lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LIPIEC 2007
nr 7/2007

Małżeństwo – wspólnotą życia i miłości cz. VII

Małżonkowie i ich rodzice

Utrzymanie harmonijnego współżycia między pokoleniami daje dużo korzyści, ale trudności przynoszą też wiele cierpienia obu stronom. Relacje z własnymi rodzicami i teściami, mogą być jednymi z poważniejszych nieporozumień współmałżonków. „Moja rodzina? Ależ skąd! Nie widzisz, że problem jest zawsze z twoją?”- tak mogą postrzegać te sprawy młodzi małżonkowie. A konflikty rodzą się w skutek ingerencji rodziców w ich sprawy, przez rozmaite próby podporządkowywania sobie, przez rozpaczliwą obronę własnej córki lub syna i traktowanie ich jako wieczne dzieci oraz przez różnoraką zawiść i zazdrość.

Tworzenie małżeństwa wymaga, aby: „opuścił człowiek ojca swego i matkę i złączył się ze swoją żoną, i byli oboje jednym ciałem...” To przyłączanie się do siebie, budowanie jedności i szczęścia potrzebuje ciągłego uczenia się okazywania uczuć, prowadzenia głębokich rozmów, prawidłowego rozwiązywania konfliktów i przeżywania wspólnie różnych sytuacji. A do tego potrzebne jest odłączenie się od rodziców, na pewno psychiczne opuszczenie rodziny pochodzenia i ustalenie niezależności od niej. Obowiązek posłuszeństwa rodzicom ustaje z chwilą wejścia w małżeństwo. Jeśli młodzi muszą dzielić z rodzicami wspólne miejsce zamieszkania to oczywiście pozostaje respektowanie przyjętego porządku i zwyczajów domowych. Nie jest to już posłuszeństwo, lecz liczenie się w tym zakresie z życzeniami rodziców i wystrzeganie się sprawiania im przykrości. Jednak, aby uniknąć „pozłacanych” pułapek, warto wyjść z dobrych warunków na mniej dobre, ale własne.

Opuszczenie to etap bolesny dla obu stron. Młodej osobie odłączającej się też jest trudno zrezygnować z dawnych więzi, gdy polegało się na rodzicach, dzieliło problemami, spędzało czas. Burzy to porządek i zakłóca poczucie bezpieczeństwa, ale jest konieczne dla dochodzenia do dorosłości i samodzielności. Czasami niedojrzałość młodych, ich niezdolność do emocjonalnego odłączenia od rodziców, do wyjścia z domu odbija się niekorzystnie na tworzeniu bliskiej więzi pomiędzy nimi. Trudno wtedy w pełni wejść w nowy związek, aby móc w nim znaleźć szczęście własne i uszczęśliwić wybranego człowieka. A im szybciej dokona się oddzielenie, im bardziej świadomie z obu stron, tym łatwiej będzie go przeżyć, lepsze efekty będą w życiu małżonków i solidniejsze fundamenty w budowie nowej rodziny. Właściwemu odejściu sprzyja dobra, dojrzała więź z rodzicami. Więź nieprawidłowa, z niekontrolowanymi i nierozumnymi uczuciami jest śmiertelnym zagrożeniem dla młodego małżeństwa. Wówczas wydaje się, że najrozsądniejszą radą dla nich jest wyprowadzenie się na drugi koniec Polski, gdyż wtedy odłączenie będzie przebiegać w sposób naturalny.

Młodzi ludzie znacznie lepiej znoszą opuszczenie rodziny niż ich rodzice i dlatego powinni starać się uczynić je lżejszym. Złagodzenie nie oznacza jednak zachowania dawnego stylu podporządkowania oraz poświęcenia rodzicom czasu tyle co dawniej. Odłączenie nie oznacza też zerwania więzi, porzucenia i zaniedbania. Należna jest rodzicom powinność pomocy i opieki w sytuacji, gdy stają się bezradni. Dorosłość to czas odpłaty i wdzięczności za wychowanie i przygotowanie do życia.

Dlaczego tak niełatwe jest harmonijne współżycie dwu pokoleń? Rodzice pragną szczęścia swoich dzieci, ale widzą je często jako zdobycie tego, czego sami nie osiągnęli lub o czym marzyli przez wiele lat. Tymczasem dzieci pragną iść odrębną drogą i to powoduje zawód rodziców. Uważają, że zostali pozbawieni czegoś, co im się szczególnie należy i winią o to własne dziecko ale i... współmałżonka. Przez małżeństwo jest przecież „zabrany” im ich potomek i to przez kogoś, kto zawsze jest „mniej wart”. A czy uszczęśliwi, czy spełni oczekiwania, czy okaże się godny przyjęcia i traktowania jak swego?

Ojciec, mężczyzna w sile wieku, ze swoimi zainteresowaniami skierowanymi bardziej na zewnątrz rodziny, rzadko miewa trudności z rozłączeniem się. Problemy „z przecięciem pępowiny” najczęściej przeżywa matka. Jeśli tak jest, to warto pomóc jej w przestrojeniu serca poprzez wyrozumiałość i spokojniejsze znoszenie ewentualnej uczuciowej zazdrości i skarg na osamotnienie. Czujne oko matki łatwo dostrzega każdą zmianę w zachowaniu się syna czy córki do niedawna może jeszcze tak uległych. A dzieci podporządkowane, liczące się ze zdaniem rodziców, spełniające ich życzenia, mają trudności z oddaniem się współmałżonkowi. To nadmierne związanie uczuciowe, najczęściej z matką, prowadzi do męczącego i nikogo nie satysfakcjonującego lawirowania między najbliższymi. I niepokój będzie trwał dotąd, aż nie ustali się ostatecznie kto zajmie miejsce pierwsze. „Matkę ma się jedną, a żon można mieć kilka” – tak mówią niedojrzałe teściowe, albo „synkowie” usprawiedliwiający swoją nienaturalną więź. Otóż nie! Żona jest jedyna i wybrana i to zobowiązuje do lojalności! Oczywiście, w niczym nie degraduje to matki. Współmałżonek – żona, mąż – zajmuje pierwsze i najważniejsze miejsce, a matka jedyne i niepowtarzalne, bo miejsce matki. Młoda żona może pomóc swojemu mężowi w stworzeniu wobec matki atmosfery wdzięczności, miłości, serdeczności, ale już nie posłuszeństwa i zależności. Mąż nie może też porównywać, stawiać za wzór i skrycie do matki uciekać, by ponarzekać i okazać swoje rozczarowanie. Trzeba wiele taktu i starania, by dwie kobiety, żona i matka, nie stanęły przeciwko sobie i by żadna nie zdobyła władzy nad drugą, bo to nieuchronnie skończy się porażką obu stron. Synowa swoją serdeczną postawą może dawać świadectwo prawdzie: „Jeśli przez nasze małżeństwo tracisz dziecko, jeśli go zabrałam, to tylko dlatego, że go kocham i aby go kochać”. Nie ma potrzeby mówienia tego, wystarczy tak myśleć, a głos, barwa wypowiedzi to przekaże. Trudne teściowe to po prostu matki zatroskane o szczęście dzieci i spragnione odrobiny wdzięczności, uznania, przyjęcia ich rad i opinii.

Trzeba też rozumieć, że nie jest łatwo wejść w rolę teściowej i teścia, bo łączy się to z przyjęciem do rodziny nowej osoby i potrzebą „rozszerzenia serca” poza własne dzieci. Jeśli „nowe” dziecko jest dalekie od wymarzonego ideału, to jest szczególnie trudno uznać zięcia czy synową za syna czy córkę, którą trzeba przyjąć, kochać i doceniać. Obowiązkiem rodziców jest nauczyć się szanować współmałżonka swojego dziecka – nie krytykować, nie mówić o wadach, a wręcz wyszukiwać pozytywy. Źle wybrany współmałżonek, jeśli dobrze przyjęty, może zmienić się przez miłość i małżeństwo w dobrego. Nie przyjęty od początku, traktowany nieżyczliwie i wrogo, utrwali w sobie wzajemną niechęć

„Mamusia sprząta, czy odlatuje?”– pyta zięć widząc teściową z miotłą w ręce. Żarty o teściowych budzą we mnie refleksje, gdyż ta godność stała się także moim udziałem. A rozważania są bardzo potrzebne, gdyż okazuje się, że we wspomnieniach ludzi dorosłych ostateczny obraz matki zostaje jako tej, od której odchodzi się do samodzielnego życia. Jest to czas, gdy matka daje największy i najtrwalszy dorobek, bo ostateczne moralne i kulturalne wyposażenie na życie. Macierzyństwo sprawdza się w tym, czy matka pozwala dzieciom odejść i jak je żegna oraz czy po odejściu, gdy mają własne rodziny, korzystają z niej jako doradcy życiowego. Wypuszczenie dziecka w życie wiąże się z nową rolą: zamiast decydowania, tylko doradztwo, zamiast zrobienia samemu, bycie do dyspozycji i pomaganie. „Matka to nie ktoś na kim można się oprzeć, ale ktoś, kto uczy jak obchodzić się bez oparcia”- takie dojrzałe słowa usłyszane od dorosłego dziecka to przecież największa nagroda za trudy.

Odłączenie od rodziców jest możliwe w sytuacji uzyskania przez młodych wewnętrznej niezależności i wolności. Zdobywają ją wyrastając z zależności materialnej, nie czerpiąc z zasobów rodzinnych i wyzbywając się postawy biorcy: „należy mi się...”. Dorosłemu człowiekowi nie należy się nic od rodziców. Nie ma on prawa domagać się od nich dla siebie wyrzeczeń czy to mieszkaniowych, materialnych czy różnych usług. Rodzice wypełnili już swój obowiązek, a jeśli czegoś udzielają to z własnej ofiarności i szczodrości.

„Szkoda, że nie będziemy sami musieli wszystkiego zdobywać”- tak westchnęła znana mi młoda kobieta, gdy po kilku dniach trwania małżeństwa zostali w mieszkaniu całkowicie wyposażonym i opuszczonym dla nich przez rodziców. Chyba jakoś intuicyjnie przeczuwała, że taka wygodna sytuacja nie będzie dla nich najlepsza. Upłynęło prawie siedem lat, a „pan domu” nie czuje się za bardzo odpowiedzialny i związany ani ze swoją rodziną ani z miejscem „nowego” zamieszkania. W dobrej woli rodziców też musi być dużo mądrości życiowej.

Harmonijne współżycie pomiędzy pokoleniami jest szczególnie ważne, gdy pojawiają się nieporozumienia pomiędzy małżonkami. Jeśli się narzeka na siebie nawzajem do rodziców, to oni angażują się, ingerują, zaostrzają i podgrzewają atmosferę. Oczywiście, pełni dobrej woli, współczują swemu dziecku i uważają, że racja jest po jego stronie. Ta „strona” czuje się wtedy pewniej, a u drugiej potęguje się uczucie niepewności, zagrożenia i osamotnienia. Małżonków łączy silne uczucie, oni pogodzą się i o nieporozumieniach zapomną, a u rodziców, rzekoma krzywda ich dziecka, będzie w pamięci przez całe lata. I nie będzie łatwo córce czy synowi, odpowiadając serdecznością, bez ustępliwości, brać w obronę swoją żonę czy męża przed, może nawet słusznymi, wyrzutami i pretensjami. Rozsądniej jest zasłaniać przed rodzicami ujawniające się, przecież bolesne, konflikty i rozprawiać się z nimi we dwoje.

Niedorzecznie jest też winić rodziców za wady córki czy syna, za błędy wychowawcze czy za brak wykształcenia. Skoro wybrało się taką osobę, to wina spada na niedostateczne poznanie się przed ślubem. Nieraz w sytuacjach kryzysowych pragnie się powiedzieć: „Gdyby młodzie ludzie byli sierotami, dawno by znaleźli rozwiązanie swoich problemów.” Pewna matka późno w nocy nie wpuściła do domu swojego syna po kłótni małżeńskiej. Chociaż krajało się jej serce, to powiedziała: „Wracaj synu, twoje miejsce jest przy żonie i dzieciach.” Jak dużo matek tak mądrze by postąpiło? Ja tego jeszcze o sobie nie wiem!

Rozwój młodego małżeństwa nie dokonuje się przez zabiegi wychowawcze, uwagi, przestrogi i napomnienia rodziców. Pomóc mogą tylko rady, ale oczywiście te proszone. Doświadczenie starszych może się przydać, gdy pokażą młodym jak sami łagodzą napięcia, wyjaśniają nieporozumienia i naprawiają błędy. Mądrość: „Słowa uczą, przykłady pociągają” w każdym czasie jest skuteczna. Rodzicom pozostaje stawać się oparciem i podporą dla swych dzieci w ich trudnych chwilach, a nie obrońcą, prokuratorem czy sędzią. Bo czyż możliwe jest zachowanie bezstronności wobec własnego dziecka? „Przecież zdecydowałam się na to” – odpowiada mi roztropnie moja córka, gdy mam ochotę w czymś tam po matczynemu nad nią się użalić. Uczę się też i od niej swojej nowej roli.

Ażeby młode małżeństwo miało dobry start warto przestrzegać zaleceń, by w początkowym okresie nie mieszkać ani w domu rodziców, ani nawet w jego sąsiedztwie, aby budować niezbędny dystans i własną potrzebę niezależności i autonomii oraz domagać się poszanowania tej potrzeby. Rozwiązywanie problemów we własnym gronie sprawi, że uniknie się niebezpieczeństwa odwoływania się do pomocy z zewnątrz. Własny związek będzie przeżywany jako solidna, spójna jedność przeciwstawiana obu rodzinom, których przecież obowiązkiem jest szacunek dla młodych bojowników „przygody małżeńskiej” oraz zachęta do rozwijania przez nich samodzielności.

PS. Największe szczęście to iść przez życie z jedną osobą – razem wzrastać w miłości, zrozumieniu i zaufaniu oraz wspólnie przedzierać się przez rozczarowania i kryzysy. W przypadku naszego małżeństwa uczymy się kochać siebie „zaledwie” trzydzieści lat. Za decyzję o miłości i za czas dany sobie nawzajem dziękuję mojemu mężowi.

Krystyna Kucerow