lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
MAJ 2007
nr 5/2007

Niedziela w Taszkencie (cz. II)

Kiedy wróciliśmy do domu, kościelny dzwon zwoływał akurat na sumę. Neogotycka świątynia powstała dzięki wysiłkom ks. Justyna Bonawentury Pranajtisa, profesora Akademii Duchownej w Sankt Petersburgu. Duszpasterzował on w Taszkencie od 1902 roku. Wśród jego wiernych byli Polacy, Litwini i Niemcy. Po części stanowili ofiary carskich represji za udział w powstaniach narodowych, inni, przemysłowcy, inżynierowie, bankierzy, przyjeżdżali z własnej inicjatywy. Cywilizowali centralną Azję podobnie jak Amerykanie „Dziki Zachód”, z tą tylko różnicą, że nie przelewali krwi autochtonów. W Taszkencie panowała wówczas moda na wszystko co „warszawskie”. Na zewnętrznych ścianach świątyni umieszczone zostały dwie kamienne tablice z herbami polskich miast i napisem: „Boże zbaw Polskę”. Ksiądz prof. Pranajtis umarł niespodziewanie w okresie rozruchów rewolucyjnych 1917 roku. Bolszewicy przerobili kościół na swoje potrzeby, usuwając zeń wszelkie elementy sakralne oraz oznaki polskości. Herby stłuczono młotkiem, lecz z powodu niedbalstwa robotników zachowały się polskojęzyczne napisy. Świątynia stała się na długie lata siedzibą różnych instytucji państwowych, które kompletnie ją zdewastowały. Po trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Taszkent w 1966 roku, powstało niemal od fundamentów nowoczesne miasto, czwarte pod względem wielkości w Związku Radzieckim. Kościół znalazł się w jego centrum i zaraz uznano go za zabytek. Kiedy w 1991 roku Uzbekistan ogłosił niepodległość, nowe władze, wówczas jeszcze prozachodnie, zezwoliły na odbudowę. Przeprowadził ją w perfekcyjny sposób ojciec Krzysztof Kukułka z Zakonu Franciszkanów Konwentualnych. Ludzie na wschodzie są bardziej niż gdzie indziej wrażliwi na piękno i wobc szarości ziemskiego życia właśnie ono przyciąga ich nieraz do świątyni. Orientował się w tym doskonale krwawy Tamerlan. O ile bezlitośnie ścinał głowy jeńcom wojennym, stawiając z ich czaszek wysokie wieże, oszczędzał ludzi obdarzonych talentem artystycznym. Oni tworzyli potem dla niego prawdziwe arcydzieła, które można oglądać po dzień dzisiejszy w Samarkandzie i Bucharze. A trzeba przyznać, że gust miał wyjątkowo wyrafinowany, przynajmniej tak samo jak metody zabijania.

Przy okazji warto wiedzieć, że w Samarkandzie również znajduje się kościół katolicki. Do połowy lat 90. mieścił się w nim klub sportowy. Arcybiskup Jan Paweł Lenga z Karagandy, jedyny wówczas hierarcha katolicki w Azji Centralnej, opowiadał, że po przybyciu na miejsce razem z Siostrami Bożej Miłości (od Matki Teresy z Kalkuty), zobaczyli olbrzymi materac, a wokół porozkładane przyrządy do ćwiczeń gimnastycznych. Z braku jakichkolwiek szans na odzyskanie świątyni, jedna z sióstr zostawiła na parapecie cudowny medalik Matki Bożej. - Ona to załatwi - powiedziała. Niepokalana posłużyła się talentem dyplomatycznym ówczesnego Nuncjusza Apostolskiego Mariana Olesia, bo wkrótce przyszedł list z kancelarii prezydenta Karimowa, oznajmiający oddanie kościoła katolikom.

Administracja Apostolska Uzbekistanu liczy według rocznika papieskiego Annuario Pontificio 4 tys. wiernych. Sądząc po uczestnikach Mszy Świętej w taszkenckiej świątyni, są to z reguły ludzie młodzi. Pochodzą z rodzin tradycyjnie katolickich oraz mieszanych polsko-rosyjsko-uzbeckich. Do rzadkości należą nawrócenia w środowisku muzułmańskim. Annuario Pontifcio podaje, że w 2005 roku udzielono 56 chrztów. Chodzi głównie o dorosłych, którzy odbyli wcześniej dwuletni katechumenat. Poza tym przy parafiach grupuje się sporo osób poszukujących, choć często nie potrafią do końca określić, o co im chodzi. Są jak ptaki zlatujące się na rozsypane ziarno. Podziobią sobie trochę i odfruną, również dlatego, że wielu Rosjan emigruje z obawy przed narastającym nacjonalizmem uzbeckim.

Najwięcej zagląda do kościoła z czystej ciekawości. W związku z tym, przed Komunią Świętą trzeba zawsze przypominać o warunkach wymaganych do jej przyjęcia. Ci, którzy ich nie spełniają, podchodzą do kapłana, trzymając prawą rękę na piersi i zamiast Ciała Chrystusa otrzymują błogosławieństwo.

Księża muszą być w każdym razie ostrożni, żeby nie zostać posądzeni o prowadzenie działalności misyjnej. Administracja prezydenta Karimowa obawia się, iż zbyt energiczna ewangelizacja mogłaby wywołać reakcję muzułmańskich fundamentalistów. Dlatego nie wyraża na przykład zgody na odprawianie Mszy Świętej w języku uzbeckim. Niedawno pastor zielonoświątkowców Dymitr Szestakow skazany został na 4 lata zesłania za „nielegalne organizowanie grup religijnych”. Kary dotykają równocześnie muzułmanów, jeśli tylko odważą się zamanifestować publicznie swoją wiarę. Podczas mojego pobytu w Taszkencie ani razu nie słyszałem mułły nawołującego do modlitwy, jak dzieje się w każdym innym kraju muzułmańskim.

Na sumę przyszło około 200 osób. Rozbrzmiewały swojsko pieśni przetłumaczone z polskiego na rosyjski, przez co jeszcze bardziej chwytały za serca. Na organach przygrywała Jula, młoda pani profesor ze szkoły muzycznej. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w całym Uzbekistanie organy są instrumentem unikatowym. Poza parafią katolicką posiada je tylko konserwatorium. Z tego powodu, do kościoła przyjeżdżają często wycieczki, nawet z odległych regionów kraju, żeby zobaczyć organy.

Raz w miesiącu odbywa się koncert muzyki organowej. Tak się złożyło, że zaplanowano go właśnie na wieczór. Kościół ponownie zapełnił się ludźmi. Przed wejściem każdy musiał poddać się policyjnej kontroli. Funkcjonariusze sprawdzali dokumenty i otwierali torebki. W ostatnich latach miały miejsce w Taszkencie zamachy bombowe. Od tamtego czasu każde publiczne zgromadzenie jest starannie zabezpieczane. Po za tym na koncerty organowe do kościoła przychodzi śmietanka towarzyska stolicy. Gwoli informacji: koszty ochrony opłaciła jak zawsze parafia.

Biskup Maculewicz w sutannie, piusce i z krzyżem pektoralnym, pełnił obowiązki gospodarza. W krótkich słowach wytłumaczył znaczenie świątyni chrześcijańskiej oraz jej wystrój. Coś ludziom zawsze w głowach zostanie. Przynajmniej nie będą mylili jej z kinem lub teatrem. A jeśli Pan Bóg zechce zrobić więcej, tym lepiej.

Rozbrzmiewają utwory Bacha, Mendelssohna, Händla. Słuchacze siedzą przodem do prezbiterium, spoglądając na krzak ognisty z pozłacanego brązu, w którego centrum znajduje się tabernakulum. Powyżej unosi się do nieba Zmartwychwstały Chrystus. Konferensjerkę prowadzi dziewczyna z działającej przy Administraturze Apostolskiej agencji informacyjnej „Agnuz”. Kiedy zapowiada „Ave Maria” Schuberta (śpiew plus akompaniament), rozlegają się spontaniczne oklaski. Po wykonaniu ludzie znowu głośno klaszczą. Nie jest tak źle jeśli pomyśleć, że zdecydowana większość słuchaczy nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Administracja Apostolska prowadzi ponadto działalność charytatywną na rzecz potrzebujących. Ci zawsze byli i będą wszędzie, a cóż dopiero tutaj. Uzbekistan jest bowiem, jak ktoś słusznie zauważył, bogatym krajem biednych ludzi. Światowy potentat w produkcji bawełny i wydobyciu rud złotonośnych, nie mówiąc już o gazie, czy ropie naftowej, nie potrafi zaspokoić elementarnych potrzeb swoich obywateli. Kościół katolicki mierzy się odważnie z tą rzeczywistością, choć sam również dysponuje bardzo ograniczonymi środkami.

Duszpasterze przypominają św. Franciszka z Asyżu, swojego ojca założyciela par excellence. W 1219 roku, gdy krzyżowcy trwali w śmiertelnym uścisku z saracenami, niebożyna w postrzępionym habicie postanowił dotrzeć do sułtana Malik al-Kamila. Cudem przedarł się przez linię frontu, znalazł litość w oczach nieprzyjacielskich żołnierzy i w końcu stanął przed muzułmańskim władcą. Ten szaleńczy pomysł, nie tylko nie zakończył się tragicznie lecz dał początek dialogowi ze światem muzułmańskim. Rozmawiali ze sobą całą noc. Franciszek opowiadał zapewne o Chrystusie i Ewangelii, natomiast Sułtan czytał mu fragmenty Koranu. I chociaż nie udało się im zatrzymać biegu historii, przynajmniej pomiędzy nimi dwoma zapanował pokój.

Historia na szczęście lubi się powtarzać.

K. N.