lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
KWIECIEŃ 2007
nr 4/2007

Niedziela w Taszkencie (cz. I)

Kościół w TaszkenciePierwszy raz usłyszałem o Uzbekistanie od stryja, który przywędrował tam w 1942 roku razem z Armią gen. W. Andersa. Jego opowiadania koncentrowały się głównie na pobycie w szpitalu wojskowym, gdyż zachorował na dezynterię i o mało nie umarł. 65 lat później znalazłem się na uzbeckiej ziemi w zdecydowanie innej roli.

Na przełomie lutego i marca, Taszkent stał się na kilkanaście dni sercem Kościoła katolickiego centralnej Azji. Do siedziby miejscowego administratora apostolskiego, biskupa Jerzego Maculewicza, zjechali ordynariusze z Kazachstanu, Tadżykistanu, Kirgistanu i Turkmenistanu. Kraje te graniczą z Uzbekistanem, który ze swojej strony pretenduje do roli lidera w regionie. 26 milionów mieszkańców, co stanowi 50% ludności Azji centralnej, bogate złoża gazu, ropy, złota, dobrze rozwinęte rolnictwo, świadczą o jego potencjalnych mocach. Wzrost gospodarczy hamuje niestety brak zdecydowanych reform i korupcja.

Celem spotkania biskupów było odprawienie rekolekcji oraz porozmawianie o bieżących sprawach. Wszystkie te państwa są bowiem do siebie bardzo podobne. Powstały wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, zachowując w wielu dziedzinach struktury dawnych republik sowieckich. Władzę sprawują byli komunistyczni dygnitarze, policja i wojsko są wszechobecne, nad poprawnością mediów, działalnością organizacji i wspólnot religijnych czuwają państwowi urzędnicy. Spore wpływy zachowała Rosja, aczkolwiek chwilowo wydawało się, że jej miejsce zajmą Stany Zjednoczone. W związku z działaniami zbrojnymi w Afganistanie, udostępniono nawet Amerykanom uzbeckie bazy wojskowe. Był to czas, gdy prezydenta Islama Karimowa przyjmowano z wielkimi honorami w Waszyngtonie natomiast Taszkent roił się od wysokich rangą przedstawicieli administracji USA. Wraz z nimi płynęły potężne pieniądze na armię, gospodarkę oraz umacnianie demokracji. Właśnie ten ostatni aspekt, będący oczkiem w głowie Amerykanów, ostatecznie wszystko "popsuł". Azjatyckie pojęcie demokracji ma bowiem niewiele wspólnego z tym jak postrzega się ją na Zachodzie. Pochodzący z obszaru Uzbekistanu Tamerlan czyli po wschodniemu Timur kulawy, pozostał do dzisiaj symbolem bezwzględności i okrucieństwa. Gwoździem do trumny w relacjach z USA stało się zdławienie demonstracji antyrządowych w Andiżanie 13 maja 2005 roku. Zginęło wówczas ponad 700 osób. Masakrę potępiły jednym głosem kraje zachodnie, nakładając sankcje ekonomiczne. Jedynie Moskwa uznała ją za usprawiedliwioną formę obrony przeciwko islamskim fundamentalistom. Tak oto Uzbekistan wpadł ponownie w ramiona matuszki Rosji, przez którą zresztą przesyłana jest tranzytem większość jego surowców.

Cały tydzień spędziliśmy w domu. Konferencje, modlitwa, refleksja, przeplatane spożywanymi w absolutnym milczeniu posiłkami, wypełniały czas od rana do wieczora. Jak rekolekcje to rekolekcje. Pomimo tego, nie mogłem wyjść z podziwu, obserwując pobożność rekolektantów. - Ten typ tak ma - mówił filmowy Szrek i pewnie w tych stronach nie można inaczej, gdyż w przeciwnym razie człowiek nie podołałby trudnościom. Tak więc oni umacniali mnie swoją wiarą, a ja głosiłem im konferencje. Ordynariusze Azji Centralnej przynależą do pięciu narodowości i podczas wspólnych spotkań posługują się językiem rosyjskim. Musiałem się do tego dostosować. Niestety sam fakt, że ktoś urodził się we wschodniej Polsce, może go najwyżej predysponować do mówienia po rosyjsku.

Przyszła wreszcie niedziela. W taszkenckim kościele Msza Święta odprawiana jest po rosyjsku, angielsku, koreańsku oraz po polsku, wszystko za sprawą dwóch młodych franciszkanów konwentualnych ojca Andrzeja i Stanisława. Korzystając z tego, że mieliśmy wszyscy koncelebrować w południe uroczystą sumę, postanowiłem wybrać się po śniadaniu na najsłynniejszy taszkencki bazar Chorsu. W tym celu wymieniłem pieniądze, otrzymując za sto amerykańskich dolarów gruby plik uzbeckich sumów. To jednak nic nadzwyczajnego. Kilka dni wcześniej ktoś z taszkenckiej parafii kupował samochód (oczywiście za gotówkę). Pieniądze nie zmieściły się w pudle po telewizorze i trzeba było wziąć ze sobą jeszcze dużą plastikową torbę.

Przed wyjazdem do Uzbekistanu zaprzyjaźniona argentyńska dziennikarka pożyczyła mi przewodnik turystyczny. Jako korespondentka wojenna w Afganistanie, miała bazę wypadową właśnie w Taszkencie i znała różne lokalne niuanse. Pewnie na niewiele by się to przydało, miasto liczy niemal 2,5 mln mieszkańców, gdyby w ostatniej chwili nie dołączył do mnie ojciec Andrzej Madej. Ten charyzmatyczny zakonnik jest od dziesięciu lat przełożonym misji "sui iuris" w Turkmenistanie. Zna doskonale Azję Centralną, w tym również jej bazary. Przy okazji wyjawił, że Białystok jest mu bliski poprzez kontakty z niektórymi naszymi księżmi, zaczynając od redaktora naczelnego niniejszego Pisma. Po chwili siedzieliśmy już razem w taksówce. Tu małe wyjaśnienie. "Taxi" w naszym pojęciu praktycznie nie istnieje. Zatrzymuje się po prostu pierwszy lepszy samochód osobowy, uzgadnia cenę i w drogę.

- Jak idzie ? - pytam kierowcy o azjatyckich rysach.

- Oj słabo, słabiutko. U nas w kołchozie trudno wyżyć. Wynająłem maszynę i codziennie jeżdżę po centrum. Na koniec miesiąca ledwie starczy na utrzymanie rodziny. A tu żona, trójka dzieci ... ach ciężko, ciężko.

- Bóg ciebie kocha - wtrąca ojciec Andrzej.

Kierowca przytakuje głową.

- A modliłeś się dzisiaj ?

- Modliłem. U nas w kołchozie ludzie są jeszcze porządni. W mieście trudno drugiemu ufać. Uśmiecha się do ciebie, a za plecami ci szkodzi. Wy chyba "cerkovnosłużaszczyje" ?

- Tak. My wierzymy w Jezusa Chrystusa. Słyszałeś kiedyś o Nim ?

Nie wyjawia swojej przynależności religijnej. Przyznaje jednak, że czytał Nowy Testament rozprowadzany przypuszczalnie przez Towarzystwo Biblijne. Niestety ktoś mu go ukradł.

- Słuchaj bracie - ożywia się zakonnik - to szczęście w nieszczęściu. Ten kto ci ukradł Pismo Święte będzie mógł teraz usłyszeć o Jezusie. Pan Bóg jest wielki.

Doprawdy poruszające. Jeśli ktoś ma żywą wiarę nie może siedzieć cicho. Już św. Paweł mówił: "Biada mi gdybym nie głosił Ewangelii" (2 Kor 9, 16).

Bazar Chorsu jest miastem w mieście: pawilony, stragany, placyki, uliczki. Każdy towar ma swój własny sektor. Ktoś powiedział żartobliwie, że można kupić tutaj wszystko od gwoździ po bombę atomową. Tłumy sprzedających, morze kupujących. Bazar na wschodzie jest drugim domem. Najwięcej czasu spędzamy wśród orzechów i suszonych owoców. Ale wybór ! Niektóre widzę po raz pierwszy w życiu. Sprzedawcy zapraszają do spróbowania. W przewodniku wyczytałem co prawda ostrzeżenie przed żółtaczką, lecz kto by zaprzepaścił taką okazję. Żołądek kusi także gastronomia na otwartym powietrzu. Smażą się baranie szaszłyki, z kotłów dymi solanka (rodzaj zupy mięsnej), piętrzą się jedna na drugiej ciepłe jeszcze lepioszki. Chodzi o plackowaty chleb z którego każdy odrywa sobie po kawałku. Jeżeli ktoś odczuwa pragnienie, może napić się kwasu chlebowego prosto z saturatora albo przysiąść w czajchanie nad filiżanką zielonej herbaty. Są również inne usługi. Najciekawiej wyglądają szewcy, siedzący wzdłuż drogi. Jest ich pewnie z pięćdziesięciu. Podobnie jak sprzedawcy głośno zachwalają swoje usługi. Raz po raz spotykamy kobiety z dymiącym rondlem.

- Żeby interes szedł dobrze - tłumaczy ojciec Andrzej - taka dobrodziejka okadza towary i odmawia swoje modlitwy.

Na odchodne kupuję kilka tradycyjnych uzbeckich czapeczek nazywanych tjubitejkami. Są kolorowe, niektóre wybijane cekinami i haftowane. Nosi się je powszechnie bez względu na wiek, czy płeć. Podarowałem jedną taką tjubitejkę mojej sekretarce. Po kilku dniach wyznała, że wyniosła ją na balkon, bo śmierdziała kozim serem. Uzbekom najwyraźniej to nie przeszkadza.

W drodze powrotnej jestem ponownie świadkiem ciekawego dialogu. Tym razem taksówkarz pochodzi ze stolicy, co odbija się natychmiast na cenie.

- Jesteś żonaty? - pyta go ojciec Andrzej.

- Tak, od trzech lat.

- A kochasz swoją żonę ?

- Oczywiście !

- A ona ciebie kocha ?

- Myślę, że tak.

- A nie rozwiedziecie się ?

- Nie, no skąd.

- Mołodcy! - komplementuje się zakonnik. - Bo wiesz bracie, że rozwód jest straszną tragedią, mąż i żona cierpią, dzieci nie mają rodziców, Bogu się to nie podoba. Kierowca spogląda na nas lekko zakłopotany.

Rozwód jest w Uzbekistanie niemalże standardem, podobnie jak matka samotnie wychowująca dzieci. Do rzadkości należy ponadto przestrzeganie ścisłej monogamii, co wynika z tego, że ponad 90% społeczeństwa utożsamia się z islamem. Oficjalnie prawo przewiduje poślubienie tylko jednej żony, ale przeciętny Uzbek utrzymuje związki jeszcze z drugą, trzecią, a nawet czwartą kobietą. Ten problem pojawia się systematycznie w pracy duszpasterskiej. cdn.

K. N.