lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
GRUDZIEŃ 2004
nr 3/2004

Legenda o Rusie

Któż nie pamięta legendy o trzech braciach: Lechu, Rusie i Czechu. W szkole podstawowej uczono nas, że pierwszy z nich dał początek narodowi polskiemu, drugi mieszkańcom Związku Radzieckiego, trzeci Czechosłowakom. Dzisiaj brzmi to absurdalnie, ale wtedy... Szczególnie akcentowana była osoba Rusa i niewielu wiedziało o tym, iż autor starożytnej legendy miał tu na myśli Rusinów. Początkowo nazywano w ten sposób mieszkańców Rusi Kijowskiej, słynącej zarówno z bitnej armii jak i wysokiego stopnia cywilizacji. Taka na przykład wielkoruska księżniczka Anna znała dobrze sztukę pisania, podczas gdy jej francuski mąż król Ludwik I nie potrafił się nawet podpisać. Po upadku Kijowa, Rusinami zaczęto nazywać również ludność Państwa Moskiewskiego, które przejęło polityczne i kościelne prerogatywy potęgi nad Dnieprem oraz chrześcijan obrządku bizantyjskiego w Europie wschodniej. W skarbcu Bazyliki św. Piotra na Watykanie przechowywany jest do dzisiaj biskupi sakkos metropolity kijowskiego kardynała Izydora (+1463). Ten Grek z pochodzenia, uwięziony przez Wielkiego Księcia Moskwy za proklamowanie uchwalonej we Florencji unii kościelnej, uciekł szczęśliwie do Rzymu gdzie nazywany był powszechnie Cardinalis Ruthenus (Rusiński Kardynał).

Kiedy z upływem czasu powstały trzy odrębne narody: rosyjski, ukraiński i białoruski, pojawiły się głosy, że pojęcie "Rusini" straciło rację bytu. Jest w tym coś z prawdy, bo na współczesnych mapach próżno by szukać państwa rusińskiego. Pozostał jednak naród, który określa się właśnie ten sposób. Porównanie z Kurdami będzie tu pewnie trochę przesadzone, ale oddaje dobrze obraz sytuacji. Rusini żyją w Polsce, na Ukrainie, Słowacji, Węgrzech, Bałkanach, Ameryce. Posiadają własny język, bogatą kulturę i duchowość. Wielu wyznaje prawosławie, inni są grekokatolikami, bo ich przodkowie wrócili do jedności z Następcą św. Piotra, zawierając unię kościelną w zakarpackim Użhorodzie (1645r.).

Biskup Djura Džudžar, pierwszy egzarcha dla grekokatolików Serbii i Czarnej Góry, w którego ingresie przyszło mi uczestniczyć, miał szczególne związki z Zakarpaciem. Urodzony w Wojwodinie, był potomkiem rusińskich emigrantów, którzy przybyli tu przed 250 laty w poszukiwaniu pracy. Ponieważ drogi Pańskie są doprawdy niezbadane, władyka Džudžar posłany został najpierw przez Papieża do Eparchii Mukaczewskiej, skąd pochodzili jego przodkowie, by pełnić tam funkcję biskupa pomocniczego. Trzeba powiedzieć, że Mukaczewo jest matką nie tylko wszystkich rusińskich eparchii lecz wyodrębniły się z niej także Kościoły greckokatolickie na Węgrzech i Słowacji.

Po dwóch latach pasterzowania na Zakarpaciu, młody biskup wracał do rodzimej Wojwodiny. Kraina ta, będąca początkowo częścią Królestwa Węgier, zaś od XVI wieku pod zwierzchnictwem tureckim, znalazła się na przełomie XVII i XVIII wieku w rękach Habsburgów. Ci rozwinęli akcję osiedleńczą, sprowadzając na urodzajne ziemie nad Dunajem, Sawą, Temeszem i Cisą wiele narodowości, które dołączyły do mieszkających tu wcześniej Węgrów oraz Serbów.

Może dlatego podczas ingresu biskupa Džudžara w Ruskim Keresturze rozbrzmiewało tak wiele języków, a różnorodne w swej formie szaty celebransów otaczających ołtarz, wyrażały najlepiej prawdę o jedności i powszechności Chrystusowego Kościoła. Eucharystia odprawiała się w języku starosłowiańskim, kardynał Bozanić z Zagrzebia i arcybiskup belgradzki Hočevar (rodem ze Słowenii) mówili po chorwacku, władyka kryżewiecki Miklovš, pod którego jurysdykcją znajdowała się dotąd greckokatolicka wspólnota w Wojwodinie po rusińsku, przedstawiciele protestantów po słowacku. Wśród uczestniczących słychać było także ukraiński, rumuński i węgierski. Ja przemawiałem w języku serbskim, co sądząc po twarzach słuchających nie wszystkim się podobało. Ale biskup Djura (po naszemu Jurek), powiedział mi potem, że żadnego faux pas nie popełniłem. Co więcej, Serbska Telewizja Publiczna powtarzała przez następne trzy dni moje wystąpienie.

Spore zaciekawienie wzbudzał metropolita rusiński z USA arcybiskup Schott. Mówił głównie po angielsku lecz rusiński i słowacki nie były mu bynajmniej obce, więc doskonale porozumiewał się z otoczeniem. Rzecz chwalebna jeśli pomyśleć, że urodził się już na obczyźnie. Zakarpaccy Rusini zaczęli emigrować do Stanów Zjednoczonych pod koniec XIX wieku. Początkowo utożsamiano ich z Ukraińcami, jednak z biegiem lat otrzymali własne duchowieństwo i parafie. Dzisiaj jest ich około 270 tysięcy, głównie w Pensylwanii i Ohio. Często zapomina się o tym, że gdy komunistyczne reżimy odmówiły grekokatolikom prawa bytu, stawiając alternatywę: zerwanie z Papieżem albo więzienie (które często kończyło się śmiercią), podziemne Kościoły Bloku Wschodniego otrzymywały wsparcie właśnie z Zachodu. Jest ono opatrznościowe również obecnie, wiadomo skądinąd, że gdyby nie Ameryka, zabrakłoby i w Polsce wielu wspaniałych świątyń, instytucji oraz wykształconych księży.

Rolę gospodarza uroczystości pełnił proboszcz z Nowego Sadu ksiądz mitrat Miz, znany skądinąd jako propagator kultury rusińskiej. Niewysokiego wzrostu o okrągłych kształtach, energicznie kierował liturgią, zmieniając w zależności od potrzeb wcześniejsze ustalenia, ale na wschodzie łaciński rubrycyzm jest czymś z goła obcym. Sam byłem zresztą przez trzy lata ceremoniarzem, więc wiem jak trudno jest wszystkim dogodzić. Księża i wierni chcą, żeby było nie za długo, szczególnie jeśli ktoś nie ma siedzącego miejsca. Przybyli goście oraz różne grupy diecezjalno-parafialne muszą za wszelką cenę zaistnieć, więc trzeba dać każdemu przysłowiowe pięć minut. Główny celebrans posiada własną wizję liturgii, która niekoniecznie idzie w parze z oczekiwaniami wspomnianych dwóch grup, no i samego ceremoniarza. Ksiądz mitrat Miz radził sobie doskonale. W pewnym momencie podszedł do mnie i zapytał: "Ksiądz umie po po polsku?" Kiedy przytaknąłem, wyprostował się dostojnie, mówiąc ściszonym głosem, żeby nie rozpraszać innych: "Ja jestem polski szlachcic!" Jak się później dowiedziałem jego rodzina przywędrowała na początku ubiegłego wieku z Galicji, był więc jednym z tych, którzy w registrach najjaśniejszej Rzeczypospolitej nazywani byli: natione Polonus, gente Ruthenus (z narodowości Polak, z pochodzenia Rusin).

Z nie mniejszą energią ksiądz Miz dyrygował również przebiegiem świątecznego obiadu. Jedzenia i przemówień nie brakowało, a ile razy śpiewano nowemu władyce "na mnohaja lieta", trudno mi doprawdy powiedzieć.

"No i co? Zupełnie inaczej niż w Belgradzie" - zaczepiła mnie obsługująca uroczystość dziennikarka (w języku lokalnym novinarka) z wydawnictwa "Ruskie Słowo". Miała rację. Można naśmiewać się z mieszkańców małych miasteczek, że zbyt tradycjonalni, że nieobyci. Jednak to właśnie prowincja pozostała ostoją wielu wartości, a bieg życia regulowany jest tu nadal rytmem przyrody i kościelnym kalendarzem. Może dlatego ludzie są pogodniejsi, chociaż w wielu dziedzinach panuje zastój. Mówi się jednak, że zegar, który stoi w miejscu pokazuje właściwą godzinę przynajmniej dwa razy na dzień, a to jest już coś.

W stolicy Serbii odczuwa się zupełnie inną atmosferę. Oddaje ją dobrze mieszkający tam pisarz Dušan Veličković: "Stres to słowo, które słyszy się często w Belgradzie. Każdy ma swój stres. Ktoś stracił z powodu stresu obronę immunologiczną i przeziębił się, jakaś kobieta poroniła, ktoś inny umarł niespodziewanie. Zestresowani są emeryci oraz dzieci. Miernikiem kolektywnego stresu jest gwałtowny wzrost sprzedaży benzedryny oraz środków uspakajających". Trudno się zresztą dziwić. Wraz z proklamowaniem niepodległości przez kolejne jugosłowiańskie republiki, miasto traciło stopniowo swoje znaczenie, a Serbowie stanowiący tu zdecydowaną większość czuli się zdradzeni przez dotychczasowych domowników. Wplątanie się belgradzkiej elity politycznej w wojnę bośniacką spowodowało z kolei sankcje międzynarodowe. Serbowie, nawet ci którzy byli jej przeciwni otrzymali w opinii międzynarodowej etykietkę brutalnych najeźdźców. Jakby zapomniano, że jeszcze niedawno Belgrad uchodził za coś w rodzaju "wolnego miasta" Europy Wschodniej. Drukowano tam książki Miłosza, Kundery i Havla zakazane w ich rodzimych krajach, tzw. "państwa niezaangażowane" organizowały swoje kongresy, podkreślano z dumą niezależność Jugosławii od Związku Radzieckiego Potem przyszła wojna w Kosowie, gdzie owszem ginęli przede wszystkim Albańczycy, lecz niszczono także bezcenne zabytki kultury serbskiej. Nie można więc się dziwić, że Belgrad sprawia dzisiaj wrażenie zranionego giganta.

Nacjonalistyczna polityka Miloszevića dotknęła również Wojwodinę. Region ten utracił najpierw autonomię, jaką cieszył się od początku istnienia Jugosławii, potem zaś musił płacić razem z całą Serbią słoną cenę za ekspansjonistyczną politykę Belgradu. Wystarczy pomyśleć o zburzonych przez natowskie bomby mostach na Dunaju, czy o wspomnianych już sankcjach ekonomicznych, które leżą u podstaw obecnego kryzysu gospodarczego. Najważniejsze jednak, że w dniach wojennej zawieruchy, nikt nie podniósł na nikogo ręki. Biorąc pod uwagę wieloetniczność Wojwodiny graniczy to niemal z cudem. Harmonijność wzajemnych relacji jest także obecnie największą nadzieją na przyszłość. Węgrzy, Niemcy, czy Słowacy mogą ponadto liczyć na pomoc rodaków z macierzystych krajów.

Losy Rusinów pozostają ściśle związane z Belgradem. Lecz czy może być inaczej jeśli nie posiada się własnego państwa? Teraz w Ruskim Keresturze mają przynajmniej władykę Džudžara. W kościele zawsze czuli się jak u siebie, bo i liturgia bliska duszy, i język rodzimy, a przy okazji można spotkać swoich. Taka "mała ojczyzna", jak to się dzisiaj modnie mówi.

K. N.