lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
SIERPIEŃ 2007
nr 8/2007

„Bóg w moim życiu” – ciąg dalszy

W czerwcu 2006 r. na naszych łamach ukazało się świadectwo Cecylii Gaworeckiej pt. „Bóg w moim życiu”. Autorka świadectwa urodziła się z rozszczepem wargi popularnie zwanym „zajęczą wargą”, wadą, która powodowała, że jej mowa była dla wielu niezrozumiała. 18 grudnia 2004 roku na Mszy Świętej o uzdrowienie otrzymała łaskę uzdrowienia mowy, która zaczęła stawać się wyraźniejsza. Poniżej przedstawiamy dalszy ciąg historii p. Cecylii.

12 grudnia 2006 przeszłam 15 operację, plastykę podniebienia miękkiego, po niej mowa moja staje się wyraźna, znikły szumy w mowie. Poprzednio wspominałam, że 17 grudnia 2004 roku otrzymałam dar poprawy mowy – dopełnieniem tej obietnicy była ta operacja, okazała się niezbędna, by mi pomóc. Bardzo broniłam się przed nią, szamotałam się w sercu, że znów muszę iść pod nóż. Podjęłam modlitwę w tej intencji o rozeznanie czy Wolą Bożą jest to bym, poddała się jej. W dniu swoich imienin – wspomnienie św. Cecylii dostałam odpowiedź – mam poddać się tej operacji. Gdy powiedziałam chirurgowi, że zgadzam się, w sercu poczułam pokój. Zaskoczyłam moją rodzinę i znajomych, że tak odważnie do tego podchodzę, odpowiedziałam im, że mam to zrobić i koniec, że Bóg da mi potrzebne łaski. Zanim do niej doszło nie obyło się bez komplikacji, tradycyjnie przekonałam się, że Boże dzieła rodzą się w bólu i trudzie. Słowa lekarza, który pokazał mi jak ważna jest ta operacja i istotny jest dobry stan zdrowia, bo mogłabym się nie obudzić po niej, były dla mnie wylaniem kubła zimnej wody na moją głowę. Dotychczas podchodziłam do operacji, trzeba poddać się i koniec. Tu zrozumiałam jak Bóg podczas każdej czuwał nade mną i tak naprawdę darował mi życie, przedłużał je, bo On jest Panem Życia i śmierci. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z darów, którymi Bóg nas codziennie obsypuje. Pomimo że słyszymy jak wiele wydarzyło się wypadków i ile ludzi zginęło – nie chcemy zauważyć, docenić, że mamy darowane życie i możemy coś dobrego w nim uczynić. Bardzo pomocną i owocną była dla mnie Nowenna do Niepokalanego Poczęcia. W uroczystość Maryi 8 grudnia usłyszałam od lekarza, że za dwa dni kładzie mnie do szpitala. Psychicznie, fizycznie i duchowo przygotowałam się do niej, a przede wszystkim do sondy, którą mi założono w czasie operacji i byłam karmiona przez nią sześć dni. Bóg dał mi siły bym potrafiła znosić wszelkie niewygody z tym związane. Od momentu położenia się na oddział doświadczyłam potęgi modlitwy wielu osób, operację i obudzenie po niej zniosłam bardzo dobrze, rekonwalescencję w szpitalu znosiłam dzielnie. Bóg obdarzył mnie bólem znośnym, że nie musiałam brać żadnych środków przeciwbólowych. Przekonałam się, że Bóg dając zadanie dał potrzebne łaski do zrealizowania jego.

Pomocne dla mnie było podjęcie kilku intencji, w których ofiarowałam cały pobyt w szpitalu. Łatwiej znosić trudy, gdy ofiarowujemy je za kogoś, nieraz jesteśmy świadomi, kto potrzebuje naszego wsparcia, czasem powierzamy to Bogu w intencji, którą On tylko zna. Nieocenionym darem w tym trudnym czasie było wsparcie psychiczne przyjaciół. Kolejny raz przekonałam się: „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”.

Trudne sytuacje w życiu, jakich nieraz doświadczamy pokazują nam, kto tak naprawdę jest z nami. Nie sztuka razem śmiać się, ale sztuka razem płakać. Poruszam tę kwestię, gdyż nie jesteśmy samotnymi wyspami potrzebujemy Boga i ludzi. W gorącym okresie przygotowań do świąt zrozumiałam jak ludzie zagubili istotę świąt. Nieważne jest ile będzie jedzenia na stole lub prezenty, bo niejednym ludziom potrzebne w tym czasie było życzliwe słowo. Mając kontakt z osobą chorującą na nowotwór zrozumiałam, że dla niej prezentem było, że żyje, że Bóg dał jej łaskę spędzenia świąt z rodziną w domu, a nie w szpitalu. Jezus narodził się w ubogiej stajence, nieobcy mu był chłód, przywitali go Rodzice z dala od domu rodzinnego, w otoczeniu zwierząt i przybyli do niego pastuszkowie, ludzie obdarzeni darem prostoty mali w oczach ludzi, wielcy w oczach Boga, bo on patrzy w serca. Przynieśli dary serca to co mieli, skromne, ale szczere, przyszli powitać Nowonarodzonego Zbawiciela.

Czy tak naprawdę w naszych sercach narodził się Jezus Chrystus? Czy otworzyliśmy się na dary, które nam przygotował? Po Pasterce, gdy zostałam na Adoracji szopki prosiłam Boga za rodzinami, małżeństwami bezdzietnymi, o dar potomstwa upragnionego dla nich. Zaskoczona byłam, gdy wychodząc z Kościoła podeszła do mnie koleżanka z mężem, nie widziałyśmy się wiele lat. Wracaliśmy razem do domu i w trakcie naszej rozmowy dowiedziałam się, że nie mają jeszcze dzieciątka, wtedy zrozumiałam jak istotna jest modlitwa wspomagająca małżeństwa bezdzietne i jak wielkim darem jest każde nowe dzieciątko.

Prośmy Boga, by rodzice otwierali się na dar potomstwa i by umieli je przyjąć, by żadne dziecko nie czuło się niekochane.

Poruszę tu kwestię cierpienia i trudności. Obecnie media kreują życie łatwe, pozbawione problemów, że wszystko należy się nam, skoro doświadczamy bólu to musimy likwidować go tabletkami przeciwbólowymi. Ból przeszkadza w dążeniu do obranych celów. Zapomina się o istocie bólu, że on sygnalizuje, że coś dzieje się nie tak, to czerwone światełko dla nas – zwolnij, zatrzymaj się. Często uciekamy od bólu i trudności, nie chcemy ich w swoim życiu. Spójrzmy na Jezusa w Ewangelii – On pochylał się nad ludźmi udręczonymi różnymi dolegliwościami – dotykał ich Swoją Miłością i Mocą – dostępowali uzdrowienia wewnętrznego i ciała wg swojej wiary lub innych.

Podobnie w naszym życiu Jezus szuka dróg dotarcia do nas. My, którzy mamy zatwardziałe serca i twierdzimy, że sami poradzimy, nie słuchamy delikatnego pukania Boga do naszych serc w czasie modlitwy, Mszy Świętej, w czasie kazania kapłana, lub w słowach drugiego człowieka, którego nam przysłał Bóg lub w czasie czytania Pisma Świętego – mimo licznych zabiegów Boga jesteśmy głusi na Jego Głos. Z upływem czasu Bóg decyduje się na mocniejszą interwencję w nasze życie, by obudzić nas z letargu i uśpienia duchowego. Dokonuje tego przez doświadczenie nas różnego rodzaju trudnościami, chorobą lub bólem. Bóg czyni to, bo Mu zależy na nas, choć na początku uważamy, że to kara dla nas. Po okresie buntu pytajmy: Boże, co mi chcesz mi przez te doświadczenie powiedzieć? W odpowiednim momencie da nam odpowiedź. Z perspektywy czasu, gdy przyjmiemy te doświadczenie z pokorą zobaczymy, że to nas obudziło, pomogło nam uniknąć zatracenia się w naszych dążeniach.

Łącznie z operacją fizyczną Jezus dokonuje w moim sercu uzdrowienia wnętrza, zranień. Prawdą jest, że uzdrowienie duchowe jest boleśniejsze – wygląda to, jakby Jezus wkładał skalpel w nasze zranienia i dotykał je nim, boli a potem Swoją Miłością zasklepia te rany i doznajemy ulgi. Obserwujemy, że to co nas bolało już nie boli, czujemy ulgę. Dla mnie są to rekolekcje – spotkanie Jezus i ja. Doświadczam, jak siły człowieka są ograniczone, ale dzięki temu objawia się Moc Jezusa. Uważam, że nie powinniśmy bać się trudności i cierpienia – one wynoszą nas na wyższe wyżyny życia duchowego, poznajemy wówczas co jest tak naprawdę w życiu istotne, nad czym warto zatrzymywać się, a nad czym nie, wzmacniają nas, hartują do dalszego życia.. Nasz Mistrz Jezus z Miłości do nas podjął się dźwigania Krzyża i w trakcie tej drogi doświadczył różnego traktowania ze strony ludzi: miłosiernego i opluwania, wyśmiewania, wyszydzania itp. Pamiętajmy, że Jezus pierwszy przeszedł drogę życia człowieczego na ziemi i zna to wszystko co my przeżywamy. Czeka byśmy Go zaprosili do naszego życia i pozwolili Mu działać. Każdego dnia ma wiele łask dla nas i my mamy otworzyć się na przyjęcie ich. Uwierzcie mi, że są sytuacje w życiu każdego człowieka gdzie tylko zawierzenie Bogu pozwala nam trwać w bólu, w trudzie, wszelkie rozumowanie ludzkie tu jest wtedy zawodne, nie da się tego wytłumaczyć logicznie. Zostaje nam trwanie i ufność, że Bóg wie, dlaczego tak a nie inaczej dzieje się. Takie osobowe spotkanie z Jezusem niezbędne jest byśmy mogli wzrastać na drodze wiary. Na tej drodze spotkamy chwile uniesień, tzw. cukierków od Boga, ale też doświadczymy nocy ciemnych, chwil, kiedy nie odczuwamy w ogóle obecności Boga. W takim czasie doświadczamy różnego rodzaju wątpliwości w istnienie Boga, itp. Nie przerażajmy się, gdy to nas spotka trwajmy wtedy przy Jezusie w oschłościach, wtedy nawet wypowiedzenie jednego Zdrowaś Maryjo lub Ojcze nasz jest cenniejsze niż modlitwa w chwilach uniesienia duchowego. Nie zapominajmy prosić przyjaciół o modlitwę byśmy przetrwali dzielnie ten czas. Ten trudny czas zaowocuje pięknymi owocami. Dopóki żyjemy będziemy doświadczać różnego rodzaju walk. Liebert powiedział: „Uczyniwszy wybór na wieki, ciągle wybierać muszę”. Świat nieustannie proponuje nam różne środki, byśmy tylko oddalili się od Boga, byśmy nie mieli czasu na modlitwę, czytanie Pisma Świętego, czy pójście czasem na Msze w tygodniu. Podsuwane mamy różne sposoby, by być aktywnym zawodowo, by coraz więcej brać na siebie obowiązków, stajemy się nerwowi, brakuje nam czasu na różne sprawy, nawet na spotkanie samego siebie z samym sobą i zły duch dowala nam myślami, że tak musimy postępować bo wtedy będziemy kimś, gdy wyłamiemy się z tego będziemy niepotrzebnymi, byle jakimi, inni tak a nie inaczej o nas pomyślą. Nawet nie wiemy, kiedy zniknie z naszych serc pokój.

Życzę sobie i wszystkim czytającym te przemyślenia, byśmy nie zagubili Światła Nowo narodzonego Dziecięcia, by Jezus każdego dnia rodził się w naszych sercach, byśmy widzieli Jego działanie w naszym życiu, by Jego Miłość przemieniała nasze życie i byśmy stawali się świadkami Jego Słowa. Obecny świat potrzebuje świadectw głębokiej wiary i życia z Jezusem. Nie bądźmy katolikami z nazwy. Pamiętajmy, że potrzebujemy jedzenia by żyć, tak samo potrzebujemy modlitwy i lektury duchowej byśmy żyli duchowo, byśmy nie byli chodzącymi trupami duchowymi. Gdy będziemy mocni duchowo, niejedno będziemy potrafili znieść. Wymaga to solidnej pracy od nas, ale Bóg da nam ku temu łaski. Co w trudzie zdobywamy, to cenimy to, prawdziwe twierdzenie: co łatwo przychodzi to łatwo odchodzi.

Cecylia Gaworecka

28.12.2006 – Święto Młodzianków