lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LIPIEC 2007
nr 7/2007

Most z kłódkami

Przydomek „wielki” nadaje się ludziom z racji na ogrom dokonanego dzieła. W przypadku Konstantyna Wielkiego szło to w parze z budową ciała. Był kolosem wyrastającym ponad innych przynajmniej o głowę. Potężne barki i długie ramiona wydawały się być stworzone do miecza, dobrze umięśnione nogi do długich marszów. Po koniec roku 211 Konstantyn Wielki podjął wyprawę wojenną przeciwko Maksencjuszowi. Sam rządził Hiszpanią, Galią i Brytanią, jego przeciwnik zaś Italią oraz Afryką. Pozostałymi częściami Imperium Rzymskiego władali Maksiminus Daia i Licyniusz. Ten system władzy nazywany tetrarchią, miał zapewnić stabilność państwa, lecz każdy myślał o tym, żeby zagarnąć dla siebie jeszcze więcej. W dodatku Makscencjusz, obwołany cesarzem przez pretorianów, uważany był za uzurpatora. Należało strącić go z tronu i Konstantyn, marząc o przejęciu władzy w całym imperium wyruszył z wojskiem w kierunku Rzymu. Posiadał głębokie przekonanie, że bogowie darzą go szczególną życzliwością i że jest wykonawcą ich woli. Teraz jednak, po zwycięskim przemarszu z Galii, pojawiły się nagle wątpliwości. Maksencjusz rozporządzał 70 tysiącami żołnierzy, natomiast jego oddziały liczyły co najwyżej 40 tysięcy. Wiadomo, że sukcesy na wojnie nie zależą wyłącznie od matematyki. W tym przypadku różnica mogła budzić obawy. Ponadto Makscencjusz był u siebie. Nie wiadomo ile jeszcze niespodzianek skrywał za murami miasta.

Jakiego boga prosić w tej sytuacji o wsparcie? Dużą popularnością cieszył się w owym czasie kult niezwycieżonego słońca – Sol Invictus. Z kolei na rzymskim Kapitolu czczono triadę: Jowisza, Junonę i Mitrę. Był jeszcze potężny Herkules z groźną maczugą. Ale przecież nec Hercules contra plures – kiedy ludzi kupa i Herkules ...., niczego nie wskóra.

Gdy tak rozmyślał, ujrzał monogram imienia Chrystusa: nakładające się na siebie greckie litery X P. Był również napis: w tym znaku zwyciężysz! Konstantyn opowiedział swoje przeżycie biskupowi Euzebiuszowi z Cezarei oraz Laktancjuszowi, ci zaś utrwalili je dla potomnych.

Ksiądz Giacomo Ceretti, Proboszcz parafii Santa Maria Immacolata a Grottarossa (Matki Bożej Niepokalanej w Czerwonej Grocie), uważa, że owa wizja przydarzyła się cesarzowi tam, gdzie obecnie stoi kościół. Świątynia z 1935 roku wygląda bardzo skromnie. Prawdę powiedziawszy, największą atrakcją jest właśnie don Giacomo. Oryginalny pod każdym względem, mówi zawsze to co myśli. Nawet w Watykanie boją się jego ciętego języka.

Na terenie parafii znajduje się główna siedziba włoskiej telewizji państwowej RAI, klub piłkarski Lazio, zakłady przemysłowe. Są jednocześnie najzwyklejsze w świecie rodziny oraz sporo emigrantów, głównie z Ameryki Łacińskiej. Jeszcze kilkanaście lat temu, via Flaminia, przy której stoi kościół, miała złą sławę z powodu kobiet trudniących się prostytucją. Don Giacomo wiózł kiedyś pewnego dostojnika na Mszę Świętą do parafii. Wieczór był chłodny i panie paliły ogniska. Zaproszony gość, który rzadko kiedy wychylał nos poza Kurię, był pewien, że drogę oświetlono na jego cześć. Tak robi się przy okazji przyjęć w rezydencjach ambasadorów.

– Bardzo księdzu dziękuję, że wszystko doskonale przygotował! I te dziewczyny…, co za poświęcenie!

Don Giacomo wysłuchał pochwały, a na drugi dzień zaczął walczyć ze wstydliwą plagą. Szukał pracy dla kobiet, przeganiał sutenerów. Udało się, choć raz o mało nie umarł z powodu dotkliwego pobicia.

W główny odpust 8 grudnia, mały kościółek i otaczający go plac wypełniają się ludźmi. Specjalnie z Polski przejeżdża ks. kardynał Henryk Gulbinowicz. Kardynałowie, bez względu na narodowość, mają w Rzymie swoje kościoły tytularne, przydzielone im przez papieża. W ten sposób należą symbolicznie do kleru rzymskiego. Wyjątek stanowią tylko obdarzeni purpurą patriarchowie wschodni, gdyż przewodzą oni Kościołom innych obrządków.

Kardynałowi Gulbinowiczowi przypadł w udziale kościół Niepokalanej w Grottarossa. Już po pierwszym spotkaniu parafianie byli nim zachwyceni i tak pozostało do dzisiaj.

Ksiądz Kardynał troszczy się o parafię jak może najlepiej. Nawet kiedy przewodniczy Mszy Świętej wrzuca na tacę pokaźną ofiarę. Siedzące w pierwszej ławce osobistości patrzą kątem oka na kolor banknotu i robią podobnie. To się nazywa dawać dobry przykład.

Również Konstantyn dał przykład swoim żołnierzom, umieszczając na tarczy symbol Chrystusa. Wszyscy jego podwładni uczynili to samo, bez względu na wyznawaną wiarę.

W przeciwieństwie do Konstantyna, Makscencjusz posiadał niewielkie doświadczenie w prowadzeniu wojen. Swoje cele osiągał głównie poprzez różnorakie dyplomatyczne wybiegi, koligacje rodzinne, jeśli było trzeba, zlecając zabójstwa. Wojsko tymczasem prowadziło spokojny żywot. Najbardziej elitarni ze wszystkich pretorianie, zamiast ćwiczyć się w żołnierce, przesiadywali całymi dniami w termach. Wzdrygali się na samą myśl o wojnie, przede wszystkim zaś mieli o niej bardzo ograniczone pojęcie. Stare wyleniałe tygrysy ! Pewnie dlatego popełniony został błąd w przygotowaniu obrony miasta. Oddziały nie tylko opuściły Rzym, gdzie miały szansę bronić się miesiącami, ale przeprawiły się Mostem Mulwijskim na drugą stronę Tybru. Tam krzyżowały się ze sobą dwie ważne drogi – Via Flaminia i Via Cassia. Istnieją one do dzisiaj, z tą tylko różnicą, że w starożytności rozciągały się wokół nadrzeczne łąki, a obecnie tętniące życiem miasto. Ileż trzeba czasu, żeby wyjechać Flaminią poza Rzym !

Stratedzy Maksencjusza uszkodzili celowo Most Mulwijski, układając obok kładkę na powiązanych linami łódkach. W razie potrzeby można się nią było wycofać, a następnie zdemontować, odcinając dostęp do miasta.

Wojsko ustawiło się tyłem do rzeki, tak, że ostatni szereg żołnierzy stał po kostki w wodzie. Wydawać się mogło, że to mur nie do przebicia. Tymczasem Konstantyn oskrzydlił go z lewa i prawa, następnie, rankiem 28 października 212 roku uderzył gwałtownie od czoła. Obrońcy Rzymu znaleźli się w kotle. Próbowali jak umieli powstrzymać natarcie, jednakże po pierwsze nie mieli żadnej swobody ruchu, drepcząc praktycznie w miejscu, po drugie byli dużo słabsi niż zaprawieni w bojach żołnierze Konstantyna. Ci wycinali szereg po szeregu, zaciskając jednocześnie po bokach śmiertelne kleszcze. Jedynym sposobem ratunku pozostawała ucieczka przez most pontonowy. On jednak nie mógł utrzymać takiej masy wojska. W międzyczasie nadjechał Maksencjusz z kohortą konnych pretorianów. Tego dnia świętował szóstą rocznicę objęcia tronu ale przerwał huczne uroczystości. Chciał dodać żołnierzom animuszu, poderwać ich do walki. Zaraz zorientował się, że bitwa jest przegrana. Razem z innymi zawrócił ku rzece. Kiedy już był na moście, jego koń ześlizgnął się w panującym zamieszaniu do wody. Ciężka pozłacana zbroja jaką przywdziewał na sobie przekreśliła możliwość ratunku. Jeździec i koń poszli jak kamień na dno. Po pierwszych jesiennych opadach poziom Tybru był wysoki i nurt porywisty przez co wielu żołnierzy podzieliło los swego dowódcy. Historyk Euzebiusz dopatrzył się w tym analogii do wojska faraona, które znalazło śmierć w wodach Morza Czerwonego. Ciało Maksencjusza zostało odnalezione dopiero na drugi dzień w przybrzeżnym mule. Osobne losy miały jego skarby koronne, które na wieść o porażce skrzętnie ukryto w pałacu. Berło oraz inne insygnia archeologowie odnaleźli dopiero w 2005 roku.

Wkroczenie zwycięskiego wodza do Wiecznego Miasta odbywało się według określonego rytuału. Bohater obleczony purpurą przetykaną złotem stał na kwadrydze – dwukołowym wozie zaprzężonym w cztery konie. Niewolnik trzymał nad jego głową złoty wieniec, przypominając mu wszak, że jest śmiertelny. W pochodzie szli dostojnicy, jeńcy wojenni, niesiono symbole podbitych krain. Do dzisiaj istnieje w języku włoskim powiedzenie: „wstąpić na wóz zwycięzcy”. Wiadomo, że pokazanie się u boku kogoś ważnego jest najlepszą reklamą.

Triumf rozpoczynał się powitaniem w bramach miasta przez senat rzymski, osiągając swój moment kulminacyjny w świątyni Jowisza na Kapitolu. Jemu, Iovi Maximo Optimo, należało ofiarować odniesione zwycięstwo, tym bardziej, że cesarz nosił tytuł najwyższego kapłana.

Triumf Konstantyna odbywał się w podobny sposób. W pochodzie niesiono makietę Mostu Mulwijskiego oraz głowę Maksencjusza. Lud rzymski wiwatował na cześć zwycięzcy, obrzucając najgorszymi obelgami jego pokonanego rywala. Z racji na tyrańskie metody Maksencjusz był bowiem powszechnie znienawidzony. Wszyscy zdziwili się niezmiernie, gdy w połowie drogi cesarz skręcił niespodziewanie w kierunku pałacu na wzgórzu palatyńskim. Czyżby poczuł się nagle słabo? Może dostał wiadomość o planowanym zamachu? Trudno bowiem sobie wyobrazić, żeby bez ważnej przyczyny nie oddał czci Jowiszowi kapitolińskiemu, opiekunowi imperium. Jednak Konstantyn nie uczynił tego ani nazajutrz, ani w kolejne dni. On czcił już innego Boga – Chrystusa, bo przecież z Jego imieniem na tarczach odniósł zwycięstwo nad znacznie liczebniejszym przeciwnikiem.

Jedno jest pewne, że ta decyzja nie brała się z wyrachowania. Zdecydowana większość jego poddanych długo jeszcze będzie czciła pogańskich bogów. On nigdy im tego nie zabroni. Jednocześnie będzie budował na koszt państwa wspaniałe kościoły i nada duchownym chrześcijańskim te same przywileje jakimi cieszyli się kapłani pogańscy. Ustanowi niedzielę dniem świątecznym. W obliczu herezji nękających chrześcijaństwo zwoła Sobór powszechny w Nicei oraz liczne synody lokalne.

Podobno przepadał za towarzystwem biskupów, za dyskusjami o teologii i liturgią. Jeśli jednak któryś z nich okazał mu nieposłuszeństwo, zaraz skazywał go na wygnanie. To nieustanne wtrącanie się w sprawy kościelne musiało być bardzo upokarzające dla duchownych ale taką cenę płaci się za otrzymane przywileje.

Konstantyn przyjmie chrzest zaledwie na kilka dni przed śmiercią w 337 roku. Zostanie pochowany w białych szatach, jakie przywdział na siebie po wyjściu z baptysterium. Jedni twierdzą, że takie zwyczaje panowały w wyższych sferach, inni, że w ten sposób pozostał niezależny od władzy duchownej. Prawo kanoniczne obowiązuje bowiem tylko osoby należące formalnie do Kościoła. W międzyczasie jeszcze wielokrotnie splami swe ręce krwią. Zabije dzieci Makscencjusza, a nawet własną żonę Faustę i syna Kryspusa, gdy ci posądzeni zostaną o zdradę. Lecz chrzest gładzi wszystkie grzechy.

Na wschodzie czci się Konstantyna jako świętego „równego apostołom”. Nie ma wątpliwości, że od jego zwycięstwa w bitwie przy Moście Mulwijskim rozpoczęła się era chrześcijańska.

Jest rok 2007. Na tym samym historycznym moście stoi para zakochanych. Okręcają łańcuchem jeden z lampionów, zakładają kłódkę i wrzucają kluczyki do Tybru. Muszą się śpieszyć, bo obok czekają następni. Odkąd na ekrany włoskich kin wszedł film „Trzy metry ponad niebem”, ta scena powtarza się nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Zakochani przyjeżdżają z całej Italii, razem lub osobno, czasami posługują się pośrednikiem. Najważniejsze, żeby wypisać na kłódce właściwe imiona, a sukces w miłości murowany. Bywa, że kłódki pojawiają się sporadycznie również na innych rzymskich mostach, bo przybysze z prowincji nie znają dobrze miasta. Od pewnego czasu można także dopełnić wspomnianego rytuału w sposób wirtualny przez Internet.

Film Trzy metry ponad niebem jest ekranizacją książki o miłości dwojga nastolatków. Babi Gervasi – wzorowa uczennica oraz Step – wykolejony chłopak z rozbitej rodziny, stali się dla włoskiej młodzieży, tym samym czym przez całe wieki byli Romeo i Julia. W jednej ze scen filmu zakochani cementują swoją miłość właśnie ma Moście Mulwijskim.

Kłódki pojawiają się w tak zawrotnym tempie, że obciążony nadmiernie lampion, ten utrwalony na filmie, odłamał się i wpadł do rzeki. Innym znów razem Cyganie zdjęli przy pomocy przecinaka łańcuchy z kłódkami i sprzedali je na złom. Rodziny cygańskie mieszkają tuż obok w nadrzecznych szuwarach. Jak się ma taki skarb na wyciągnięcie ręki, byłoby grzechem nie skorzystać z okazji. Zaledwie policja wykryła sprawców, z podobną incjatywą wystąpiła jakaś prawicowa bojówka, zaniepokojona dewastacją zabytków. Również ekolodzy podnoszą głosy, gdyż wrzucane do Tybru kluczyki zanieczyszczają podobno wodę. Wiadomo, że na przykład monety z fontanny Di Trevi przekazywane są na potrzeby Caritasu. W tym wypadku można mówić o samych stratach. Tylko właściciel najbliższego sklepu metalowego zaciera ręce, oferując bogaty wybór kłódek i łańcuchów. Jeszcze nigdy nie miał takich obrotów. Ostatnio pojawiła mu się poważna konkurencja. Chińczycy rozkładają bowiem swoje stoliki z kłódkami na samym moście. W razie potrzeby pouczą co należy zrobić, pożyczą niezmywalny mazak do wypisania imion. To się nazywa troska o klienta.

Most Mulwijski stał się jednocześnie popularnym miejscem spotkań. Tłoczno jest zwłaszcza nocą. Młodzi rozmawiają ze sobą, słuchają muzyki (każdy ze swojego iPoda), o innych rzeczach lepiej nie wspominać. Kamienne parapety mostu są tak gęsto popisane różnymi deklaracjami, że gdyby nie komunalne przedsiębiorstwo oczyszczania, już dawno zabrakłoby miejsca na nowe autografy. Każdy chce pozostawić jakiś ślad, choćby klasyczne Ti amo.

Spędziłem sporo lat z rzymską młodzieżą i wiem, że historia zupełnie jej nie interesuje. Podobnie jest zresztą w Polsce, z tym że tutaj człowiek ociera się codziennie o największe arcydzieła sztuki, żyje w miejscu gdzie decydowały się losy świata. Młodzi są z tego dumni, ale niewiele wiedzą na temat zabytków. Nie po to przychodzą na Most Mulwijski, żeby snuć historyczne refleksje. Życie ma zupełnie inne uroki, gdy jest się młodym.

K. N.