lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LUTY 2007
nr 2/2007

Małżeństwo - wspólnotą życia i miłości cz. II

Wielkim szacunkiem darzę małżeństwa obchodzące jubileusze kolejnych "dziesiątków" lat wspólnego życia. Myślę sobie wtedy, że oni szczęśliwie przebrnęli przez różnorodny bagaż życiowych doświadczeń i na pewno postrzegają swój związek jako satysfakcjonujący skoro chcą odnawiać swoje śluby przed ołtarzem.

Udane życie małżeńskie i rodzinne to podstawowe pragnienia i potrzeby człowieka będącego w związku. Jednak, aby stawały się one rzeczywistością powinno się spełniać, choć w części pewne warunki potrzebne dla dobrego współistnienia. Te uwarunkowania to: poczucie odpowiedzialności za stworzoną rodzinę, prawdziwa wzajemna miłość i szacunek, obopólne przyjęcie siebie takimi, jakimi się jest - z zaletami i wadami, wzajemna wyrozumiałość i tolerancja oparta na zaufaniu, stałe dążenie do zrozumienia mechanizmów zachowania własnego i drugiej osoby, aby w sytuacjach konfliktowych stosować opanowanie, wzajemną ustępliwość i kompromisy. Ponadto należy unikać tematów zapalnych i drażliwych, podtrzymywać atrakcyjność erotyczną, pomagać sobie w chwilach trudnych, mieć wspólne zainteresowania, zapominać urazy i przykrości i nie wypominać ich, jeśli były już wybaczone.

Tych wymogów jest bardzo dużo, a przecież i tak są to tylko "podstawowe". Czy jest możliwe, aby dwie, jakże odmienne od siebie osoby, żyjące ze sobą dzień po dniu, przeżywające różne emocje, zdarzenia i konflikty były w stanie spełniać to wszystko? Jest to napięcie, które towarzyszy także i mojemu małżeństwu. Dramaty upadków i radość powstawania to nasze zwyczajne, codzienne życie. Jak można złagodzić "upadki", a to "powstawanie" uczynić dniem powszednim? Przyjrzyjmy się kolejnym elementom więzi małżeńskiej, którą przecież nie jest tak łatwo nawiązać i utrzymać.

Wyrozumiałość i akceptacja współmałżonka

Zanim następuje wspólne życie małżeńskie, przychodzi powoli albo spada nagle - zakochanie, pierwszy etap miłości. Jest to czas, kiedy wybraną osobę widzi się przez tzw. różowe okulary. Dostrzega się zazwyczaj tylko zalety i to przede wszystkim takie, jakie chciałoby się, aby ukochana osoba posiadała. Po ślubie, wcześniej czy później, każda para przeżywa okres rozczarowania sobą nawzajem. Jest to czas "opadania złudzeń", kiedy małżonkowie widzą siebie takimi, jakimi naprawdę są - oprócz zalet dostrzegają też swoje wady i słabości charakterów. Widzą, że nie wszystkie ich oczekiwania i pragnienia są spełnione. Niekiedy to tylko "dostrzeżenie", że współmałżonek nie jest tak dojrzały i doskonały jak na początku się wydawało, a czasem przebiega to w dość dramatyczny sposób. Poprzez wywołany tym żal i zmęczenie mogą pojawiać się skłonności do widzenia nade wszystko wad i błędów drugiej osoby.

Dla młodych małżonków to "mijanie złudzeń" jest niełatwym okresem wzajemnych nieporozumień, choć często łagodzonych przez intensywną fascynację erotyczną. Mimo wszystko, nie wykorzystanie tego czasu jako szansy na lepsze poznawanie się i zgodę na siebie nawzajem, może powodować narastające konflikty i coraz większe oddalanie się od siebie.

Dojrzewanie tej trudnej młodej miłości to przyjęcie drugiej osoby mimo jej wad, to uznanie jej wartości i niepowtarzalnej osobowości. Wzajemna akceptacja rozwija dobro, wyzwala radość i powoduje chęć stawania się lepszym. Przez całe życie bardzo potrzebujemy tej akceptacji, a już szczególnie ze strony osób najbliższych.

Należałoby jednak odróżnić akceptowanie człowieka od akceptacji jego wad, z którymi nieraz jest bardzo trudno żyć. Tutaj obowiązuje zasada: człowiek "tak", ale wady "nie"! Nad nimi należy pracować i zmieniać je choćby i do końca życia, co jest przecież niemałym dramatem naszego ludzkiego istnienia.

Okresy rozczarowania, słabiej lub silniej przeżywa większość małżeństw. Zapewne taka jest dynamika ludzkiej miłości, która nie jest układem stabilnym, ale intensywnym procesem. Miłość nigdy nie "jest", ale zawsze "staje się", a przebieg tej zmiany, poprzez niewątpliwe trudności i psychiczny wysiłek, ma prowadzić do pogłębiania i dojrzewania uczucia.

Praca nad własnym rozwojem osobowym

Doświadczenia wielu małżeństw - mojego także - świadczą o tym, że powodzenie i szczęście nie zależy w głównej mierze ani od cech wrodzonych, takich jak uroda czy temperament, ani od dobrej pracy i wysokich zarobków, ani od ładnie urządzonego mieszkania, czy dużego domu. Można wiele "posiadać" i mimo wszystko nie czuć się zadowolonym.

Pomyślność małżeństwa oparta jest przede wszystkim na własnej aktywności psychicznej, czyli zależy od tych cech osobowościowych, które każdy człowiek może w sobie wypracowywać i rozwijać. Mobilizacja duchowa to wewnętrzny wysiłek, to praca nad swoim charakterem, to opanowywanie egoizmu i impulsywności, to dążenie do zadowalającego obie strony rozwiązywania konfliktów, to staranie się o wspólne dobro i ciągłe zaczynanie od nowa. To dążenie do świętości!

Pytanie: "Co ja z tego będę miał?" należałoby zastąpić: "Co ja mogę dla ciebie zrobić; co mogę w sobie zmienić, aby było nam coraz lepiej?" Ideałem jest, aby wszelkie zmiany zaczynać od siebie, a refleksja - "Czy moje zachowanie nie powoduje u innych złych skłonności?" - powinna towarzyszyć na co dzień. Braki w samowychowaniu, niemożność sterowania własną wolą, skrzywienia charakteru - wszystko to powoduje tragedie i ból w małżeństwie i nie ma mowy wtedy o komunii dwojga osób, która daje tyle szczęścia. Każde, nawet w danym okresie niezrozumiałe dla siebie samego wyrzeczenie i opanowanie ma sens, gdyż daje wzrost osobowości.

Często jednak jest tak, że słabość i zniechęcenie powoduje napływ myśli typu: "Dlaczego to właśnie ja mam zmieniać siebie, skoro to ta druga strona powinna coś ze sobą robić?" Zapominamy wtedy o prawidłowości, że w małżeństwie, gdy jedna osoba zaczyna pracę nad sobą i są odczuwalne tego zmiany, to zazwyczaj i u drugiej rodzi się chęć rozwoju. Mamy tendencje do wychowywania drugiej osoby na siłę, a to nasze przeobrażanie się i nasza aktywność wewnętrzna, połączona z optymizmem i wiarą, może nieść możliwości zmian na lepsze.

Pomocą w tym wszystkim jest nabywanie umiejętności wczuwania się we wzajemne, żony w męża i męża w żony, przeżycia i stany psychiczne. Do tego potrzebne są szczere rozmowy o radościach, trudnościach, wrażeniach i obopólnych odczuciach. Nie zawsze bywa to łatwe, ale jest najpiękniejszym wzajemnym obdarowywaniem się i dzieleniem się sobą. Powoduje to wzrost poczucia bezpieczeństwa i wdzięczności za wzajemne istnienie. Dzięki temu można powoli uzyskiwać równowagę w kierowaniu swoimi uczuciami i popędami, lepsze rozumienie siebie oraz większą gotowość "do dawania aniżeli brania".

Praca nad własnym rozwojem to także dążenie do dojrzałości intelektualnej - to refleksyjność, obiektywizm, samodzielne myślenie, odpowiedzialność, jednolita filozofia życia i hierarchia wartości. Dojrzałość społeczna, niezwykle potrzebna w małżeństwie, to "stanie na własnych nogach", to możliwość utrzymania rodziny, to twórcze otwarcie się na potrzeby własne i innych ludzi.

Jednak to nasze wzrastanie w dojrzałości (w świętości) jest poddawane nieustannym próbom. Jakże często w przypadku trudności reagujemy biernym wycofaniem się, rezygnacją, zamykaniem się w niechęci i pielęgnowaniem urazów. Nie chcemy żadnych odstępstw w myśleniu i działaniu i przejawiamy mniej więcej taką postawę: "Mam takie zasady, tak postępuję i nic nie chcę zmieniać". Może też występować tzw. myślenie życzeniowe, czyli przenoszenie naszych wyobrażeń i pragnień na drugą osobę - "On jest taki, jak ja chcę, by był", ewentualnie "Później na pewno się zmieni na lepsze". Zazwyczaj jest to postawa, która ma niewiele wspólnego z nadzieją, ale raczej z naiwnością i zamykaniem oczu na fakty.

Wchodząc w związek często mamy o sobie i o małżeństwie nierzeczywiste wyobrażenia, które rodzą też nierealne oczekiwania. Wtedy samopoczucie nasze jako małżonków, ocena wspólnego życia, nie zależy od tego jak nam się żyje, ale jak nasza rzeczywistość ma się do oczekiwań, które według nas powinno spełniać małżeństwo. Jeśli jest inaczej, niż się spodziewaliśmy, to czujemy się nieszczęśliwi.

Przykładem oczekiwania takich nierealnych spraw może być nastawienie mężczyzny, że: "u żony będzie tak samo wygodnie jak u mamy, gdzie było posprzątane, ugotowane, podane... i nic nie trzeba było robić". Kobiece oczekiwania mogą być takie, że: "już wszystko będziemy robić wspólnie, będziemy zawsze razem, będzie tak romantycznie..." - co owszem, jest piękne, ale nieziszczalne. W życiu małżeńskim należałoby odróżnić dobre pragnienia i nadzieję od oczekiwań niemożliwych do spełnienia. Niekiedy trwa to naprawdę długo!

Kolejnym powodem rozczarowania małżeństwem może być nastawienie, że dzięki tej drugiej osobie "będzie się nareszcie szczęśliwym i zadowolonym z życia". Jednak, przykład wielu osób świadczy o tym, że bez dojrzałej miłości własnej, bez akceptowania siebie samego nie stworzy się pomyślnego małżeństwa i wspólnego szczęścia. Zadowolenie z siebie może udać się jedynie poprzez patrzenie na swoją osobę oczami Pana Boga, czyli z perspektywy pełnej miłości. Należy pozwolić Mu przytulić się i kochać niezależnie od wszystkiego.

Podsumowanie

Wzajemna miłość małżeńska to nie tylko stan euforii czy uniesienia, ale głównie określony program postępowania wobec siebie samego i drugiej osoby. Każdy z nas jest powołany do wzrastania, dojrzewania i do zmian w sobie. "Człowiek nie może odnaleźć się inaczej w pełni jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego" (Jan Paweł II) - wtedy dopiero naprawdę jest sobą. Wymaga to niebagatelnego wysiłku, ale daje dużą wewnętrzną radość i większe dobro małżeństwa, a o to przecież chodzi.

Związku nie da się budować z nastawieniem na zaspokojenie swoich pragnień i oczekiwań. "Miłość nie szuka swego", a małżeństwo to nie stan trwania i marazm, ale proces z możliwością rozwoju - to wielkie zadanie życiowe. Zawiązanie jedności dopiero zaczyna wspólną drogę, a trudności mogą być szansą na lepsze poznawanie się i pogłębianie więzi małżeńskiej.

Od nastawienia na akceptację i uznanie tego rzeczywistego człowieka, którego się pokochało, poślubiło i teraz należy wciąż wybierać na nowo, w dużej mierze zależy wynik tego wspólnego wzrastania. Jest to największy dar jaki można sobie nawzajem ofiarowywać, już nie na fali emocji i uczuć, ale własnej postawy, gdyż miłość to przecież nasza decyzja i dawany sobie czas. Pomocą w tym trudnym i ciągle na nowo ponawianym wysiłku jest modlitwa o Boże wsparcie oraz wiara w siłę i łaskę sakramentu małżeństwa.

Krystyna Kucerow