamiłowanie do architektury oraz koneksje ze światem finansów. Jak przystało na prawdziwego humanistę interesował się rzeczami wzniosłymi oraz tymi dla maluczkich.

W połowie 1655 r. pewien kupiec sprowadził do Rzymu ogromną słonicę. Umieszczono ją w specjalnej zagrodzie na brzegu Tybru, żeby mogła się chłodzić do woli, bo był akurat początek lata. Według ulotki zachowanej w Archiwum Watykańskim, zwierzę potrafiło robić 36 sztuczek.

Wśród tłumu ciekawskich pojawił się natychmiast papież. Jego zainteresowanie wynikało między innymi z lektury popularnej wówczas książki „Hypnerotomachia Poliphili”. Opisywała ona duchowe zmagania niejakiego Polifilusa, który spotkał we śnie olbrzymiego słonia z obeliskiem na grzbiecie. Te przeżycia miały zaowocować w przyszłości.

Dziesięć lat później, w ogrodzie dominikanów przylegającym do kościoła Santa Maria Sopra Minerva, odnaleziono egipski obelisk z różowego granitu. Pochodził z VI w. przed narodzeniem Chrystusa. Za czasów Imperium Rzymskiego przetransportowano go do Wiecznego Miasta i umieszczono w jednej ze świątyń poświęconych bogini Izydzie. Do takich wniosków doszedł jezuita Atanazy Kircher, dedykując papieżowi napisaną na ten temat książkę.

Ogłoszony został konkurs na wykorzystanie obelisku. Do rywalizacji stanęli najlepsi artyści, lecz Kuria odrzucała jeden po drugim przedstawiane projekty. W pewnym momencie papież wezwał Berniniego – Masz zrobić pomnik na cześć Bożej Mądrości. Artysta trochę się zakłopotał – Naturalnie Santità, ale jak? – Bardzo prosto, trzeba umieścić obelisk na słoniu.

Bernini miał wiele pracy, dlatego projekt ten zrealizował ostatecznie jego uczeń Ercole Ferrata. Na postumencie umieszczono napis objaśniający. Granitowy obelisk z wyrytymi na nim hieroglifami symbolizował Bożą Mądrość. Uważano bowiem, że nikt nie jest w stanie dorównać geniuszowi starożytnego Egiptu. Słoniowi z kolei przypisywano wiele cech ludzkich: inteligencję, uczciwość, cierpliwość, nie mówiąc już o tym, że uważano go słusznie za największe ze wszystkich stworzeń. Jeśli więc słoń służy Bożej Mądrości za wierzchowca, oznacza to, iż włada ona całym kosmosem.

Przechodząc wielokrotnie obok kamiennego pomnika przy S. Maria Sopra Minerva, nie przypuszczałem, że coś podobnego można znaleźć w Indiach. Ale podróże kształcą.

Jesteśmy w Trichur, trzecim co do wielkości mieście stanu Kerala, na samym dole Półwyspu Indyjskiego. Odbywa się właśnie plenarne posiedzenie C.B.C.I., Konferencji Episkopatu skupiającej biskupów łacińskich, syro-malabarskich i syro-malankarskich. Katolicy obrządku wschodniego, którzy są gospodarzami spotkania, chcą pokazać się z jak najlepszej strony. Nazywają siebie dumnie „chrześcijanami św. Tomasza”. Poza tym należą generalnie do wyższych kast społecznych niż łacinnicy. To zobowiązuje.

Centralnym momentem tygodniowych obrad jest Public Reception z udziałem władz stanowych i świeckich. Spoglądam co pewien czas na kartkę z programem i niewiele brakuje, żebym wybuchnął śmiechem – wszystko dopięte co do minuty. Godz. 9.30 – uroczyste wejście uczestników, 9.43 – przywitanie arcybiskupa większego, 10.07 – wystąpienie przewodniczącego C.B.C.I., godz. 10.22 – przemówienie premiera stanu Kerala, i tak przez trzy godziny. Spiker zapowiada przez mikrofon kolejnych mówców. Nie ma mowy, żeby ktoś przedłużył lub skrócił swoje wystąpienie. Wreszcie spiker zapowiada ostatni punkt programu – Teraz słonie złożą Waszym Eminencjom i Ekscelencjom wyrazy najwyższej czci.

Wszyscy wychodzą na dziedziniec. Tam czeka już sześć słoni i ogromna rzesza ludzi, pewnie z 50 tysięcy. Przeważają wyznawcy hinduizmu, gdyż chrześcijanie, chociaż liczni w stanie Kerala, są mniejszością. Myliłby się jednak ktoś, sądząc, że hinduiści przyszli tu ze zwykłej ciekawości. Oni ciągle poszukują Boga (Brahmy). Dla przeciętnego człowieka sam przedmiot kultu schodzi niejako na drugi plan. Najważniejsze, żeby doświadczyć duchowego przeżycia i doznać oświecenia. W tym celu trzeba znaleźć się jak najbliżej Boga, pojmowanego jako odwieczna kosmiczna energia, która posiada wiele wcieleń, łącznie z krową, żółwiem, dzikiem. Długo by je zresztą wyliczać. Dla hinduisty każda religia może się do czegoś przydać.

– Chyba nigdzie w świecie nie ma takiego synkretyzmu jak u nas – tłumaczy mi obecny na spotkaniu deputowany do parlamentu. – Ciągle coś kopiujemy jeden od drugiego.

Jeżeli chodzi o chrześcijaństwo, hinduiści fascynują się zasadami moralnymi głoszonymi przez Chrystusa, zostawiając na boku prawdy wiary. Napięcia we wzajemnych relacjach prowokowane są przez nacjonalistów dążących do przejęcia władzy, bo w naturze tutejszej ludności zakodowana jest tolerancja.

Ten długi wywód ma swe uzasadnienie w tym, że oczekujące nas słonie były własnością okolicznych świątyń. Podczas uroczystości noszą na grzbietach podobizny hinduskich bóstw, Kryszny, Śiwy, Wisznu. Tymczasem tutaj metamorfoza. Jednemu umieszczono na karku figurkę Matki Bożej Fatimskiej, drugi dźwiga obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, jeszcze inny św. Tomasza. Nad każdym wizerunkiem zamontowano purpurowy parasol ze złotymi frędzlami. To nie koniec dekoracji. Słoń ma jeszcze na grzbiecie bogato inkrustowany czaprak; jego czoło zdobi wybijana złotymi cekinami opaska z opadającym na trąbę welonem; uszy i słupowate nogi, pomalowane są we wzory.

Podobnie jest przy okazji większych świąt kościelnych. Wtedy trzy ustrojone po katolicku słonie idą na początku procesji, podczas gdy jeden ją zamyka. Hinduiści przyprowadzają je z własnej inicjatywy i zupełnie gratis. A to przecież kosztuje. Na zakup jednego egzemplarza trzeba przynajmniej 15 tys. dolarów. Zjada on codziennie potężną porcję liści, trawy, czy kory i wymaga starannej pielęgnacji.

Chociaż słonie są dobrze wytresowane, czasami miewają kaprysy. Przy takiej masie ciała, stwarza to poważne zagrożenie dla człowieka. Biskupi przezornie zajęli miejsca w bezpiecznej odległości. Młody chłopak w białym uniformie stanął przed dostojnikami, zasalutował i zaczął składać meldunek. Ci odpowiedzieli mu jak na komendę, przykładając rękę do czoła. Hindusi niechętnie wspominają okres brytyjskiego kolonializmu, co nie przeszkadza im pielęgnować dawne zwyczaje. Gdy chłopak skończył, słonie skłoniły się głęboko, poruszając zamaszyście trąbami, aż z ziemi podniósł się obłok kurzu. Co za scena!

Gospodarze widząc nasze zainteresowanie, postanowili urządzić wycieczkę do stadniny słoni w Punnathoor Kotta. Odległość od Trichur była niewielka, jedynie 23 km. Problem polegał na tym, że po drodze znajdowała się słynna świątynia Kryszny w Guruvayur, przez co utknęliśmy w tłumie pielgrzymów. Kierowcy w Indiach trąbią dosłownie co 5 sekund, trzeba, czy nie. Tutaj naciskanie na klakson było całkowicie bezużyteczne. Pielgrzymi zupełnie nie reagowali, jakby znajdowali się już w ekstazie. Przygotowanie na spotkanie z bóstwem rozpoczyna się w domu od porządnej kąpieli. Trzeba zmyć z siebie wszelkie ziemskie brudy, aby dostąpić duchowego wyzwolenia. Równie ważny jest tilak – kolorowy znak na wysokości brwi. Hinduiści nazywają go trzecim okiem, okiem duchowym. Tilak można namalować pędzelkiem, można również przykleić sobie gotową „plamkę” kupioną w sklepie, bo przecież mamy XXI wiek.

– My robimy podobnie – zwierza się siostra Cecylia, urodzona w pobliżu świątyni Guruvayur – w końcu należymy do Pana Jezusa.

Wiele słyszałem o inkulturacji chrześcijaństwa w Indiach i ta siostra była tego najlepszym przykładem. Z drugiej strony, kolorowa kropka na czole dodaje tajemniczego wschodniego uroku. Kobiety znają się na tym najlepiej.

Zespół pałacowy w Punnathoor Kotta wygląda bardzo skromnie w porównaniu z innymi rezydencjami hinduskiej arystokracji. To, że zaglądają tutaj turyści jest wyłączną zasługą słoni. Zwierzęta w liczbie około sześćdziesięciu, trzymane są w rozległych pałacowych ogrodach. Żyją i umierają na oczach tysięcy ludzi, zarabiając w ten sposób na własne utrzymanie. Z racji na bezpieczeństwo zwiedzających, niektóre słonie mają nogi spętane masywnymi łańcuchami. Inne stoją obok wystającego z ziemi metalowego szpikulca, który sięga aż do zewnętrznej strony ucha. Według moich przewodników, uciska on błędnik odpowiedzialny za utrzymanie równowagi, przez co zwierzę nie ma odwagi ruszyć się z miejsca.

Te metody wydały mi się barbarzyńskie lecz za chwilę zobaczyłem coś zupełnie odwrotnego. Przy asfaltowanej alejce leżał sobie na prawym boku słoń. Dwaj pracownicy, jeden z łupiną orzecha kokosowego, drugi ze szlauchem, szorowali centymetr po centymetrze olbrzymie cielsko. Ta higiena jest konieczna nie tyle żeby zmyć brud, co raczej wytępić pasożyty gnieżdżące się w pomarszczonej, chropowatej skórze. Na wolności wydziobują je ptaki albo wystarczy wytaczać się w żwirze. Tutaj z pomocą musi przyjść człowiek.

Zwierzę było wyraźnie zadowolone, leżało spokojnie, z przymrużonymi oczyma. Kiedy dotknąłem ręką ogromnego łba, otworzyło się na chwilę jedno oko. Potem znowu błogi spokój, pomimo zamieszania robionego przez zwiedzających.

Na koniec pobytu w Trichur dostałem w prezencie wyrzeźbionego słonia. To tak jakby w naszych stronach podarować komuś drewnianego żubra. Potem, w domowym zaciszu, taka statuetka przywołuje wspomnienia, choćby dlatego, że trzeba z niej ścierać osiadający kurz.

K. N.